Jak Kaczyński na państwowym się uwłaszczył

admin-ajax

Retoryka partii PiS przez długie lata opierała się na utrwalaniu w świadomości jej zwolenników, że odzyskanie w roku 1989 wolności i suwerenności do niczego dobrego nie doprowadziło, ponieważ byli opozycjoniści dogadali się w Magdalence z postkomunistami, czego efektem było uwłaszczanie się postkomunistów na państwowym majątku. PiS operował skrótem, że okradli oni Polaków z majątku, który naród wypracował podczas komunistycznej niewoli. Kaczyński i jego partia nie potrafili jednak podać żadnego przekonywującego dowodu, ale lud już wtedy wierzył słowom prezesa.

Tymczasem okazuje się, że książkowego wręcz zagrabienia na państwowym postkomunistycznym majątku dokonał Jarosław Kaczyński i jego pierwsza partia, Porozumienie Centrum. Zachowały się dokumenty, które to dokładnie opisują. Przeleżały one w archiwach Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście, bo sprawa uwłaszczania się na państwowym majątku Porozumienia Centrum Kaczyńskiego trafiła na wokandę. I zakończyła się niczym.

Jarosław Kaczyński, jak twierdzą jego byli współpracownicy, od początku swojej kariery politycznej działał bardzo intensywnie i w przemyślany sposób, by zdobyć solidne podstawy finansowe dla swojej partii. Jak przekonywał, partia bez mocnego zaplecza finansowego nie ma szans odegrać kluczowej roli na politycznej scenie. I takie zaplecze zdobył poprzez uwłaszczenie się na państwowym majątku. Perfidia polegała na tym, że zrobił to, o co oskarżał przed opinią publiczną swoich politycznych przeciwników.

Na początku lat 90. Jarosław Kaczyński założył otóż partię o nazwie Porozumienie Centrum. Był także członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, a gdy przywódca „Solidarności” został prezydentem, uczynił Kaczyńskiego szefem swojej kancelarii. Ktoś inny uznałby takie stanowisko za szczyt politycznej kariery, ale ambicje Kaczyńskiego sięgały znacznie wyżej i dalej. Już wtedy chciał być najważniejszym politykiem w Polsce, czego zresztą nie ukrywał w wywiadzie z Teresą Torańską, kiedy to powiedział, że chce być „zbawcą Polski”. Wyznaczając sobie za cel zostanie najważniejszym politykiem w Polsce, wiedział, że musi mieć partię, która będzie go wspierać, ale którą on będzie zarządzał jednoosobowo, po dyktatorsku. Aby mieć taką partię, musiał mieć pieniądze.

Rok 1990 to był w Polsce rok wielkiego chaosu zarówno w polityce, jak też w państwowej administracji, która borykała się z prywatyzacją postkomunistycznego dorobku. Mnóstwo było wtedy transakcji typu „tanio kupić- drogo sprzedać”.

W marcu 1990 roku Sejm przyjął ustawę o likwidacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej RSW Prasa-Książka- Ruch. To był komunistyczny koncern prasowo-wydawniczy, do którego należały niemal wszystkie prasowe tytuły w kraju i ogromny majątek w postaci nieruchomości, budynków zajmowanych przez redakcje i wydawnictwa, także drukarnie. Natychmiast po przyjęciu ustawy o likwidacji RSW, Kaczyński wpadł na pomysł utworzenia Fundacji Prasowej Solidarność. Następnym krokiem było pojawienie się Kaczyńskiego w Komisji Likwidacyjnej z ofertą kupna „Expressu Wieczornego” oraz związanego z tym prasowym tytułem budynku u zbiegu Al. Jerozolimskich i ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie. Kaczyński miał ten obiekt na oku od dawna, był to łakomy kąsek dla wielu ówczesnych biznesmenów i deweloperów, ale dopiero ustawa o likwidacji RSW zapaliła zielone światło. Kaczyński ze swoją Fundacją Prasową Solidarność rozpoczął intensywne zabiegi o przejęcie nieruchomości.

W Komisji Likwidacyjnej usłyszał jednak, że o tytuł, czyli „Express Wieczorny”, stara się kilka podmiotów, natomiast Komisja Likwidacyjna nic nie ma do budynku, bo jest to majątek pozostający w gestii Skarbu Państwa. Na czele Fundacji Prasowej Solidarność Kaczyński postawił działacza PC, Sławomira Siwka. I obaj zaczęli wydeptywać ścieżki w celu przejęcia nieruchomości. Kaczyński był już wtedy szefem Kancelarii Prezydenta, a Siwek podsekretarzem stanu. Zaczęli nachodzić ówczesnego wicewojewodę warszawskiego, Krzysztofa Łypacewicza.

W archiwalnych aktach sądowych można przeczytać, że wicewojewoda zeznał iż: „Były naciski ze strony Kancelarii Prezydenta. Przychodził pan Jarosław Kaczyński”. Gdy prowadzący sprawę sędzia dopytywał, czy Kaczyński przychodził jako przedstawiciel Kancelarii Prezydenta, czy jako osoba prywatna, wicewojewoda odpowiedział: „Nie wiem”. Łypacewicz odmówił sprzedaży budynków argumentując, że mogą one zostać sprzedane tylko w wyniku przetargu, ale wskazał Kaczyńskiemu ściekę, po której ma iść: „o ile fundacja nabędzie prawa do „Expressu Wieczornego”, zostanie wzięta pod uwagę w pierwszej kolejności jako kandydat na dzierżawcę”. Nie pozostawało nic innego jak rozpocząć walkę o „Express Wieczorny”.

Starała się o jego kupno także spółdzielnia założona przez dziennikarzy tej redakcji oraz ZPR (Zjednoczone Przedsiębiorstwo Rozrywkowe). Krystyna Gucewicz, która pracowała wtedy w Expressie, mówiła, że byli w najważniejszych gabinetach ówczesnej władzy i wszyscy ich popierali, ale „Nie wiedzieliśmy, że chodzi o ziemie, o budynki. Chcieliśmy dalej robić naszą ukochaną gazetę”. Tytuł trafił jednak w ręce Kaczyńskiego. Ówczesny prezes ZPR, Zbigniew Bochenek, który razem z dziennikarską spółdzielnią starał się o przejęcie Expressu opowiadał po latach, że rozmawiał na ten temat z Donaldem Tuskiem, którego Kongres Liberalno-Demokratyczny (KLD) był wtedy sprzymierzony z Porozumieniem Centrum. Tusk miał mu powiedzieć, że: „Decydował sam papież”. Zrozumiałem, że była to ważna politycznie decyzja, która zapadła gdzieś wysoko. Mazowieckiemu i jego środowisku dano „Życie Warszawy”, a „Express Wieczorny” Wałęsie, bo jeszcze wtedy nie mówiono o Kaczyńskich, oni grali wspólnie z Wałęsą. To była decyzja polityczna, nie mieliśmy żadnych szans, choć łudziliśmy się, że mamy”.

Po przejęciu tytułu Kaczyński i jego podwładni błyskawicznie przeprowadzili w urzędach przejęcie w dzierżawę nieruchomości u zbiegu Al. Jerozolimskich i Nowogrodzkiej. Zredagowaną umowę pracownik urzędu rejonowego woził Kaczyńskiemu i Siwkowi do podpisu do Kancelarii Prezydenta, bo jak później tłumaczył w sądzie: „Uważam, że nie jest odpowiednia relacja, gdy osoba w randze ministra Kancelarii Prezydenta jedzie do urzędu w celu podpisania umowy”. Nie tylko to jedno zdanie świadczy o wykorzystywaniu stanowiska do uzyskania korzyści materialnych, o co PiS oskarża dziś wielu przeciwników.

Po przejęciu w dzierżawę nieruchomości Fundacja Prasowa natychmiast zaczęła wynajmować powierzchnię. Zarząd miasta reprezentujący Skarb Państwa pobierał od dzierżawcy 50 tys. starych zł (5 zł po denominacji) za metr kwadratowy, natomiast Fundacja Prasowa wynajmowała powierzchnię za 97 tys. zł (9,70 zł po denominacji). Ale największy biznes Kaczyński zrobił z Bankiem Przemysłowo-Handlowym z Krakowa. Sprzedał mu na 13 lat wynajem powierzchni za 37 mld. starych zł, co było wtedy równowartością ok. 4 mln. dol. Bank zapłacił gotówką.

I właśnie po tej transakcji sprawą zajęła się prokuratura i sąd, ponieważ Fundacja Prasowa miała podpisaną umowę dzierżawy obiektu od Skarbu Państwa na 10 lat, a sprzedała ją bankowi na 13 lat. Obie umowy, czyli i ze Skarbem Państwa, i z bankiem podpisywał ten sam prawnik… Jarosław Kaczyński. Fundacja „Kaczyński” sprzedała więc coś, czego nie miała. Nikt jednak nie zdążył zostać w tej sprawie orzeknięty winnym, bo gdy ministrem budownictwa w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego został Adam Glapiński (wtedy prawa ręka Kaczyńskiego w PC) szybko przepchnął przez Sejm ustawę, która pozwoliła Porozumieniu Centrum przejąć nieruchomość u zbiegu Al. Jerozolimskich i Nowogrodzkiej na własność.

I tak to właśnie wyglądało uwłaszczanie się nomenklatury na państwowym majątku. Nikt nie był w tej kwestii bardziej cwany od Kaczyńskiego.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii