Kasa polskiego Kościoła cz. 1

str-19-glodz-i-jego-posiadlosc

Antoniemu Dydyczowi, biskupowi diecezji drohiczyńskiej, mało było zadawania szyku luksusowymi limuzynami i pięć lat temu na święto Hubertusa (patron myśliwych) w Węgrowie przyjechał złoconą karetą na wzór największych polskich możnowładców. To tylko jeden z wielu przykładu uwielbiania przepychu przez hierarchów polskiego Kościoła katolickiego. Arcybiskup Sławoj Leszek Głódź, metropolita gdański, mieszka we wspaniałej, zabytkowej rezydencji wybudowanej w 1828 roku, a wyremontowanej w dużej mierze z państwowych pieniędzy. W wielkim ogrodzie arcybiskup hoduje daniele, bo jest miłośnikiem zwierząt i myśliwym (jak można godzić miłość z zabijaniem wie tylko arcybiskup). Ogród powiększono z czasem o 3,3 tys. m kw., które kuria nabyła od miasta za 1 proc. wartości. Zgoda prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, nie wywołała jednak oburzenia mieszkańców, ponieważ w zamian kuria zrzekła się praw do parku Oliwskiego, a na nim bardziej zależało gdańszczanom.

Rezydencje biskupów nie są w Polsce ich własnością, stanowią majątek kurii, ale przez lata wiernej służby panu Bogu pewnie każdy z hierarchów zdołał coś tam dla siebie uciuła

. Wspomniany już abp Głódź zaoszczędził sobie na przykład na pałac w rodzinnej miejscowości, czyli w Bobrówce na Podlasiu. W pałacu za komuny była szkoła, ale komuna padła, Głódź wykupił budynek, przywrócił mu pałacowy wygląd i ma zamiar spędzić tam starość, spacerując wśród danieli (tam też są) po 21 hektarach, które swego czasu wykupił od miejscowych rolników. Posiadłość nie odbiega standardem od rezydencji dawnych wielmożów. Specjaliści od obrotu ziemią twierdzą, że tylko ona jest warta ok. 1 miliona złotych. Skąd arcybiskup kościoła ubogich, który to wizerunek z daremną skutecznością kształtuje o sobie polski Kościół kat., miał na to pieniądze? Sojusznicy arcybiskupa wskazują, że przecież przez 10 lat, od 1981 do 1991 był zatrudniony w Watykanie, w Kongregacji do spraw Kościołów Wschodnich. Ale we Włoszech biskup zarabia niecałe 1,5 tys. euro, więc abp musiał żyć tam bardzo ale to bardzo skromnie, by zarobić na pałac i hektary ziemi.

W Polsce dość powszechne jest porzekadło, że „Kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie”. Cytowany już na naszych łamach w innych artykułach dotyczących Kościoła katolickiego w Polsce prof. Stanisław Obirek (były jezuita) odpowiada na to pytanie następująco:

Wystarczy poczytać pamiętniki Wincentego Witosa, w których opisywał rzeczywistość końca XIX wieku i międzywojnia. Ten ludowy polityk pochodził z Tarnowa – miejsca, które do dzisiaj jest uważane za zagłębie kapłaństwa. Mówi się, że Tarnów eksportuje księży nawet za granicę. Ubogi region, rolniczy, ale zagłębie powołań. Witos zauważył, że chłopi, którzy zostali księżmi, bardzo szybko odcinali się od swojej grupy. Byli świadomi awansu, skoku ekonomicznego i chcieli zaczerpnąć jak najwięcej dla siebie i całej rodziny. (…) Księża to często osoby, które w pierwszym pokoleniu osiągnęły awans społeczny w rodzinie, ukończyły studia. Jednocześnie to wykształcenie jest dość ograniczone, zawężone do teologii i to pojmowanej po katolicku. Taki człowiek nie ma szerszych horyzontów, ogłady inteligenckiej i pyszałkowatością, pewnością siebie przykrywa kompleksy.

Obserwacja życia i zachowań polskich księży uczy, że im wyższa pozycja w kościelnej hierarchii, tym mniejsza skromność, a tym większa skłonność do obnoszenia się ze swoim bogactwem i afiszowania się nim. Nieżyjący już ksiądz Henryk Jankowski z Gdańska, wieloletni proboszcz parafii św. Brygidy zwany „kapelanem Solidarności” bił medale ze swoim wizerunkiem, sprzedawał „cegiełki” w postaci australijskiego wina, które butelkowano z etykietą „Monsignore” (prałat), sprzedawał też wodę mineralną sygnowaną własnym nazwiskiem. Polscy biskupi występują zawsze w szatach bogato zdobionych złotymi i srebrnymi nićmi, ze złotymi krzyżami na szyi, pierścieniami i sygnetami na palcach, czasem nawet obu rąk, podczas gdy najwyżsi nawet hierarchowie Kościoła katolickiego, ale w krajach Zachodu, poza celebrowaniem mszy pokazują się wiernym zazwyczaj w czarnych garniturach jedynie z koloratka pod szyją. Skąd się bierze ten przepych i to epatowanie bogactwem przez polskich hierarchów? Profesor Stanisław Obirek odpowiada:

Jedną z cech, na którą zwracają uwagę socjologowie i antropolodzy dyskutując o tożsamości Polaków, jest to, że społeczeństwo, które w 80-90 proc. wywodzi się z klasy chłopskiej, doszukuje się pochodzenia szlacheckiego. Co nie jest niczym nowym, w PRL-u dygnitarze partyjni, czyli również klasa z awansu, naśladowali szlacheckie zachowania, sposób bycia, wnętrza. I kiedy biskup dorabia sobie genealogię książęcą, bo przecież jest księciem Kościoła, ma maniery książęce, pałace, limuzyny, pierścienie, to nadrabia brak znamienitych korzeni genealogicznych. A te egzotyczne stroje, dużo strojniejsze niż zwykła sutanna, ze zdobnymi pasami, stułami, kapami? Przecież im bardzo blisko do kontusza. (…) Nasi księża są soczewką, która skupia w sobie najbardziej groteskowe cechy polskiego społeczeństwa, ciągle szukającego swojej tożsamości i znajdującego ją nie w etosach pracy, wykształcenia, solidności, uczciwości czy wierności zasadom, ale w szlacheckim „postaw się, a zastaw się” – nieważne, co robię, ważne, jak mnie postrzegają. Polski katolicyzm jest dość egzotyczny, folklorystyczny”.

Polskie społeczeństwo nie zanegowało lecz zaakceptowało obyczajowość i hierarchów, i księży niższego szczebla. Zgodziło się na to ich szlacheckie zadęcie i na feudalną relację pan – parobek.

Prof. Stanisław Obirek: – Pamiętam lata 60. Mama miała nas w domu drobiazgu czwórkę, było biednie – a babka od strony ojca, jak uciułała kurę albo zapas mleka, to zamiast dać synowej, zanosiła wszystko do proboszcza. Matka wpadała w furię. Księdzu dać trzeba – przecież fenomen Rydzyka na tym się upasł. Dziś ekscytujemy się, że dostaje miliony od rządu, ale przecież on zaczynał budowę imperium od tego wdowiego grosza. Biedni, starsi, prości ludzie, zwłaszcza kobiety, każdą złotówkę przesyłali, bo ojciec Tadeusz potrzebuje. On zresztą do dziś odwołuje się do tej ofiarności prostego człowieka. (…) Duża część Episkopatu grzeje się wręcz w świetle Radia Maryja i jego medialnego imperium. Nie tylko dlatego, że mu blisko do rydzykowego, tradycyjnego, ludowego, nieufnego nowinkom katolicyzmu. To chęć podpięcia się pod sukces finansowy, utożsamienie się z katolicyzmem mocy, bogactwa, przepychu.

Życie w przepychu i obnoszenie się z bogactwem, tak obce i nietolerowane przez katolików żyjących w krajach Zachodu, nie jest przymiotem tylko gdańskiego arcybiskupa i biskupa z Drohiczyna, o których pisałem na początku tego tekstu. Żądza pieniądza napędza także innych urzędników pana Boga w Polsce. W jaki sposób zaspokajają tę żądze napiszę w następnym wydaniu naszej gazety. Zacznę od wikarych – księżego plebsu, który jednak w zależności od lokalizacji parafii może się mieć niczym pączek w maśle, ale też jak przysłowiowa mysz kościelna. Określenie „mysz kościelna” jest znamienne, wszak za tymi dwoma słowami kryje się księża chciwość, zagarnianie do siebie wszystkiego, niepozostawiania najmniejszych nawet okruchów, którymi ta mysz mogłaby się wyżywić.

Andrzej Storch