Kłopoty pupila Macierewicza

str-21-klopoty-pupila

W poniedziałek rano agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego zatrzymali Bartłomieja M., byłego rzecznika Ministerstwa Obrony Narodowej, faworyta byłego szefa tego resortu, Antoniego Macierewicza. Wraz z nim zakuto w kajdanki pięć innych osób, w tym byłego posła PiS, Mariusza Antoniego K. Był on uczestnikiem słynnej wyprawy kilku posłów PiS do Madrytu, kiedy to oszukali sejmową kancelarię rozliczając wyjazd samochodem, gdy w rzeczywistości podróżowali w jedną i druga stronę tanimi liniami lotniczymi, na którym to oszustwie zarobili po kilka tysięcy złotych.

Pierwszy lepszy Polak poszedłby za taki szwindel do kryminału, ale nie ludzie związani z PiS. To tylko jedna z wielu patologii w łonie tej partii, ale my zajmiemy się dziś sprawą Bartłomieja M., ponieważ jego nazwisko stało się symbolem znacznie większej patologii wykreowanej przez Kaczyńskiego i jego partię. To stawianie na bardzo wysokich stanowiskach w państwie ludzi bez wykształcenia i bez odrobiny choćby kompetencji, ale swoich.

Wolne media okrzyknęły zatrzymanie M. „przykryciem” afery związanej z wynurzeniami Jarosława Kaczyńskiego, który został nagrany w swojej partyjnej siedzibie przy ul. Nowogrodzkiej (piszemy o tym na str…) i które miały być opublikowane przez Gazetę Wyborczą następnego dnia. Nie brakuje też głosów, że zatrzymanie M. jest ostrzeżeniem dla Macierewicza, by nie próbował organizować na prawicy konkurencyjnej wobec PiS partii, nawet jeśli jest w tej sprawie dogadany z szefem Radia Maryja i Telewizji Trwam, Tadeuszem Rydzykiem.

Przykrywka przykrywką, partyjne gierki partyjnymi gierkami, ale osobie byłego rzecznika MON należy jednak poświęcić trochę miejsca. Podczas kampanii wyborczej 2015 r. PiS schował i nie pokazywał w mediach Antoniego Macierewicza, który już wcześniej kreował się na szefa MON. Zarówno Kaczyński, jak i przymierzana na przyszłego premiera Beata Szydło zapewniali, że resort obrony nie jest dla Macierewicza, że pokieruje nim szef bratniej prawicowej partii, Jarosław Gowin. Gdy jednak PiS wygrał wybory z niebytu natychmiast wyszedł Macierewicz i oczywiście objął tekę ministra obrony narodowej. To było pierwsze, acz nie jedyne oszustwo PiS względem wyborców. Być może zaprocentuje jesienią bieżącego roku, ponieważ znowu czekają Polaków wybory.

Po objęciu stanowiska ministra Macierewicz uznał, że wojsko to jego prywatny folwark, w którym i z którym może robić co mu się tylko podoba. Jedną z jego pierwszych decyzji kadrowych było powołanie na stanowisko szefa swojego gabinetu politycznego i zarazem na stanowisko rzecznika prasowego nikomu nieznanego Bartłomieja M., który miał wtedy 25 lat, a za sobą maturę oraz kilka miesięcy pracy jako pomocnik w… aptece w Łomiankach. To absolutnie nie stanowiło przeszkody w zatrudnieniu go na tak eksponowanych stanowiskach w MON, ponieważ miał też za sobą „ciężką” pracę na zapleczu PiS. W wieku 17 lat zgłosił się do pracy w biurze poselskim Antoniego Macierewicza, 3 lata później został członkiem PiS, a z rekomendacji Macierewicza szefem biura zespołu parlamentarnego do spraw zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Gdy miał 22 lata Jarosław Kaczyński klepnął go na członka rady politycznej PiS. Niczego młody ten człowiek za bardzo nie umiał, ale był „swój”. Gdy zajął eksponowane stanowiska w MON natychmiast jego nazwisko (odmieniane w liczbie mnogiej) stało się synonimem lokowania przez PiS partyjnych nominatów bez wykształcenia i kompetencji na wysokich stanowiskach w instytucjach państwa.

Antoni Macierewicz uczynił M. swoją prawą ręką i niejako pierwszym zastępcą, który zastępował go wszędzie tam, gdzie sam nie mógł być. I 25-letni młodzian z kilkumiesięcznym stażem na zapleczu apteki kazał sobie salutować generałom, składać raporty, a przed frontem kompanii honorowych tytułować ministrem. Niewiarygodny wręcz tupet, arogancja i bezczelność. To on, mając dostęp do ucha Macierewicza, decydował o zawodowych karierach pułkowników, a także generałów. Wystarczyło, że po przyjeździe M. do jakiejś jednostki dowódca nie wyszedł go przywitać, by pożegnał się z karierą. Ludzie honorowi składali dymisje, doświadczeni generałowie i wysocy oficerowie mający za sobą doświadczenie bojowe w Iraku i Afganistanie nie mogli się godzić na takie traktowanie i odchodzili z wojska.

Jeden z najbardziej żenujących, ale i zarazem żałosnych epizodów został utrwalony na zdjęciu. Panisko M. przyjechał do jednostki w Rzeszowie, gdzie przemawiał do postawionych na baczność żołnierzy. Padał deszcz, ale na faworyta ministra Macierewicza nie spadła kropla deszczu. U jego boku, pół kroku z tyłu, stał oficer w stopniu kapitana, który sam mókł, ale nad ostrzyżoną główką młodziana trzymał parasol.

Gdy opinia publiczna zaczęła się burzyć na tę bezprzykładną pogardę wobec wojska, szef PiS postanowił odwołać M. ze stanowiska. Sąd nad nim odbywał się w centrali PiS. W tym czasie w Orzyszu miała się rozpocząć uroczystość inauguracji batalionu NATO w Polsce. Żołnierze i ich dowódcy ponad 2 godziny czekali w deszczu na polskiego ministra obrony, który w tym czasie zażarcie bronił swego pupila w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej w Warszawie. To niejeden międzynarodowy skandal z udziałem dwóch panów „M”.

Po usunięciu M. z MON Macierewicz „ulokował” go w centrali Polskiej Grupy Zbrojeniowej, którą jako minister obrony sobie podporządkował. Ale… M. nie miał wymaganych kwalifikacji, ani stosownego wykształcenia, by zasiadać w radzie nadzorczej PGZ, więc… na łapu capu w nocy PGZ zmieniała statut spółki, by 26-letni faworyt Macierewicza mógł zostać jej członkiem. Tylko ten jeden epizod pokazuje jak poprzednich arogantów u władzy zastąpili jeszcze „lepsi”.

Bartłomiej M. został zatrzymany wraz z pięcioma innymi osobami za „dokonania” właśnie w PGZ. Prowadzone jest bowiem śledztwo dotyczące niegospodarności, powoływania się na wpływy oraz fałszownia dokumentów przy okazji zawierania umów przez PGZ. Czas pokaże, czy to zatrzymanie jest jedynie „przykrywką” mającą odwrócić uwagę opinii publicznej od nagrań kompromitujących szefa PiS, „dewelopera” Jarosława Kaczyńskiego, czy rzeczywiście jest to walka z nieuczciwością.

Antoni Macierewicz w przychylnych sobie mediach (m.in. w niszowej Telewizja Republika) broni M., ale broniąc pupila de facto broni siebie. Bo przecież na to, co robił i zrobił M., musiał mieć akceptację swego szefa i patrona.

Piotr Skawiński