„Jack Strong”, czyli inscenizowanie historii

97453-1393503493

Dawno, dawno temu… Tak powinienem zacząć moją opowieść o okolicznościach, które zadecydowały o mojej percepcji i ocenie filmu Władysława Pasikowskiego pt. „Jack Strong”. Trzymam go na swojej półce wraz kilkoma innymi, które kupiłem na straganie Pana Jurka w Warszawie, na wypadek gdyby przyszło mi wyjaśniać młodzieży skomplikowaną historię najnowszą „kraju przodków”. Dawno, dawno temu, czyli w roku 1998, byłem montażystą filmu dokumentalnego pt. „Sprawa Pułkownika Kuklińskiego” Joanny Kessler i Józefa Szaniawskiego. Ten skromny, niespełna 50 minutowy dokument powstał w oparciu o fakty podane przez samego Kuklińskiego, w przeciwieństwie do filmu „Jack Strong”, który fakty dopasowuje do fabuły atrakcyjnej dla widza. Dokument, który montowałem przed laty przemawiał głosem Kuklińskiego, natomiast w filmie Pasikowskiego słyszę głos aktora Marcina Dorocińskiego.

Pułkownik Ryszard Kukliński był to najwyższy stopniem oficer armii polskiej, jaki przeszedł na stronę przeciwników Układu Warszawskiego. Jest postacią powszechnie znaną i ciągle budzącą kontrowersje – dla jednych bohater, a dla innych zdrajca. Przez lata konsekwentnie odmawiał wystąpienia przed kamerą. Zachowała się jednak taśma VHS z rejestracją prywatnego spotkania Ryszarda Kuklińskiego w Polsce. Zapisu spotkania domagała się amerykańska ochrona, która towarzyszyła pułkownikowi w Warszawie. Ryszard Kukliński zgodził się na udostępnienie roboczego zapisu, na którym słychać i widać jak odpowiada na pytania i opowiada o charakterze i celach strategicznych Układu Warszawskiego. Prawdziwy Jack Strong ujawnił podczas tego spotkania szczegóły swoich zadań w polskim sztabie i współpracy ze sztabowcami sowieckimi, mówił o zagrożeniach dla Polski, jakie widział w procesie zmagania się dwóch systemów militarnych, honorze żołnierza i o tym, czy ma on prawo sam wybierać sojusznika i wroga.

Długo odsuwałem od siebie możliwość obejrzenia w kinie filmu „Jack Strong”, żeby nie zburzyć sobie tego obrazu prawdziwego pułkownika z filmu dokumentalnego. Pobyt w Kanadzie uświadomił mi jednak, że istnieje coś takiego jak „polonijny punkt widzenia” i filmy polskie ogląda się na obczyźnie zupełnie inaczej – z dystansem i przewartościowane. Zasiadłem więc w fotelu kina domowego, żeby zobaczyć z dala od Ojczyzny ile prawdziwego pułkownika Kuklińskiego jest w filmie „Jack Strong” Władysława Pasikowskiego?

Niektórzy historycy twierdzą, że Amerykanie ujawnili jedynie mały fragment dokumentów jakie otrzymali od Kuklińskiego. Sam Kukliński ani nie zaprzecza, ani też nie potwierdza takiej wersji. Stałe zagrożenie własnego życia i życia najbliższej rodziny z jakim stale miał do czynienia przemawia za tym, że sprawa pułkownika Kuklińskiego nie jest jeszcze zamknięta. Postać polskiego superszpiega nadal jest pełna tajemnic i niejednoznaczna, ale nikt nie zaprzeczy, że jest to wspaniały temat na film sensacyjny. Pasikowski jako autor scenariusza próbuje stworzyć bryk z najnowszej historii Polski zamiast opowiedzieć o Kuklińskim jak o bohaterze z krwi i kości. Reżyser i autor scenariusza w jednej osobie okazał się mistrzem świata w porzucaniu ledwie rozpoczętych wątków. Najbardziej zdawkowo (a przez to i humorystycznie) wypada wątek Kuklińskiego jako żeglarza. Jeśli przypomnimy sobie np. dyscyplinę dramaturgiczną sensacyjnej „Stawki Większej Niż Życie”, to sceny takie jak jachcie wypadłyby z filmu na etapie montażu, albo zostałyby jakoś usprawiedliwione kontynuacją wątku.

Zapowiadany w zwiastunie jako sensacyjny, film Pasikowskiego jest zaledwie dziełem warsztatowo poprawnym. Gdybym miał szukać określenia gatunkowego, to nazwałbym ten film psychologicznym dramatem szpiegowskim, bo bohater nie jest tak poukładany i łasy na pochwały zwierzchników jak za przeproszeniem jakiś James Bond, ale cierpi i ma wątpliwości. W tej roli wypada znakomicie Marcin Dorociński jako pułkownik Kukliński.

Jest bliski prawdy o prawdziwym Ryszardzie Kuklińskim, który w filmie dokumentalnym powtarza bez przerwy „ja nie wiedziałem”, albo ja wtedy nie wiedziałem”. Wahanie, stres, samotność, załamania i strach przed dekonspiracją i ta cała szarpanina z samym sobą, kiedy się gra podwójną rolę przed rodziną i kolegami zostały w filmie pokazane zgodnie z opowieścią Kuklińskiego o sobie samym. Dla tego portretu psychologicznego antybohatera zabrakło jednak w filmie wiarygodnego tła.

Obraz Polski lat siedemdziesiątych jest pobieżną inscenizacją historycznych wydarzeń, a świat, w którym Kukliński działa przedstawiony jest stereotypowo: Amerykanie są dobrzy, Polacy głupawi, jowialni i tchórzliwi, a Rosjanie rubaszni i bezwzględni. Genialny strateg, współtwórca planów inwazji na Czechosłowację „nagle” odkrywa możliwość wybuchu wojny nuklearnej i to jest główny motyw działania filmowego pułkownika Kuklińskiego. Wygląda to dosyć naiwnie. Naiwnie wyglądają spotkania szpiegów, które odbywają się zawsze w tym samym miejscu na Powązkach. Naiwnością jest otwieranie i zamykanie pustych skrytek, kiedy nowoczesny nadajnik szyfrowanych telegramów wala się niezabezpieczony po mieszkaniu pułkownika. Sztucznie wyglądają rozmowy w Waszyngtonie, które odbywają się zawsze na tle Białego Domu (tak jakby nie było innych miejsc, gdzie nie trzeba się wystawiać na widok publiczny). Szczytem naiwności jest też ucieczka rodziny Kuklińskich starym samochodem do miejsca przerzutu, którą złośliwi recenzenci nazwali „najwolniejszym pościgiem samochodowym w dziejach kina”.

Kiedy dzisiaj oglądam film „Jack Strong” z polonijnego punktu widzenia, to schematyzm postaci i komiksowe zwroty akcji nie drażnią mnie tak bardzo jak kiedyś. Jest w tym filmie sporo ciekawych pomysłów inscenizacyjnych, które dobrze służą opowiadaniu o najnowszej historii polski, która została upakowana w nim aż ponad miarę. Kiedy młodzi ludzie obejrzą „Jacka Stronga”, to będą się dziwić, że kiedyś Polacy byli w obozie „złych Rosjan” a dzisiaj są w sojuszu z „dobrą Ameryką”. Koniec filmu nie przynosi wyjaśnienia dlaczego tak było, ale stawia przed widzem pytania i budzi wątpliwości, które zachęcają do poszukiwania własnej odpowiedzi. Czy warto obejrzeć ten film? Tak, bez wątpienia! Kto nie zdążył zobaczyć go w Polsce w 2014 roku, to ma szansę znaleźć go w sieci albo poprosić Pana Jurka, żeby przysłał do Vancouver paczkę z płytą DVD.