Kanada – ulubiony kraj świata

z22771070ierkatarzyna-wezyk

Z Katarzyną Wężyk, autorką książki „Kanada. Ulubiony kraj świata”, rozmawia Olga Wiechnik.

Co przeciętny Polak wie o Kanadzie?

– Pamiętam, co ja wiedziałam, zanim tam pojechałam: że ogromna, że zimno, że białe niedźwiedzie, przepastne lasy, zapach żywicy, hokej, syrop klonowy. I to by było na tyle.

I „Ania z Zielonego Wzgórza”! To najbliższy kontakt z tym krajem, jaki miała większość z nas. Ją odwiedziłaś w Kanadzie jako pierwszą.

– Jechałam do Kanady z planem, że przejadę ten kraj ze wchodu na zachód, a Wyspa Księcia Edwarda, na której mieściło się Zielone Wzgórze, jest prawie najbardziej na wschód wysuniętą częścią Kanady. Najbardziej zdziwiło mnie, że ta wyspa jest taka malusieńka. Wszystko tam jest kieszonkowe. Zupełne przeciwieństwo naszego wyobrażenia o Kanadzie. Sami Kanadyjczycy żartują: „Wyspa Księcia Edwarda? Sprawdź za kanapą, przed chwilą tam była”. Ale to właśnie tam zaczęła się Kanada – na konferencji w Charlottetown w 1864 roku postanowiono, że kolonie brytyjskie połączą się w państwo.

Co Polkę w Kanadzie zdziwiło, ucieszyło, rozczarowało?

– Rozczarowało bardzo niewiele. Ucieszyło i zdziwiło to, jak bardzo ten kraj jest kobietom – najzwyczajniej w świecie – przyjazny. Ma premiera, który do znudzenia powtarza, że jest feministą. Który stworzył rząd zbudowany w połowie z kobiet i mężczyzn – w tym osób różnych religii, ras i o różnym pochodzeniu. To kraj, w którym powszechnie dostępne są różne formy antykoncepcji, w tym pigułka „dzień po”. W pełni legalna jest aborcja, a zalegalizował ją ojciec obecnego premiera, również premier, Pierre Trudeau.

Mimo że był katolikiem.

– I to jakim! Za młodu na mszę chodził raz dziennie, a ze swoją pierwszą dziewczyną uprawiał wyłącznie wspólną modlitwę. Był wierzący, ale twierdził, że „nie ma miejsca dla państwa w sypialniach narodu”.

Co go tak otworzyło?

– Życie. Urodził się w Quebecu w 1919 roku, kiedy ta prowincja była jeszcze bardzo katolicka. Kobiety, zdarzało się, miały po tuzinie dzieci, a ksiądz, jak przychodził po kolędzie, pytał kiedy następne. Antykoncepcja była praktycznie niedostępna, Kościół miał monopol na edukację. Pierre wyjechał do Europy, studiował na London School of Economics i na Sorbonie. Zjeździł kawałek świata: Bliski Wschód, Azja. Wrócił jako liberalny intelektualista, ale też playboy. Miewał romanse, m.in. z Barbrą Streisand czy Kim Cattrall znaną u nas z „Seksu w wielkim mieście”.

Jak to się stało, że ojciec playboy wychował mężczyznę, który nie traktuje kobiet przedmiotowo?

– Na feministę wychowała go matka. Margaret Sinclair nie chciała być tylko „kwiatem w butonierce męża”. Miała 22 lata, gdy została premierową. Jej mąż – 51. Urodziła trójkę dzieci, jedno za drugim. Siedziała w domu z synami – rezydencję premiera nazwała perłą kanadyjskiego więziennictwa – podczas gdy Pierre Trudeau całymi dniami pracował. Źle to znosiła, ale jej mąż – jak twierdziła – uznawał trzy kategorie kobiet: koleżanki z pracy, potencjalne kochanki, no i żonę. A żona miała być „w domu i dostępna”. 

Nie do końca stosowała się do tego życzenia.

– Zdarzało jej się flirtować z Fidelem Castro podczas oficjalnego spotkania czy zaśpiewać piosenkę na cześć żony prezydenta Wenezueli, wcześniej wziąwszy pejotl, narkotyk halucynogenny produkowany z kaktusów. Maggie była ekscentryczna i otwarta do granic ekshibicjonizmu, potrafiła np. powiedzieć dziennikarzom, że nie nosi stanika, no chyba że idzie na spotkanie, na którym mają być starsi panowie, bo boi się, że na widok jej rysujących się pod bluzką sutków dostaliby zawału. Była urocza. Stała się pierwszą kanadyjską celebrytką: romansowała z Jackiem Nicholsonem, imprezowała z Rolling Stonesami – w autobiografii przyznała, że sypiała z „przynajmniej jednym z nich” – bawiła się w słynnym amerykańskim klubie Studio 54, w Fabryce Andy’ego Warhola.

Nie najlepsza z niej była żona.

– To wszystko robiła, jak jej małżeństwo już było w rozsypce. Państwo Trudeau separację ogłosili w 1977 roku. Justin miał sześć lat. Rozwiedli się siedem lat później.

Po latach zdiagnozowano u niej chorobę dwubiegunową.

– Po drugim dziecku miała depresję poporodową, która pewnie jej psychozę uaktywniła. Maggie potrafiła wyjść z domu na zakupy, a skończyć w Grecji, nocując na plaży. Pod koniec lat 90., po załamaniu nerwowym, trafiła do szpitala psychiatrycznego. Justin w swojej biografii napisał, że często to on czuł się opiekunem matki. Wspomina, jak któregoś dnia mama przyszła do niego do szkoły, wywołała go z lekcji i zaczęła z płaczem opowiadać, że rzucił ją kolejny facet. Justin ją pocieszał. Miał wtedy 11 lat.

Opiekę nad synami przejął ojciec. Jak spisywał się w tej roli?

– Justin miał 13 lat, gdy Pierre przestał pełnić funkcję premiera. Mimo że dzieci miał późno, był aktywny i poświęcał im sporo czasu – zabierał chłopców na kajaki, do lasu. Justin wspomina, że jego ojciec bardzo krótko był stary. Właściwie dopiero po śmierci najmłodszego syna w wypadku narciarskim w 1998 roku nagle się zestarzał i dwa lat później zmarł.

To nie brzmi jak łatwe dzieciństwo.

– Ale na pewno dało Justinowi grubą skórę, rzecz dla polityka bezcenną. Od dziecka był na świeczniku. Zdjęcia z jego ślubu, mimo że był wtedy jedynie nauczycielem, a jego żona pracowała w lokalnej telewizji, pojawiły się na okładkach najważniejszych kanadyjskich gazet.

Kim jest Sophie Grégoire, jego żona?

– To taka Margaret w wersji light. Jako nastolatka chorowała na bulimię i mówi o tym równie otwarcie, co teściowa o chorobie dwubiegunowej. Maggie była hippiską, Sophie chodzi do wróżki i ćwiczy jogę. A historia związku Justina i Sophie jest przy okazji tak słodka i sentymentalna, że wręcz zbyt piękna, żeby była prawdziwa. Znali się w dzieciństwie, bo Sophie była koleżanką jego młodszego brata. Po latach spotkali się na jakiejś imprezie, on miał 33 lata, ona 29. Wtedy jeszcze wydawał się niezainteresowany polityką. Fajnie im się rozmawiało, wymienili się mejlami, on nie napisał. Więc napisała sama. Nie odpowiedział. Wkurzyła się, bo kto by się nie wkurzył.

Wytłumaczył się jakoś?

– Tak, oboje chętnie opowiadają o tym szczegółowo każdemu dziennikarzowi, który chce słuchać. Justin, wyobraź sobie, od razu zrozumiał, że jak się z nią umówi, to będzie ostatnia randka w jego życiu. Więc postanowił dać sobie jeszcze kilka miesięcy swobody. Gdy w końcu się spotkali, poszli na karaoke i do afgańskiej restauracji. Powiedział, że czekał na nią 33 lata, po czym się rozpłakał. Ona też zalała się łzami, ale najpierw upewniła się, że Justin jest… za równouprawnieniem kobiet. Bo jak by nie był, to nieważne, że jest taki wrażliwy, że ma te włosy jak z reklamy szamponu i wygląda jak książę Eryk z „Małej syrenki” Disneya, nic by z tego nie było – twierdzi Sophie. Na szczęście, jak dobrze wiemy, Justin nie ma problemu z taką deklaracją.

Ale zdarzyło mu się uderzyć kobietę.

– Uderzył łokciem posłankę, ale zrobił to niechcący i przepraszał za to publicznie kilka razy. Najpierw od razu, potem oficjalnie w parlamencie. Następnie podczas przeprosin w innej sprawie dodał też przeprosiny za łokieć, po czym musiał przepraszać, za to, że jego przeprosiny za łokieć odciągnęły uwagę od przeprosin głównych. Śmiano się, że nagranie Justina Trudeau wygłaszającego przeprosiny powinno zostać nowym kanadyjskim hymnem.

Na żywo premier Kanady jest jeszcze przystojniejszy”. Tak brzmi pierwsze zdanie twojej książki.

– No bo jest przystojny, co poradzę. Jemu samemu na początku wcale to nie pomagało. Był uważany za ładnego chłopca ze znanym nazwiskiem, który nic sobą nie reprezentuje. Trochę to zmieniło pewne słynne mordobicie. Trudeau już był w parlamencie, ale grzał tylne ławki, gdy w 2012 roku zorganizowano charytatywny mecz bokserski – zyski miały iść na cele charytatywne. Z partii liberałów zgłosił się Justin, od konserwatystów – senator Patrick Brazeau, wychowany w rezerwacie indiańskim twardziel z wielkim bicepsem, tatuażami, długimi włosami. Justinowi nikt nie dawał szans. Nawet komentatorzy otwarcie kibicowali Patrickowi, a Trudeau nazywali „lśniącym kucykiem”. Ku zaskoczeniu wielu „lśniący kucyk” wytrzymał jednak pierwszą rundę, a przeciwnik zaczął się męczyć. W kolejnej Brazeau już się słaniał, w trzeciej poszła krew i sędzia odgwizdał zwycięstwo Justina. Rok później Trudeau został szefem liberałów, a trzy lata później premierem.

Mało kanadyjski, wydawałoby się, sposób załatwianie sprawy.

– No nie? Ale Justin nie omieszkał zaznaczyć, że „wszyscy są zwycięzcami”, bo dochody z walki poszły na szlachetny cel. Ale fakt, stereotyp o Kanadzie jest taki, że ludzie są tam mili, i faktycznie są. Więc może stereotyp działa jak samospełniająca się przepowiednia. Ta uprzejmość bierze się też z potrzeby odróżnienia się od sąsiada. Stany Zjednoczone są tradycyjnie męskie, zresztą wystarczy spojrzeć, kogo wybrały na prezydenta – człowieka reprezentującego szczęśliwie minioną, wydawałoby się, wersję męskości. Natomiast Justin Trudeau jest facetem, który pisze esej do „Marie Claire” zatytułowany „Dlaczego wychowuję swoje dzieci na feministów?”.

Dlaczego?

– Pisze, że ma trójkę dzieci, że jego córka jest odważna i mądra, a przecież i tak znajdą się ludzie, którzy będą ją uważali za kogoś gorszego tylko dlatego, że jest kobietą. I strasznie go to wkurza. Więc swoich synów wychowuje tak, żeby umieli wyrażać uczucia i nie dali się wtłoczyć w wersję męskości, która jest destrukcyjna: która musi się puszyć, która nie patrzy na innych, nie szanuje słabszych. I właśnie tego wszystkiego nie robi Kanada, co zresztą sprawia, że amerykańska prawica – i nie tylko prawica – się z niej śmieje.

Kanada szczyci się też tym, że jest pierwszym „państwem ponadnarodowym”. Co to znaczy?

– W Kanadzie nie ma czegoś takiego jak jednolita „tożsamość narodowa”, jej obywateli nie spaja wspólna pamięć i kultura, bo niby czyja miałaby to być pamięć? Społeczności francuskiej? Brytyjskiej? Rdzennej? Imigrantów, których tam jest bardzo dużo? Dzięki temu, że Kanadyjczycy nie przywiązują takiej wagi do historii, nie powoduje ona tylu konfliktów.

To co ich spaja?

– Ha! Zadawałam to samo pytanie Kanadyjczykom. Po dłuższej chwili zastanowienia odpowiadali, że zestaw wartości: jesteśmy mili, otwarci, szanujemy się nawzajem, jesteśmy empatyczni. No i lubimy hokej. Syn imigrantów z Wietnamu zapytany przeze mnie, co to znaczy być Kanadyjczykiem, powiedział: „Jak widzisz na ulicy kogoś zagubionego, to zapytasz, jak mu pomóc”. Może to i słabsza podstawa tożsamości narodowej niż „Bóg, honor, ojczyzna”, ale o ile mniej wykluczająca!

To jakimi problemami żyją dziś Kanadyjki w tym bezproblemowym kraju?

– Wciąż zarabiają mniej niż mężczyźni. Kanada jest dopiero na 35. miejscu pod względem równości płac. Dużym problemem są przedszkola, bo – z wyjątkiem Quebecu – płaci się za nie straszne pieniądze, ponad 1000 dolarów miesięcznie. To jeden z powodów, dla których Kanadyjki nie tak znowu chętnie decydują się na dzieci. Państwo w opiece nad nimi nie pomaga – kobiety są zdane na zarobki swoje i swoich partnerów.

Czy dziś w Kanadzie rasizm jest problemem?

– Kanada długo była państwem białym, o dość rasistowskiej polityce emigracyjnej. Ale po II wojnie światowej rasizm stał się niemodny, a w Kanadzie brakowało rąk do pracy. Wprowadzono system punktowy, który działa do dziś, bo jest mądry, choć nie wiem, czy zadziałałby w państwie innym niż Kanada, którą od sąsiadów oddziela tylko jedna granica i dwa oceany. Przyjmuje się tam dziś wszystkich, niezależnie od rasy, religii i narodowości pod warunkiem, że zdobędą określoną liczbę punktów. A przyznaje się je za: wykształcenie, wiek, znajomość języków, zawód odpowiadający zapotrzebowaniu kanadyjskiego rynku pracy. Ludzie, którzy przejdą tę selekcję, zwykle szybko się integrują i znajdują pracę. Choć nie zawsze w zawodzie, bo zdarza się, że lekarz pracuje jako taksówkarz.

Ale w takim systemie nie bierze się pod uwagę rozmiaru krzywdy czy skali niebezpieczeństwa, na jakie narażeni są we własnym kraju ludzie ubiegający się o pobyt w Kanadzie.

– System punktowy dotyczy tylko imigrantów ekonomicznych, nie uchodźców. Na przykład Syryjczyków Kanada przyjęła już 40 tysięcy – niezależnie od wykształcenia, zawodu i znajomości języka. Podczas gdy u nas straszono uchodźcami, w Kanadzie ich przyjęcie było jedną z obietnic wyborczych Justina Trudeau.

Dlaczego Kanadyjczycy nie boją się uchodźców?

– Jak mi powiedziała Julia z Montrealu: nie boimy się tego, czego nie znamy, dopóki nie dostaniemy dowodu, że powinniśmy. A w asymilacji uchodźców pomaga świetnie działający system „prywatnych sponsorów”. W lokalnej społeczności zbiera się kilka osób, które podejmują się pomagania przybyszom przez pierwszy rok. Składają się na ich utrzymanie, ale przede wszystkim wspierają w codziennym życiu. Witają ich na lotnisku, zabierają do domu, tłumaczą, jak kupić bilet na autobus, jak zapisać dziecko do przedszkola, umówić wizytę u lekarza. Ważne są drobiazgi, np. to, że pierwszego dnia w lodówce na nowo przybyłych czekają jakieś znajome produkty: pita, humus, wschodnie przyprawy. A na lodówce – zdjęcie sponsorów z dopisanymi imionami każdego z nich. I po roku takiej opieki uchodźcy i imigranci znacznie lepiej sobie potem radzą.

Skąd chińscy milionerzy, na których skarżą się dziś mieszkańcy Vancouver, wzięli się w Kanadzie?

– Pierwsi Chińczycy zaczęli przybywać w XVII wieku, ale nie jak Europejczycy od wschodu, tylko od zachodu, bo mieli bliżej. I od początku spotykali się z dyskryminacją. Budowali kolej, ale pracowali przy najniebezpieczniejszych odcinkach, np. w Górach Skalistych, a zarabiali mniej niż pozostali robotnicy. Potem Kanada wprowadziła pogłówne, czyli podatek, który na wejście musiał zapłacić każdy Chińczyk. Aż w końcu Kanadę dla Chińczyków całkiem zamknięto. W latach 60. XX wieku te ograniczenia zniesiono. A potem było Expo w 1986 roku, podczas którego Vancouver pokazało się światu.

I świat zapragnął przyjechać do Vancouver?

– To rzeczywiście piękne, otoczone lasami miasto, położone u stóp gór schodzących do morza. I w dodatku jest tu ciepło – Kanadyjczycy śmieją się, że to jedyne miasto w ich kraju, w którym prędzej umrzesz z głodu niż zamarzniesz. No i do Vancouver zaczęli przyjeżdżać bogaci Chińczycy – rząd im to ułatwił, bo wprowadził nową kategorię: „imigrant inwestor”. Jeśli pożyczyło się Kanadzie określoną sumę pieniędzy, można było dostać prawo stałego pobytu. I efekt był taki, że ceny nieruchomości gwałtownie wzrosły, bo milionerzy z Chin kupowali, co się dało. Jak rok temu wracałam z Kanady, cena zwykłego domku jednorodzinnego w Vancouver wynosiła około półtora miliona dolarów, czyli ponad cztery miliony złotych. Nagle nawet dobrze zarabiający prawnik nie może już sobie pozwolić na kupno domu w tym mieście.

Ale ci, którzy mieli własne domy, mogli szybko stać się bogaczami.

– Wielu Kanadyjczyków bardzo się na tym wzbogaciło. I nie tylko Kanadyjczyków – rozmawiałam z Pawłem, listonoszem, który w Kanadzie mieszka od ponad 20 lat i zdążył kupić w Vancouver domek, zanim tak bardzo wzrosły ceny. Ale Paweł wcale nie planuje go sprzedawać. „Ja miałbym się stąd wyprowadzić? W życiu! Pracuję pięć godzin dziennie, moja żona chodzi do pracy trzy razy w tygodniu, więc mamy czas, żeby pojeździć sobie tandemem wzdłuż plaży, żeby robić wino z przyjaciółmi. W zeszłym roku pojechaliśmy z dzieciakami kamperem na Alaskę. Gdzie indziej tak będę miał?”.

Czy po tym wszystkim, czego się dowiedziałaś, pisząc książkę, Kanada nadal jest twoim ulubionym krajem?

– Oj, zdecydowanie! Żaden kraj nie jest rajem. Justin też, jak zdrapać tę pozłotkę, nie jest rycerzem na jednorożcu jadącym po tęczy. Kanada ma swoje wady, ma swoje grzechy, ale to strasznie fajny kraj.

Czego moglibyśmy się od nich nauczyć?

– Stosunku do obcych. Nie żyjemy w próżni, ludzie będą się przemieszczać – iść za chlebem, uciekać przed wojną albo skutkami zmian klimatu. Zamykając się na różnorodność, nic nie zyskamy. Dobrze to ujął Pierre Trudeau, mówiąc, że niewiele byłoby równie katastrofalnych pomysłów, co powiedzenie Kanadyjczykom, że mają być do siebie podobni. Kraj, który stawia na jednolitość, wychowuje miernoty.

Kanada jest jedynym państwem, które wielokulturowość ma wpisaną w konstytucję.

– Może to tylko piękne deklaracje, ale lepiej deklarować gościnność, współczucie, otwartość, odpowiedzialność, troskę niż starach przed wszystkim, co nie wygląda dokładnie tak jak ja, nie myśli dokładnie tak jak ja i nie wierzy dokładnie w to, co ja.

Kanadyjczycy są dla świata nadzieją, bo pokazują, że można być otwartym, przyjaznym i dobrze na tym wyjść?

– Tak, bo tam to działa. Choć oczywiście nie wiemy, jak długo to potrwa. Może jeden duży zamach terrorystyczny zmieni ich podejście, ale na razie Kanada jest eksperymentem, który dla odmiany się udaje.

Wywiad pochodzi z grudniowego numeru dodatku Gazety Wyborczej – „Wysokie obcasy”. (Skróty pochodzą od redakcji GP)