Kasa polskiego Kościoła cz. 3

str-23-bogacze

Pewien proboszcz postanowił zaprosić na bierzmowanie w swojej parafii wysokiego kościelnego hierarchę. W wizycie towarzyszył mu młody, nieobznajomiony jeszcze z panującymi obyczajami i zwyczajami, wikary. Dziwił się on nieco, że udając się na tak ważną wizytę proboszcz idzie z saszetką pod pachą. Ale przestał się dziwić, gdy w wytwornych przedpokojach pałacu hierarchy saszetka wysunęła się jego proboszczowi spod pachy. Upadła na podłogę, pod wpływem uderzenia puścił zatrzask i z saszetki wysypało się mnóstwo banknotów. Miały wysokie nominały, przede wszystkim 100 i 200 złotowe. Wikary zbierał je na kolanach pospołu z proboszczem z posadzki bogato inkrustowanej szlachetnymi odmianami drewna. Młody wikary zwierzył się potem nie do końca dyskretnej osobie, że było tego co najmniej 100 tys. złotych. Dla naszych Czytelników, żyjących z dala od polskiej codzienności, intrygująca jest zapewne odpowiedź na pytanie skąd proboszcz mógł mieć przy sobie tak dużo pieniędzy.

Parafie otaczają całą Polskę pajęczą siecią. Jest ich 10 204. Liczba duchownych w kraju (dane z 2013 r.) to 30 820 mężczyzn z koloratką pod szyją. Na jedną parafię przypada średnio 3238 osób, a na jednego księdza 1072 osoby. Żadna inna instytucja w Polsce nie ma tak gęstej sieci swych placówek. Cynicy twierdzą, że jest to najlepiej zorganizowana sieć ideologiczno(religia)-fiskalno(pieniądze)-wywiadowcza(spowiedź). Niemal w każdej polskiej miejscowości jest kościół, a w miastach nawet dwa w dzielnicy. I ciągle budują się nowe, więc sieć ideologiczno-fiskalno-wywiadowcza zacieśnia się. Mimo że coraz mniej Polaków deklaruje się jako praktykujący katolicy i w związku z tym coraz mniejsza ich liczba odwiedza w niedziele świątynie. Ale proboszczom to nie przeszkadza. Każdy z nich uważa się za pana i władcę „owieczek”, których jest „pasterzem”. I to proboszcz decyduje o tym, jak będą dzielone pieniądze, które od „owieczek” spływają do parafii.

Taca” to są datki zbierane podczas każdej mszy, nie tylko niedzielnej. Od dłuższego czasu proboszczowie nie krępują się, by puścić w obieg tacę nawet podczas mszy pogrzebowej. Nie w każdym kościele tak jest, bo bardziej wrażliwym duchownym nie pozwala na to kultura osobista. Ale wielu nie ma skrupułów. Panuje zasada, że pieniądze z „tacy” przekazywane są na utrzymanie parafii oraz diecezji. Proboszcz zobowiązany jest tacę z mszy odprawionych podczas jednej niedzieli w miesiącu przekazać do kurii. Ale żaden z nich nie przyzna się, ile pieniędzy przekazuje kurii, a ile zostaje w parafii. Teoretycznie pieniędzy z tacy nie wolno proboszczowi przeznaczać na cele prywatne, ale jak mówi pewien wikary „proboszcz w jednej kieszeni trzyma pieniądze parafialne, w drugiej prywatne. Do kogo należą spodnie?”

Także teoretycznie pieniądze z tacy powinny zostać przeliczone przez oddelegowanego do tych spraw członka rady parafialnej i wpłacone na bankowe konto parafii. Ale wielu z nich nie chce liczyć księżowskich pieniędzy i o tym, ile było ich na tacy podczas niedzieli i całego tygodnia wie tylko proboszcz i jego kieszeń. Zazwyczaj jest to kieszeń niezwykle pojemna, bo aby uzbierać wspomniane wyżej 100 tys. zł, z którymi biegnie się do hierarchy, by „raczył uświetnić” komunię czy bierzmowanie, trzeba albo czasu, albo bogatych parafian, którzy na dodatek popisują się swym bogactwem wyrzutkami na tacę podczas niedzielnych mszy. Takie ostentacyjne afiszowanie się nowobogackich jest na porządku dziennym szczególnie w małych miejscowościach i na wsi. I księża bezwzględnie to wykorzystują.

W Polsce funkcjonuje porzekadło „tłusty jak proboszcz”. Oddaje ono zarówno dostatek, w którym nurzają się proboszczowie, jak również ich pazerność na pieniądze. Fakt że coraz mniej ludzi chodzi do kościoła wcale nie zmniejsza ich apetytu, wręcz przeciwnie – wzmaga.

Proboszcz jednej z parafii w Białymstoku musiał prowadzić dokładną listę „niewiernych wiernych”, którzy nie przyjmowali go przez jakiś czas podczas corocznej kolędy. Uznał więc na przykład, że pewna emerytka, która nie zrobiła tego przez cztery lata, musiała w tym czasie nie chodzi

także do kościoła. Wysłał jej więc pisemne wezwanie do zapłaty 400 zł, ponieważ każdą jej nieobecność na niedzielnej mszy w tym okresie wycenił na 2 zł. Sprawę ujawnił mediom syn parafianki. Okazało się, że nie był to odosobniony przypadek, inni parafianie, którzy zamykali drzwi przed kolędującym plebanem, też dostali takie wezwania.

Do nie mniejszej bezczelności posunął się ksiądz oddelegowany do budowy kościoła na rozbudowującym się w Rzeszowie nowym osiedlu. W godzinach pracy zostawił na wycieraczkach nieobecnych mieszkańców nie tyle wezwanie, co wręcz nakaz wnoszenia opłat na budowę kościoła. Napisał, że dotyczy to także niewierzących, jako że wzniesienie na osiedlu świątyni jest także ich powinnością.

To nie są jedyne przypadki duchownych, którym pazerność przesłania poczucie przyzwoitości. Co i rusz ukazują się w mediach informacje o sposobach wyciągania pieniędzy z kieszeni wiernych, ale to co wychodzi na światło dzienne, stanowi zaledwie promil księżego procederu.

W wielu przypadkach opłatę za pogrzeb proboszczowie wyceniają na 10 proc. ceny nagrobka. W jednej z białostockich parafii taksa za pogrzeb wynosiła 1 tysiąc złotych, ale od pracującej w Warszawie i dobrze sytuowanej córki zmarłego mężczyzny ksiądz zażądał dwa razy więcej. Poza pogrzebową taksą niektórzy proboszczowie naliczają majętnej rodzinie zmarłego dodatkową opłatę za „otwarcie bramy cmentarza”. Gdy w jednej z miejscowości pod Toruniem rodzice przystępującego do komunii dziecka ofiarowali kościołowi figurkę świętego, proboszcz uznał, że odstaje ona od wystroju kościoła i oddał ją do hurtowni licząc na odzyskanie wydanych przez parafian pieniędzy.

Jednak największe pieniądze wpadają do kieszeni proboszczom tych parafii, które mają własne grunty. W Polsce Kościół katolicki jest właścicielem ok. 160 tysięcy hektarów ziemi. Jest drugim „latyfundystą” po skarbie państwa. Żaden proboszcz nie zasiądzie oczywiście za kierownicą traktora, by zaorać, zasiać i zebrać. Zaorzą i zasieją za niego dzierżawcy, a on tylko „zbierze”. W 2016 r. średnia cena dzierżawy rolnej za 1 hektar oscylowała w granicach 900 zł miesięcznie. Ta cena, przemnożona przez 164 tys. ha, daje smakowitą sumę 147,6 mln zł miesięcznie, a rocznie 1 miliard 771,2 mln zł. Można żyć i to wcale dobrze!

Dowiódł tego m.in. proboszcz jednej z wsi na Kaszubach, który już po paru latach „posługi pasterskiej” jeździł nowiutkim mercedesem, radę parafialną traktował per noga, ale za to woził koperty do swojego szefa, arcybiskupa w Gdańsku. Jednak parafianie zaparli się, doprowadzili do kontroli finansów parafii i okazało się, że mercedes to był przysłowiowy „pryszcz”. Proboszcz miał bowiem na swoim prywatnym koncie w banku ponad 1,5 mln zł, dwa mieszkania i inne jeszcze frukta. Z kilkudziesięciu hektarów ziemi, które należały do parafii przed jej objęciem przez tego proboszcza, ostały się jakieś nędzne nieużytki, a reszta poszła w prywatne ręce. Za godziwą opłatą oczywiście, bo „szefowi” w Gdańsku, który na „obrót ziemią” obrotnego proboszcza przymykał oczy, też należała się sowita działka.

Zajmujący się prawem kanonicznym dr hab. Paweł Borecki, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, mówi, że proboszczowie „są pod presją ordynariuszy i biskupów. Jeżeli chcą mieć wpływy, awansować, muszą wykazać się większymi datkami na rzecz diecezji”. A żeby mieć na „większe datki” proboszczowie musza „łoić” swoich wiernych, którzy w księżej nomenklaturze zwą się „owieczkami”.

*****

W poprzednim wydaniu anonsowałem, że kolejny tekst o księdzu Jankowskim ukaże sie w tym wydaniu GP, ale ze względu na brak miejsca opublikuję go dopiero w następnym numerze. Krzysztof Pipała

Andrzej Storch