Kanada pachnąca… biedą?

pipala

Tytuł jest oczywiście parafrazą bardzo znanej w Polsce książki Arkadego Fiedlera pt. „Kanada pachnąca żywicą”. Po raz pierwszy wydana została jeszcze przed wojną, w roku 1935, wznawiana była także po jej zakończeniu. Cieszyła się dużą popularnością, bo odkrywała przed czytelnikiem wspaniałą przyrodę drugiego pod względem powierzchni kraju świata, także historię kanadyjskich Indian i oczywiście również Polaków, którzy zdecydowali się na emigrację. Już w tej książce Kanada jawiła się jako kraj bogaty, płynący przysłowiowym mlekiem i miodem, który jest otwarty na przybyszów ze świata. Dziś na świecie panuje moda na Kanadę i kto wie, czy to nie ona jest winna upokarzającemu ludzką godność problemowi, z którym boryka się zaskakująco duża liczba mieszkańców tego kraju. Tym problemem jest… bieda!

– To absurd albo szukanie taniej sensacji! Kanada i bieda? Nie ma nic bardziej mylnego! – powie mieszkaniec świata Zachodu, śledzący globalną koniunkturę gospodarczą i rolę oraz miejsce Kanady w tych procesach.

Kanada jest członkiem grupy G7, czyli jednym z siedmiu najbogatszych państw świata, jej gospodarka rozwija się od czasu ostatniego globalnego kryzysu w 2008 r. najszybciej spośród innych członków klubu państw super bogatych, bezrobocie wynosi ledwie 6,2 proc., rosną płace, co nakręca koniunkturę, a jednak…

W tym kraju, „mlekiem i miodem” płynącym, w którym mieszka niemal 37 milionów ludzi (1,5 mln mniej niż w Polsce), a PKB na osobę wynosi około 50 tys. dol., każdego dnia około miliona osób ustawia się w kolejkach po paczki przed bankami żywności. Banki te zasypują władze lokalne i centralne informacjami, że teraz kolejki są o jedną czwartą dłuższe niż w szczycie światowego kryzysu po roku 2008.

Jak więc to możliwe, że kraj, który rozwija się i bogaci w tak imponującym tempie, równocześnie produkuje coraz większą liczbę mieszkańców, którzy ratując się przed głodem uciekają po jedzenie do banków żywności? Tym bardziej, że w sklepach półki wręcz uginają się pod ciężarem zarówno podstawowych produktów spożywczych, jak i wymyślnych frykasów z całego świata.

Ponieważ panuje moda na Kanadę i coraz więcej ludzi z różnych krajów świata chce się tutaj przeprowadzić, z roku na rok rośnie popyt na nieruchomości. W sytuacji gdy podaż jest mniejsza niż popyt, ceny nieruchomości pną się drastycznie w górę. Dotyczy to szczególnie Toronto i naszego Vancouver. W Toronto w okresie ostatnich pięciu lat ceny domów i mieszkań wzrosły o połowę, natomiast średni dochód ledwie o kilka procent. Analitycy obserwujący rynek nieruchomości w Kanadzie przywołują przykład Toronto, twierdząc że nieruchomości są tam najbardziej przeszacowane na świecie i pod tym względem przebija ono takie europejskie metropolie jak Sztokholm, Monachium i… Londyn.

W ślad za wzrostem cen nieruchomości, w górę szybują też ceny wynajmu mieszkań. Skoro wzrost dochodów jest znikomy, a ceny wynajmu coraz wyższe, jest rzeczą oczywistą, że kurczy się suma dochodów przeznaczanych na kupno żywności. W najbogatszej prowincji, Ontario, średni zasiłek dla bezrobotnych wynosi 720 dol., a miesięczny koszt wynajmu dwupokojowego mieszkania, to wydatek w granicach 1200 dol. Podobnie jest w BC.

Gail Nyberg, szefowa Daily Bread – największej organizacji zajmującej się w Kanadzie dystrybucją darmowej żywności, wyliczyła, że przeciętnemu mieszkańcowi, który przychodzi po paczkę żywnościową, po opłaceniu wszystkich rachunków (największy to oczywiście opłata za czynsz) pozostaje w kieszeni 7 dol. dziennie. Siedem dolarów to 21 polskich złotych. W kraju nad Wisłą za tę kwotę można (skromnie, bo skromnie, ale jednak) się dziennie wyżywić, ale w takim Toronto 7 dol. wystarczy na dwa bilety komunikacji miejskiej albo półtora chleba.

Ale zarówno w Kanadzie, jak i w Polsce, na pierwszy rzut oka biedy nie widać. Bo, jak trafnie mówią w Polsce ludzie zajmujący się pomocą społeczną, „bieda się chowa”. Biedni kryją się ze swym ubóstwem. Należy oczywiście wyłączyć z tej grupy tych, którzy z wyboru żyją w stanie bezdomności i bezrobocia.

My piszemy o biedzie zarówno tych, którzy nie pracują, ale nie z wyboru, jak i tych, którzy pracują, czasami bardzo ciężko, a mimo to nie mogą związać końca z końcem. Popaść w ubóstwo można z dnia na dzień – nagła utrata pracy, ciężka choroba, narkotyki, alkoholizm i aby nie umrzeć z głodu, trzeba się ustawić w kolejce po darmową żywność. Z przeprowadzonych badan społecznych jawi się dość szokujący obraz kanadyjskiej biedy. Rośnie liczba tych, którzy pracują i nadal pozostają biedni. Okazuje się, że co trzecia osoba korzystająca z paczek żywnościowych posiada wyższe wykształcenie, a co setna nawet doktorat. Co piąta osoba pracuje, ale najczęściej na pół etatu i bez umowy o pracę. Zaskakujące jest, udokumentowane badaniami zjawisko, że co drugi mieszkaniec Toronto – największego i najbogatszego miasta Kanady – jest ze względu na swój status materialny osobą bez perspektyw życiowych, czyli prekariuszem.

O ile zdumiewająco szerokie jest zjawisko biedy w takich metropoliach jak Toronto, to jak wygląda sytuacja na prowincji? Okazuje się, że w wielu przypadkach, szczególnie miejscowości położonych na północy, może być równie dramatyczna. Statystyki podają, że na tych terenach co piąta rodzina żyje w ubóstwie. Jego przyczyną nie jest, jak w metropoliach, cena mieszkań i domów, lecz koszty żywności. Na północy lokalnych produktów jest bardzo mało albo nie ma ich wcale, a sprowadzane z południowych regionów kraju potrafią być dwa razy droższe niż na przykład w Toronto. Zarobki zaś są zdecydowanie niższe. Wysokie ceny żywności na północy powoduje jeszcze kwestia raczej nieznana w wielu innych, mniej rozległych krajach świata – producentom nie opłaca się wysyłać żywność w trudno dostępne tereny, ponieważ muszą ubezpieczyć kierowcę, a jego koszty potrafią być na tyle wysokie, że „zjedzą” cały zysk.

Badania klientów ustawiających się w kolejkach po darmową żywność wykazują, że okres, w którym korzystają z tej pomocy, coraz bardziej się wydłuża. Teraz są to średnio dwa lata. W tej sytuacji zajmujące się pomocą organizacje pozarządowe apelują do rządu o podwyższenie zasiłków i rent argumentując, że skoro większość ich klientów pobiera te świadczenia i nie jest w stanie się utrzymać, to znaczy, że są one za niskie. Kanada jest rzeczywiście jednym z najbogatszych krajów świata i jednym z tych, które na takie podwyżki stać. Przyszłość pokaże, czy bogaci dostrzegą problem biednych na tyle wyraźnie, by przyjść im z pomocą.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii