„Karatecy” z Radomia i zabójstwo Jaroszewiczów

str-21-jaroszewiczowie

Doszło do tego w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 roku w jednej z willi w podwarszawskim Aninie. Ona leżała na kołdrze w łazience na piętrze, głowę miała na poduszce. On leżał w pokoju na parterze. Ona miała głowę roztrzaskaną kulą z broni palnej, jego ciało nosiło ślady brutalnych tortur. Ona nazywała się Alicja Solska, była dziennikarką, on – Piotr Jaroszewicz, był jedną z najbardziej prominentnych postaci upadłego trzy lata wcześniej PRL, byłym premierem. Byli małżeństwem.

Gwałtowna i zadana w brutalny sposób śmierć tej pary odbiła się głośnym echem i w Polsce, i za granicą. Pojawiły się różne teorie na temat motywów zabójstwa. Jedni mówili, że Jaroszewicz mógł mieć materiały kompromitujące gen. Wojciecha Jaruzelskiego, inni, że pracując zaraz po wojnie na Dolnym Śląsku wszedł w posiadanie listy agentów współpracujących z wywiadem niemieckim. Wersja kolejna, że w jego unicestwieniu zainteresowany był wywiad rosyjski. W toku prowadzonego śledztwa żadna z tych wersji nie znalazła potwierdzenia.

Przybyła na miejsce policja zastała w domu Jaroszewiczów pewien nieład (w kuchni rozsypana była mąka i cukier), ale jeden z pierwszych policjantów, który tam się zjawił, napisał później w notatce, że „pomieszczenia nie nosiły śladów dzikiego plądrowania”. I właśnie ta notatka może się teraz okazać bardzo ważna, mimo że ponad ćwierć wieku temu przyjęto ostatecznie, że zabójstwa dokonano na tle rabunkowym.

Sprawa była głośna, policja i prokuratura postawiły sobie za cel jak najszybsze wykrycie sprawców. Nie wykryto ich przez długie lata. Przed ponad ćwierć wiekiem policja zawęziła śledztwo do rozpracowania sprawców napadów, jakie dokonano w tym czasie w Aninie i okolicy. Niejaka Barbara S., która wcześniej też stała się ofiarą napadu, na okazanych jej zdjęciach potencjalnych sprawców rozpoznała dwóch mężczyzn. Obaj byli członkami czteroosobowej grupy włamywaczy z Mińska Mazowieckiego. Konkubina jednego z nich obciążyła partnera zeznaniami (mimo że w dniu napadu siedział w więzieniu) , w domu innego znaleziono nóż fiński, który syn Jaroszewiczów rozpoznał jako należący do ojca, na dodatek poruszali się pick-upem podobnym do tego, jaki widziano przed domem Jaroszewiczów niedługo przed napadem.

To wystarczyło, aby całą czwórkę przymknąć, ale do tego, by udowodnić im winę przed sądem już nie. Na sali sądowej konkubina wycofała oskarżenie wobec partnera, tłumacząc, że chciała się na nim zemścić, bo ją pobił, syn Jaroszewiczów po okazaniu noża fińskiego na sali sądowej powiedział tym razem, że nóż jest taki sam, jaki widział u ojca i obrońcy natychmiast uczepili się tego stwierdzenia, argumentując, że taki sam, nie znaczy, że ten sam. Dowody były zbyt słabe i włamywacze odzyskali wolność. Wokół sprawy zapadła cisza. Od czasu do czasu ktoś ją wyciągał na światło dzienne, ale bez jakichkolwiek konkretów.

I nagle teraz, w połowie marca 2018 roku, Zbigniew Ziobro, w jednej osobie minister sprawiedliwości i prokurator generalny, oświadczył z triumfem, że dopiero pod jego kierownictwem, po niemal 27 latach, jakie upłynęły od tego okrutnego morderstwa, prokuratura doprowadziła do zatrzymania sprawców. Dziennikarze od lat zajmujący się tą sprawą mają jednak wątpliwości co do tego sukcesu, a politycy opozycji mówią, że może to być przykrywka dla kompromitacji resortu sprawiedliwości związanej z nowelizacją ustawy o IPN.

Minister Ziobro oświadczył, że sprawcami zbrodni byli członkowie słynnego niegdyś „gangu karateków”. Cóż to za gang i skąd się wzięła jego nazwa?

Trzon „gang karateków” tworzyło pięciu-sześciu mężczyzn, którzy na początku lat 90. poznali się na zajęciach karate. Odbywały się one w obiektach Wyższej Szkoły Inżynieryjnej w Radomiu. Musieli mieć do siebie zaufanie, bo bardzo szybko przystąpili do działania. W latach 1993-1995 na terenie całej Polski dokonali kilkudziesięciu napadów. Ich cel stanowiły domy ludzie bogatych. Działali precyzyjnie. Potrafili nawet przez tydzień rozpracowywać sposób bycia właścicieli. Nie czekali, aż właściciele opuszczą swoje domostwa. Przeciwnie, zależało im, by byli w domu, bo wymuszali na nich wskazanie skrytek z pieniędzmi i kosztownościami. Napadów dokonywali nocą, mieszkańców terroryzowali, wiązali albo skuwali kajdankami. Po opróżnieniu skrytek znikali.

Ale… nie byli brutalni. Tym, którzy o to prosili podawali lekarstwa, luzowali więzy, zabierali numery telefonów do rodzin napadniętych, do których później dzwonili informując, że ich krewni potrzebują pomocy. Nie zadawali swoim ofiarom bólu, nie mówiąc już o torturach. Podczas napadu na willę w Kostrzynie zginął właściciel domu. „Karateka”, z którego broni padł śmiertelny strzał, mówił potem w sądzie, że doszło do tego podczas szamotaniny, gdy właściciel domu chciał mu zabrać broń. Wpadli dopiero wtedy, gdy napadli w Górze Puławskiej na Wiesława P. (ksywa „Wicek”), który był m.in. promotorem żużlowców Motoru Lublin. „Wicek” był powiązany z mafia pruszkowską i poprosił jej szefa Andrzeja K. „Pershinga” o pomoc. Gangsterzy z Pruszkowa szybko namierzyli „karateków”, odebrali im łupy i nałożyli karę 180 tys. dolarów. Jednego z „karateków” w garażu domu „Wicka” torturowano, m.in. przewiercono mu goleń wiertarką.

Aby odrobić nałożoną karę „karatecy” zwiększyli częstotliwość napadów i podczas jednego z nich zginął jeden z członków grupy. Właściciel domu usłyszał krzyk żony, wybiegł na schody z rewolwerem i strzelił do mężczyzny w kominiarce i z bronią w ręku. W zastrzelonym policja rozpoznała taksówkarza z Radomia i idąc za nitką dotarła do kłębka. Wszystkich „karateków” aresztowano, na rozprawie otrzymali wysokie wyroki, ale wszyscy wyszli z kryminału przedterminowo.

Minister Ziobro twierdzi, że jeden z „karateków” został zatrzymany 18 stycznia br. w Radomiu. Miał on być teraz członkiem przestępczej grupy z Krakowa, która dokonywała porwań i wymuszała okupy. I to właśnie ów zatrzymany miał sam od siebie zaproponować podczas przesłuchania, że to on i jego dwóch znajomych dokonało napadu na willę Jaroszewiczów. Powiedział też, kto zamordował byłego premiera i jego żonę. Ziobro twierdzi, że przekonująco opisał prokuratorom szczegóły wnętrza domu i logicznie przedstawił przebieg zdarzeń sprzed 26 lat. Podobno dwóch z trzech zatrzymanych przyznało się do winy i minister uważa, że ten fakt rozwiewa wszelkie wątpliwości. Ale… właśnie przed kilkoma dniami wyszedł na wolność po 18 latach więzienia Tomasz Komenda, ponieważ uznano, że jest niewinny. 18 lat temu też przyznał się do winy, ale gdy podczas procesu powiedział, że to przyznanie się wymusili na nim biciem policjanci, nikt mu nie wierzył. Piszemy o tej sprawie na stronie obok.

W przypadku udziału „karateków” w zabójstwie małżeństwa Jaroszewiczów, ciekawie zapowiada się wyjaśnienie jednej z najważniejszych kwestii – dlaczego tylko w tym przypadku byli tak niezwykle brutalni, zastrzelili bezbronną kobietę, a jej męża torturowali. Nigdy wcześniej tego nie robili. Wręcz przeciwnie – obchodzili się z napadniętymi nadzwyczaj łagodnie.

Marek Kober