Jak „żydy” i „ruskie” Polaków rozpijali

str-21-jak-zydy-i-ruskie

W poprzednim wydaniu naszej gazety zamieściłem tekst Piotra Skawińskiego o „małpeczkach” – wódce w buteleczkach 100-milimetrowej zawartości, za sprawą których przemysł spirytusowy w Polsce zażegnał kryzys. Ponieważ w przyrodzie zazwyczaj musi być równowaga, branża gorzelnicza stanęła na nogach, ale padać z nóg zaczął przeciętny Polak, bo spożycie wódki wzrosło gwałtownie. Co zatrważające, szczególnie wśród kobiet i młodzieży. Za producentami wódki chyżo podążyli inni i w buteleczki o pojemności 100 ml zaczęli rozlewać swój towar również producenci… denaturatu. Można powiedzieć, że to absolutny cynizm, ale sklepikarze twierdza, że ten ruch producentów „jagodzianki na kościach” również spotkał się z pozytywnym odzewem „rynku”.

Pijaństwo polskie wcale nie narodziło się wraz z wódką, bo nie mogło. Odkrywcą procesu destylacji, za sprawą którego można otrzymywać mocne trunki, był przedstawiciel nacji, której Bóg zabronił spożywania ich w zarówno w łagodnej, jak i mocnej postaci. Wynalazcą był bowiem arabski alchemik Jabiribn Hayyan, znany na Zachodzie jako Geber, a owym Bogiem oczywiście Allah, który do wiernych przemawiał ustami Mahometa. Tenże Geber żył w latach 721-815 już naszej ery, czyli w czasach, kiedy na świecie nie pojawił się jeszcze nawet pradziadek założyciela naszego państwa, czyli Mieszka I. Wieść o wynalazku arabskiego alchemika szybko dotarła na kontynent europejski, jednak nie spotkała się z większym odzewem, bo cała Europa zapijała się wtedy piwem. Złocisty ten trunek, jak się dziś o nim mówi, znany był już 4 tysiące lat przed naszą erą w Mezopotamii. Był tam nadzwyczaj ceniony, o czym świadczy fakt, że powołano nawet boginię, która miała nad nim i zapewne też nad piwoszami sprawować pieczę. Nazwano ją Nidaba. Aż dziw bierze, że w Polsce, słynącej z nadawania wymyślnych nazw alkoholowym trunkom, nie ma jeszcze piwa o tej nazwie.

Opilstwo piwne słynne i szeroko znane było także w starożytnym Egipcie, czego dowodzą odczytane testy na papirusach pochodzących z czasów sięgających aż 3 tys. lat przed narodzeniem Chrystusa. Tamże są też świadectwa pierwszych przejawów walki z nadmiernym spożywaniem alkoholu. W przeciwieństwie do naszych późniejszych urzędników pana Boga (o tym dalej), pierwsi zakazali spożywania piwa egipscy kapłani, ale tylko w świątyniach, potem faraon rozszerzył ten zakaz na podległą mu armię. O skutkach nadmiernego spożywania alkoholu, czyli m.in. o pospolitym kacu, można się doczytać także w Starym Testamencie, natomiast Rzymianie pijali wino rozcieńczone wodą. Spożywanie nierozcieńczonego uznawali za barbarzyństwo, do piwa odnosili się z pewnym obrzydzeniem i uznawali je za napój plebsu.

Z plebsu na pewno zaś nie wywodził się Bolesław Chrobry, był wszak synem księcia, ale piwo uwielbiał, o czym świadczy chociażby to, że Niemcy, z którymi spotykał się zarówno na polu bitwy, jak i przy stole, nadali mu przydomek „Piwosza”, gdy na własne oczy zobaczyli, jakie ilości tego napoju jest w stanie w siebie wlać. Odnotował to swym gęsim piórem między innymi Gall Anonim.

W kontekście dawnego piwnego opilstwa trzeba pamiętać, że herbata była wtedy napojem nieznanym, kawa tym bardziej, pozostawało krowie mleko, acz nie było zbyt popularne. Pito więc piwo. Historycy wyszperali w różnych źródłach, że produkowano wiele rozmaitych gatunków piwa, począwszy od lekkich, zbliżonych smakiem do kwasu, po piwa chmielowe z dużą zawartością alkoholu. Spożycie musiało być bardzo duże, skoro na głowę szlachcica wynosiło ono ok. 3 litry dziennie, zaś chłopi i służba wypijali tylko o połowę mniej. Alkoholem mocnym był w tamtych czasach miód pitny i wcale nie pito go mało, skoro w średniowieczu była to aż jedna trzecia spożywanej ilości piwa. Sumując ilości wypijanego piwa i miodu wychodzi na to, że nasi dalecy przodkowie, przynajmniej ci po mieczu, większość swojego życia spędzali na rauszu.

I tak to sobie trwało przez kilka stuleci, aż nastał przełom wieków XVI i XVII. Silna do tej pory polska gospodarka folwarczna opierała się na produkcji zbóż, przede wszystkim żyta i pszenicy, które w ogromnych ilościach eksportowano na zachód, do krajów tamtejszej Europy. Niektórzy historycy twierdzą, że Polska byłą zapleczem surowcowym Europy, dostarczając tam przede wszystkim zboża, także bydło rzeźne, skóry, w tym także dzikich zwierząt. Na przełomie wspomnianych wieków eksport zbóż zaczął się załamywać. Gospodarstwa folwarczne, których właścicielami była szlachta, miały coraz więcej niesprzedanego zboża. Szlachta szybko odkurzyła więc wynalazek arabskiego alchemika i zaczęła budować gorzelnie. Rozwój szlacheckiego przemysłu wódczanego bardzo dobrze ilustrują dane dotyczące na przykład Wielkopolski. W połowie XVII wieku jedna gorzelnia przypadała na 52 wsie, wiek później, czyli w połowie XVIII w. była już w co dziesiątej wsi, a pod koniec owego stulecia w co szóstej.

Gdy szlachcic stracił możliwości zarobku z eksportu zbóż, postanowił odbić to sobie na zyskach ze sprzedaży okowity produkowanej w swojej gorzelni. Ubrany w kontusz, wąsaty przedstawiciel narodu był panem i władcą podległych mu chłopów i w należących do niego wsiach stanowił prawo. Już w czasach, gdy najpopularniejszym napojem było w Polsce piwo, właściciele wsi nakazywali mieszkającym w nich chłopom kupowa

piwo tylko z folwarcznego browaru. Gdy pojawiła się możliwość nabijania kiesy sprzedażą okowity (tzw. „wódka palona” zawierająca 80% czystego alkoholu) nakaz ten był bezwzględnie egzekwowany.

Z równą bezwzględnością postępowali też proboszczowie, jako że Kościół katolicki był Polsce właścicielem wielu wsi, a kije i bicze przytwierdzone do drzwi świątyń uzmysławiały poddanym chłopom (de facto – niewolnikom), co ich czeka w przypadku nieprzestrzegania nakazów szlachecko-księżowskich biznesmenów od wódki. Przywilej szlachcica i proboszcza do produkowania, sprzedawania i przymuszania poddanych do kupowania wyłącznie przez nich wytwarzanej wódki zwano propinacją. Szlachta budowała więc w swoich wsiach karczmy (księża w swoich wsiach robili to samo) i zazwyczaj puszczała je w dzierżawę Żydom, zaś poddanych chłopów zmuszali do kupowania tam wódki. W ten cwany sposób powstał mit, że to Żydzi rozpijali polskich chłopów, a potem dołączono do nich rosyjskich zaborców, którzy mieli rozpijać poddanych cara. Jedno i drugie to bzdura, o czym świadczą fakty zapisane w archiwach.

Przymus propinacyjny doprowadził do przerażającego rozpicia chłopów, którzy stanowili ok. 80% mieszkańców ówczesnej Polski. Szacunki określające spożycie wódki na głowę mieszkańca Polski w pierwszej połowie XIX w. są bardzo nieprecyzyjne, ale i tak zatrważające. Wahają się od 9,6 litra do 38 litrów czystego alkoholu na głowę, przy czym historycy twierdzą, że bliższa prawdy jest ta druga liczba. O destrukcyjnych skutkach rozpicia przez szlachtę i księży polskich chłopów świadczy też pewien znamienny fakt historyczny. Carski wielkorządca w zaborze rosyjskim, wyjątkowy wobec Polaków satrapa, Iwan Fiodorowicz Paskiewicz, wystosował otóż w roku 1844 do swoich zwierzchników w Petersburgu alarmujące pismo o opłakanym wręcz stanie zdrowotnym rekrutów wcielanych do cesarskiej armii z terenów Królestwa Polskiego. Jako powód drastycznego pogorszenia się stanu zdrowotnego ludności podawał wszechpanujące pijaństwo.

Niedługo później ogłoszono carski „ukaz” drastycznie ograniczający swobodę wyrabiania wódki. Trochę czasu minęło, nim dało się odczuć skutki owego „ukazu”, ale w roku 1912 spożycie napojów alkoholowych na terenach zaboru rosyjskiego wynosiło już tylko 3,4 l czystego alkoholu per capita. Mniej więcej tyle, ile przez wszystkie lata wynosiło ono w całej carskiej Rosji.

Do rozplenienia się pijaństwa w Rosji (także ponownego w Polsce) doszło dopiero za komuny. W 1980 r. statystyczny Polak wypijał 8,4 litra czystego alkoholu na głowę. Dziś jest to już tylko 3,3 litra, ale 2 lata temu spożycie było jeszcze mniejsze; wynosiło 2,5 litra per capita. Szatański pomysł wprowadzenia „małpeczek”, robi swoje, a nie ma cara, który by ten „wynalazek” unicestwił.

Krzysztof Pipała