Jedyna przegrana bitwa króla Jana III

str-22-sobieski

Niespełna miesiąc po zwycięskiej bitwie pod Wiedniem, jej triumfator, polski król Jan III Sobieski był dosłownie o krok od śmierci z rąk tureckich. Przecząc swoim dotychczasowym nawykom i doświadczeniu postąpił nieroztropnie, wyzbywając się ostrożności i opracowania precyzyjnego planu bitwy. Przede wszystkim – zlekceważył przeciwnika i nie zgrupował swoich sił. Dotychczas to właśnie uderzenie na przeciwnika skoncentrowanymi siłami niczym taran rozbijało w puch wojska wroga. Tym razem było inaczej i mogło dla samego króla skończyć się tragicznie. Być może u źródeł takiej lekceważącej wobec przeciwnika postawy leżało rozgoryczenie spowodowane potraktowaniem zarówno jego, jak i jego syna Jakuba oraz polskich senatorów po bitwie pod Wiedniem. Gdy był potrzebny do ratowania Wiednia przed turecką nawałą, cesarz słał do niego dzień za dniem ponaglające listy, by jak najszybciej przybył ze swoimi wojskami na ratunek. Gdy „przybył, zobaczył i zwyciężył”, bo to przecież on dowodził koalicją wojsk polsko-austriacko-niemieckich, które rozgromiły niezwyciężoną dotychczas armię turecką, spotkał się ze wzgardą i lekceważeniem.

Tak, jak wielkie było zwycięstwo Jana III pod Wiedniem, tak wielkie przeżył rozczarowanie postawą Leopolda I podczas spotkania w Schwechat. Cesarz czyniąc wyraźny afront królewiczowi Jakubowi, hetmanom i senatorom, dał wyraźny sygnał, że Jakub nie ma szans ani na rękę arcyksiężniczki Marii Antoniny, ani na tron węgierski. Od razu też zmieniła się postawa Austriaków wobec wojsk polskich, które niedawno przecież ocaliły serce cesarstwa. Zaprzestano dostarczania odpowiedniej ilości zaopatrzenia i środków potrzebnych do opieki nad rannymi” – pisze Wojciech Kalwat w tekście „Parkany – 1683 – kompromitacja Lwa Lechistanu” znajdującego się na stronie internetowej Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.

Rozgoryczenie rozgoryczeniem, któremu Jan III dał wyraz w swoich listach do żony Marysieńki, ale polski monarcha miał świadomość, że wojna z Turcją nie została zakończona, tym bardziej, że sporym jej siłom udała się rejterada spod Wiednia. Sobieski chciał natychmiast, niemal z marszu ruszyć za rozproszonymi siłami tureckimi, unicestwić całkowicie siły przeciwnika, zdobyć Budę i wyzwolić spod panowania tureckiego całe Węgry, ale Leopold I nie był tym zbyt zainteresowany. Zależało mu jedynie na przyłączeniu do cesarstwa północnych Węgier. Po wiedeńskiej klęsce Turcy mieli więc kilka tygodni na przygotowanie obrony zajmowanych przez nich Węgier, z których nie mieli zamiaru się wycofywać. Decyzja o podjęciu dalszych działań zapadła dopiero 5 października, a ich celem było zdobycie Esztergomu i następnie Pesztu. Wcześniej jednak trzeba było opanować stojącą na drodze do tego celu przeszkodę, którą była leżąca na lewym brzegu Dunaju twierdza w Parkanach.

W skrócie encyklopedycznym zakończona klęską króla Jana III pierwsza bitwa pod Parkanami (7 października) opisana została następująco:

Licząca 32 000 żołnierzy armia polsko-cesarska, dowodzona przez Jana III Sobieskiego, maszerowała lewym brzegiem Dunaju na Ostrzyhom. Wojska Sobieskiego, lekceważąc pobitych pod Wiedniem Turków, podzielone były na kilka znacznie od siebie oddalonych grup. Niespodziewanie 7 października dowodzona przez strażnika koronnego Stefana Bidzińskiego straż przednia licząca 1000 polskiej jazdy i dragonii wraz z idącą za nią grupą hetmana Stanisława Jana Jabłonowskiego zostały zaatakowane i rozbite przez armię turecką paszy budzińskiego Kary Mehmeda, liczącą 15 000 żołnierzy, w tym 2000 piechoty”.

Powyższy opis tej bitwy nie oddaje grozy sytuacji, ale bardziej szczegółowy już tak.
Polski monarcha nie wiedział, że do Kara Mustafy dotarły wieści, co ma być celem kolejnych ataków wojsk dowodzonych przez Sobieskiego i do twierdzy w Parkanach wysłał liczący kilkanaście (powyżej 15 tysięcy) korpus jazdy. Polski król, przekonany, że Parkany broni kilkuset janczarów, wyruszył o 7 rano 7 października w kierunku twierdzy z 10 tysiącami swoich żołnierzy, przede wszystkim jazdy. Od celu dzieło go 12 kilometrów.

Cesarski książę Karol Lotaryński zdecydowanie odradzał Sobieskiemu zupełnie nieprzygotowany atak z marszu i zagroził, że w razie czego nie przyjdzie mu z pomocą. Ale polski monarcha był uparty i odrzucił obawy księcia. No i stało się… Cytowany już wyżej Wojciech Kalwat z większymi szczegółami opisał przebieg pierwszej bitwy pod Parkanami, pierwszą i jedyną, którą Jan III Sobieski musiał zapisać po stronie przegranych:

Po wymarszu z obozu niespodziewający się niczego niedobrego Sobieski pozwolił wojsku rozluźnić szyk. Poszczególne jednostki podążały więc za sobą w pewnym oddaleniu. Na czele szła grupa pod wodzą strażnika koronnego Stefana Bidzińskiego. Liczyła ona około tysiąc koni i składała się z chorągwi lekkiej jazdy i dragonów. Za nimi ciągnęły się inne oddziały pod wodzą hetmana wielkiego Stanisława Jabłonowskiego i samego króla. Na końcu posuwała się piechota, artyleria i tabor. Bidziński otrzymał od Jana III wyraźny rozkaz zatrzymania się przed zamkiem i spokojnego oczekiwania na nadejście reszty armii. Sobieski nie chciał w ten sposób zbyt wcześnie uprzedzić nieprzyjaciela o planowanym ataku.

Gdy przednia straż weszła na pagórki w pobliżu Parkan, zobaczyła zamek i nieduży, liczący około pięćset żołnierzy, oddział jazdy tureckiej. Inne wzgórza zasłaniały kotlinę, w której przyczaiła się reszta armii muzułmańskiej. Wbrew rozkazowi Bidziński nie zatrzymał się, lecz rozpoczął działania zaczepne. Wspomnianą powyżej grupę rozbił wprawdzie bez większych trudności, w pogoni jednak jego chorągwie wpadły na przyczajone siły tureckie. Ich widok i boczny ogień dział parkańskich przekonał strażnika wielkiego koronnego do natychmiastowego odwrotu. Nie mógł jednak wykonać tego manewru wystarczająco szybko, gdyż wchodzący w skład jego grupy dragoni zostali wcześniej spieszeni w celu zdobywania zamku. Rozpoczęła się powolna rzeź niespodziewających się tak ciężkiej przeprawy Polaków.

Jadący na czele następnego rzutu wojsk koronnych Stanisław Jabłonowski, widząc co się dzieje, wydał swoim dragonom rozkaz spieszenia i otwarcia ognia do nieprzyjaciela. Wstrzymało to na chwilę zapędy Turków. Hetman wielki poprowadził wówczas większość jazdy do kontrataku, który załamał się jednak pod naporem przeważających mas kawalerii przeciwnika. Siły Jabłonowskiego zaczęły się cofać.

Sobieski, który dotarł właśnie na plac boju, na widok tej sytuacji zareagował błyskawicznie, szykując resztę żołnierzy do kontrataku. Prawe skrzydło pozostawił cofającym się oddziałom hetmana wielkiego. Lewe powierzył Szczęsnemu Potockiemu, środek szyku zaś – wojewodzie lubelskiemu Marcinowi Zamoyskiemu. Wysłał też posłańców do księcia Karola Lotaryńskiego i podążającego z tyłu z piechotą, taborem i artylerią Marcina Kątskiego z prośbą o natychmiastową pomoc.

Jazda turecka pędziła tuż za oddziałami Jabłonowskiego i natarła na nie natychmiast po tym, gdy zajęły one miejsce na prawym skrzydle. Muzułmanie wiedzieli już od pojmanych jeńców, że mają do czynienia wyłącznie z kawalerią polską pod wodzą samego króla. Warto zauważyć, że dla Kara Mehmeda była to pierwsza bitwa prowadzona samodzielnie. Młodego dowódcę podnosiła na duchu myśl, że ma wielką szansę pokonania w bezpośrednim starciu „lwa Lechistanu”.

Po kolejnym uderzeniu na skrzydło polskie Turcy udali ucieczkę. Chorągwie Jabłonowskiego w pościgu za nimi oddaliły się od reszty wojsk, a nagły zwrot przeciwnika spowodował wśród nich zamieszanie. Kara Mehmed wykorzystał to i wysłał część żołnierzy w celu ataku na Polaków od tyłu. Widząc co się dzieje Sobieski wydał rozkaz zmiany szyku kilku stojącym w pobliżu niego chorągwiom husarskim. Nieatakowane w tym czasie oddziały lewego skrzydła i centrum poczytały to za odwrót i rzuciły się do ucieczki. Cały szyk polski pękł w mgnieniu oka. Wojsko koronne uciekało w panice ścigane przez tryumfujących muzułmanów.

Sam król jechał w otoczeniu siedmiu towarzyszy: koniuszego koronnego Marka Matczyńskiego, łowczego koronnego Atanazego Miączyńskiego, porucznika Jana Czerkasa, niejakiego Piekarskiego, dwóch towarzyszy husarskich i nieznanego z imienia arkebuzera, który w ostatniej chwili uratował Sobieskiemu życie zabijając dwóch Turków, co „już się byli wynieśli z dzidą jeden, drugi z szablą”. Pościg Turków prowadzony przez kilkanaście kilometrów zatrzymał się dopiero w obliczu nadciągających kirasjerów cesarskich. Książę Karol Lotaryński nie dotrzymał danego wcześniej słowa i przyszedł Sobieskiemu z pomocą. Kara Mehmed nie chciał na razie ryzykować starcia z całą armią sprzymierzonych i wycofał się w kierunku Parkan. Wysłał później tryumfalny raport do Kara Mustafy donosząc mu o wielkim zwycięstwie”.

Na pobojowisku leżało ciało wojewody pomorskiego, Władysława Denhoffa, który był bardzo podobny do Sobieskiego. Gdy Turcy je znaleźli, byli przekonani, że to ciało Sobieskiego. Odcięli od zwłok wojewody głowę i triumfalnie zawieźli ją do Budy, gdzie przebywał turecki sułtan. Dopiero tam zorientowano się, że to pomyłka.

Klęska, jakiej Sobieski doznał 7 października pod Parkanami, była znacząca, ale gdy policzono straty, okazały się one nie aż tak duże, jak można byłoby sądzić po przebiegu bitwy. Wyniosły one, nie licząc rannych, około 500 zabitych. Wydarzenia tego dnia musiały być dla polskiego monarchy jednak bardzo przykre i bolesne. Chciał natychmiast sformować wojsko i ponownie zaatakować przeciwnika, ale tym razem dał się przekonać, że „co nagle, to po diable”, że trzeba opanować emocje i przede wszystkim opracować plan natarcia.

Doszło do niego po dwóch dniach, 9 października. Zakończyło się ono triumfalnym zwycięstwem, o czym napiszemy w następnym wydaniu naszej gazety.

Andrzej Fliss