Justin Trudeau nadal premierem Kanady

str-18-trudeau

Liberalna Partia Kanady po raz kolejny wygrała wybory parlamentarne. Ugrupowanie Justina Trudeau utworzy jednak rząd mniejszościowy i będzie potrzebowało wsparcia mniejszej partii lewicowej. W obliczu skandali, jakie wstrząsnęły środowiskiem premiera w ostatnich miesiącach, Trudeau i tak może mówić o sukcesie. Agencja Reutera przekazała, że Liberalna Partia Kanady (LPC) zdobyła 156 z 338 miejsc w parlamencie. Do stworzenia rządu większościowego zabrakło 14 mandatów co oznacza, że partia Justina Trudeau będzie skazana na współpracę z Nową Partią Demokratyczną (NDP), która odnotowała gorszy wynik niż cztery lata temu, ale dzięki słabszym notowaniom LPC ma szansę na wejście do rządu.

Wstępne wyniki wskazują na to, że Konserwatywna Partia Kanady (CPC), która w ostatnich sondażach otrzymywała zbliżony wynik do LPC, zdobyła 121 mandatów.

Zrobiliście to moi przyjaciele, gratuluję – powiedział Trudeau podczas wieczoru wyborczego w Montrealu. Politykowi, który przez ostatnie cztery lata był premierem Kanady, pogratulował Donald Trump. „Gratuluję Justinowi Trudeau wspaniałego i ciężko wywalczonego zwycięstwa” – napisał prezydent USA. „Z niecierpliwością czekam na współpracę z Tobą na rzecz dobra naszych krajów” – dodał.

Trudny finisz kampanii

Przypomnijmy, na finiszu kampanii Justin Trudeau nie miał najlepszej prasy. Zaczęło się od publikacji magazynu „Time”, który zamieścił zdjęcie Justina Trudeau z 2001 roku, kiedy to przyszły premier Kanady pracował jako nauczyciel w prywatnej szkole. Fotografia pochodzi z imprezy o wiele mówiącej nazwie „Arabska noc”. 29-letni wówczas Trudeau pozuje do zdjęcia w turbanie, a twarz oraz dłonie ma pomalowane ciemną farbą. Przy okazji udostępnienia tego zdjęcia „Time” poinformował o jeszcze jednej fotografii – pochodzącej z kopii rocznika „The View”. Na tym zdjęciu przyszły premier wystąpił z pomalowaną na brązowo twarzą. Materiał został upubliczniony za sprawą biznesmena z Vancouver Michaela Adamsona.

Na publikację „Time” zareagował sam zainteresowany, który przeprosił za zdjęcia. – Nie powinienem był tego robić. Powinienem mieć większą świadomość. Jest mi naprawdę przykro – przyznał premier. Pytany o to, czy jego zdaniem zdjęcia jest rasistowskie, Trudeau odparł twierdząco. – Tak, takie było. Nie uważałem tak wtedy, ale teraz inaczej do tego podchodzę – wskazał polityk. Jak wyjaśnił, na „blackface” zdecydował się przy okazji szkolnego konkursu talentów.

W wyborach liczyło się pięć partii, przy czym cztery w całej Kanadzie: liberałowie, konserwatyści, socjaldemokraci z NDP i zieloni. Bloc Quebecki, który w sondażach miał dobre wyniki, wystawił kandydatów tylko w Quebecu. Partia ta kierowała swoją kampanię wyłącznie do mieszkańców francuskojęzycznej prowincji. Ponieważ jednak w Quebecu jest 78 okręgów, zwycięzca w tej prowincji może liczyć się przy tworzeniu rządu. Prowincją z największą liczbą mandatów jest Ontario – 121. Jak istotne jest Ontario widać np. po liczbie mandatów z miast otaczających Toronto; z aglomeracji Toronto wybieranych jest 30 deputowanych. To więcej niż liczba mandatów z dwóch prowincji, Saskatchewan i Manitoby.

W poniedziałek wieczorem nie było jeszcze informacji o frekwencji, ale już w przedterminowym głosowaniu 11-14 października głosowało rekordowe 4,7 mln Kanadyjczyków spośród 27,4 mln uprawnionych. W poniedziałek wyborczy pojawiły się informacje o kolejkach w lokalach do głosowania.

Oficjalna kampania wyborcza trwała zaledwie 40 dni, ale w istocie zaczęła się skandalem w lutym, gdy dziennik „The Globe and Mail” napisał, że przedstawiciele kancelarii premiera mieli wywierać naciski na byłą minister sprawiedliwości Jody Wilson-Raybould, by zamiast kierować do sądu sprawę firmy SNC-Lavalin, oskarżanej o łapówki, prokuratorzy zgodzili się na ugodę. Trudeau twierdził, że starał się uratować miejsca pracy, ale komisarz ds. etyki stwierdził naruszenie reguł. Drugi skandal wybuchł we wrześniu, gdy amerykański „Time Magazine” opublikował zdjęcie z 2001 roku, o którym piszemy powyżej.

Przed wyborami analitycy typowali 50-60 okręgów, w których wyborcy mogli się wahać, mając w ten sposób decydujący wpływ na wynik, oraz ponad 60 okręgów, gdzie decydujący głos o wyborze mogli mieć rdzenni mieszkańcy Kanady, którzy cztery lata temu zaczęli aktywnie uczestniczyć w głosowaniu. W tym roku indiańscy przywódcy zachęcali do pójścia do urn. W rezultacie np. frekwencja w jednym z okręgów o dużej liczbie wyborców First Nations w Saskatchewan była taka, że trzeba było drukować dodatkowe karty do głosowania.


Poślizg konserwatystów

Na zwycięstwo liberałów miało niewątpliwie wpływ dziennikarskie śledztwo, które wykazało, że konserwatyści wynajęli firmę doradczą, by zdyskredytować konkurencję. Dziennik „The Globe and Mail” poinformował, że Konserwatywna Partia Kanady (CPC) Andrew Scheera, która w ostatnich sondażach dorównywała rządzącym Liberałom, a Scheer był wskazywany jako potencjalny premier, wynajęła znanego doradcę politycznego Warrena Kinsellę i jego firmę Daisy Group. Celem było „dopaść i zniszczyć” – jak cytował dziennik, powołując się na dokumenty. Firma Kinselli, która stała za kampanią w mediach społecznościowych, miała wspierać kandydatów konserwatystów i rozpowszechniać informacje o ksenofobii kandydatów PPC. „Dokumenty potwierdzają pracę wykonaną przez kilku pracowników Daisy Group na rzecz niewymienionego klienta. Źródło przekazało CBC, że tym klientem była Partia Konserwatywna” – podała telewizja CBC. W tak zwanym „Project Cactus” za ostrymi atakami na Berniera miało stać czterech pracowników Daisy Group. Podczas sobotnich spotkań przedwyborczych Scheera dziennikarze domagali się komentarza na temat skandalu. Pytany o to powtarzał, że „nie komentujemy istniejących bądź nieistniejących kontraktów”. Bernier podczas sobotniej konferencji prasowej określił Partię Konserwatywną jako „moralnie i intelektualnie skorumpowaną” oraz poinformował, że złożył skargę do Elections Canada, kanadyjskiej komisji wyborczej. W całej sprawie ważny jest nie tylko fakt czarnego PR, lecz także osoba Warrena Kinselli. To dawny polityk Partii Liberalnej. Z wykształcenia jest prawnikiem, działał w ruchach antyrasistowskich. Cztery lata temu bezskutecznie starał się o nominację Liberałów w jednym z okręgów w Toronto. Znany jest z niewybrednych ataków na polityków. Ostro krytykował Justina Trudeau i apelował, by na niego nie głosować. W tym roku przez krótki czas, ku zdumieniu kanadyjskich komentatorów, był doradcą partii Zielonych. O Kinselli mówiono wiele w lutym tego roku, gdy przypisywano mu niepotwierdzony udział w skandalu, który dotknął Trudeau. „The Globe and Mail” napisał wówczas, że przedstawiciele kancelarii premiera mieli wywierać naciski na byłą minister sprawiedliwości Jody Wilson-Raybould, by zamiast kierować do sądu sprawę budowlanej firmy SNC-Lavalin oskarżanej o łapówki, wpłynęła na zawarcie ugody przez prokuratorów. Trudeau twierdził, że starał się uratować miejsca pracy, ale komisarz do spraw etyki stwierdził naruszenie reguł. Ostatecznie sprawa SNC-Lavalin trafiła do sądu, a Wilson-Raybould odeszła z Partii Liberalnej. Pojawiły się też spekulacje, że to Kinsella miał stać za aferą „brownface”. W sobotę późnym popołudniem Kinsella poinformował, że zamknął konta na Twitterze i Facebooku. Na swoim blogu podkreślał, że jest prawnikiem, dodając, że tylko klient może zwolnić z umowy o poufności. „Jestem dumny z przeciwstawiania się fanatykom takim jak Bernier, czy to za pieniądze, czy też nie” – napisał. Przed kilkoma dniami Kinsella zamieścił na blogu wyniki „głosowania” pracowników swojej firmy. Typował, że konserwatyści uzyskają 146 mandatów, a liberałowie – 135. PPC, według niego, miało nie wejść do parlamentu.

Antoni Fajkowski, Krzysztof Propolski Opracowane na podst. reuters, wyborcza.pl, wiadomosci.pl