Krakowska Wisła w rękach bandytów

str-25-pani-prezes

W środę, 11 września, do biur Wisły Kraków weszli funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego. Założyli kajdanki Marzenie S., prezesce klubu, która objęła to stanowisko w sierpniu 2016 roku, a poza klubową siedzibą to samo spotkało byłego wiceprezesa Wisły, Roberta S. oraz Tadeusza C., też byłego, ale szefa rady nadzorczej. Czwartą osobą, która w towarzystwie byłych władz Wisły opuściła Kraków w samochodzie funkcjonariuszy CBŚ, była pani Anna M.-Z., z zawodu położna, pracująca w jednym z najlepszych szpitali położniczych w Krakowie, która miała zwyczaj przyjeżdżać do pracy nowiutkim porsche panamera za kilkaset tysięcy złotych. Jako położna zarabiała co najwyżej 3 tys. zł na rękę. Wszystkich czworo przewieziono do Poznania, ponieważ to prokuratura w tym właśnie mieście prowadzi śledztwo dotyczące wyprowadzenia z kasy klubu Wisła Kraków od 7 do 10 milionów złotych oraz handlu narkotykami.

Wisła Kraków to klub z tradycją, ale także z tradycją nielubienia go przez wielu kibiców piłki nożnej w samym Krakowie, a już szczególnie w Polsce. Nielubienie Wisły wiąże z czasami komuny. Był to wtedy klub, nad którym pieczę sprawowało Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, w potocznym rozumieniu Wisła była więc klubem milicyjnym. Milicja w czasach komuny miała zaś to do siebie, że była znienawidzona i część tej nienawiści, słusznie bądź nie, przenosiła się na sportowców krakowskiego klubu. Pod tym względem Wisła ustępowała tylko warszawskiej Legii, która była klubem wojskowym, ale jej nielubienie nie wiązało się znielubieniem wojska jako takiego, tylko z praktykami klubowych władz. Gdy tylko gdzieś w Polsce pojawił się bowiem utalentowany piłkarz, działacze Legii czekali na moment, gdy wejdzie on w wiek poborowy i z tą chwilą młody człowiek otrzymywał z właściwej Wojskowej Komendy Uzupełnień powołanie w kamasze. Była to oczywista fikcja, bo tak naprawdę to młodzian wkładał nogi w obuwie piłkarskie i przez dwa lata, chciał, czy nie chciał, musiał grać dla Legii. Kibice w całej Polsce takich praktyk nie znosili i nielubienie Legii trwa z tego powodu do dziś.

Natomiast nielubienie krakowskiej Wisły nieco zmalało w wolnej po 1989 roku Polsce, ponieważ odium milicyjności klubu powoli odchodzi w zapomnienie, ale z niebytu bardzo szybko wyłoniła się inna hydra, która nie przynosi klubowi splendoru i zraża doń prawdziwych kibiców. Tą hydrą stali się młodzi, z początku tylko rozwrzeszczani, wulgarni młodzi ludzie, którzy przychodzili na stadion nie po to, by oglądać piłkarskie widowisko lecz dla rozrabiania. Owo rozrabianie przemieniło się po jakimś czasie w zorganizowane stadionowe chuligaństwo, wylewające się także poza stadionowe mury. Było zorganizowane i miało też swoich przywódców. Czuli oni za sobą siłę młodego tłumu, co dodawało im odwagi, a z czasem także poczucie bezkarności. Tym bardziej, że niektórzy politycy, konkretnie zaś politycy PiS gdy byli w opozycji, zaczęli otaczać stadionowych chuliganów patronatem, argumentując, że są to patrioci, którzy właśnie na stadionach uzewnętrzniają zbiorowo swoje umiłowanie dla ojczyzny. Między innymi transparentami z hasłami antysemickimi, częściej z obelgami pod adresem politycznych przeciwników PiS.

Przywódcy kiboli zaczęli skupiać wokół siebie sprzyjających im kumpli. Małe grupki formowały się w grupy i przekształcały w zorganizowane grupy przestępcze. Doszło do tego, że stadionami zaczęli rządzić przestępcy. Kilka lat temu jaskrawo widoczne było to w Poznaniu, gdzie młodzi bandyci skupili się wokół klubu Lech i próbowali uzyskać wpływy na jego działalność. To się nie udało, nie udało się też w Warszawie, ale wszędzie tam dochodziło do sytuacji obnażających niemoc polskiego prawa. Klubowi działacze wszędzie bowiem próbowali się układać z młodymi bandytami dla zapewnienia spokoju na trybunach. Dochodziło do skandalicznych sytuacji. Młodzi bandyci policzkowali piłkarzy za, według nich, zbyt małe angażowanie się w grę, próbowali też ustalać składy drużyn na dany mecz i… nakazywali, by po zakończonym spotkaniu cała drużyna podbiegała pod trybunę z kibolami i dziękowała im w ten sposób za przyjście na mecz i dopingowanie. Klubowi działacze incydenty te tuszowali chcąc zapewnić sobie spokój na trybunach, czym tylko utwierdzali młodych bandytów w poczuciu bezkarności.

O ile w Warszawie czy w Poznaniu nie udało się młodym bandytom przeniknąć do klubowych struktur, to w Wiśle do tego doszło. Pod względem piłkarskim pod Wawelem sytuacja jest szczególna, ponieważ miasto to ma w ekstraklasie dwie drużyny – poza Wisłą także Cracovię. Jedna i druga drużyna mają zaprzysięgłych kibiców. Między nimi trwa wojna. Bójki i napady są nieomal na porządku dziennym, a jedni i drudzy mają już na swoim koncie zabójstwa przeciwników. Ci którzy biorą udział w takich akcjach, nie są już nieszkodliwymi, rozwrzeszczanymi gówniarzami. To sprawnie działające grupy gangsterskie. Zakładali stowarzyszenia kibiców i to była przykrywka dla ich gangsterskiej działalności. Ich kibicowskie stowarzyszenie nazywało się „Wisła Sharks”, a de facto była to bezwzględna bojówka. Dowodzili ni: Paweł M., pseudonim „Misiek” oraz Grzegorz Z. PS. „Zielak”. W struktury klubu przeniknęli za sprawą wiceprezesa Roberta S.

Trudno w tej chwili powiedzieć, jakich argumentów użyli, ale to oni zaczęli decydować o finansach Wisły. W wyprowadzaniu z klubu pieniędzy nie wysilali się na wymyślanie wyrafinowanych sposobów. Stosowali chwyty od dawna znane, ale też łatwe do obnażenia.

Anna M.-Z., owa położna z zawodu, miała firmę, która (według urzędowej ewidencji) zajmowała się „praktyką pielęgniarek i położnych”. Ale Anna M.-Z. była żoną „Zielaka” i wystawiała klubowi faktury na przykład za „doradztwo marketingowe”, czy „pośrednictwo w pozyskaniu sponsora”. Policja nie ujawniła, czy Anna M.-Z. robiła jakieś kursy z dziedziny marketingu, czy podejmowała jakieś próby „pozyskania sponsora” i czy nic z tego nie wyszło, bo miała na przykład w sobie za mało wdzięku. Wiadomo natomiast, że za te faktury, bo nie ma dowodów na zrealizowane usługi, Anna M.-Z. otrzymywała miesięcznie od 100 do 120 tys. złotych. Porsche panamera „łyknęło” tylko skromną część sumy uzyskanej przez nią za działalność sponsorsko-pozyskującą, ponieważ lwią część tych pieniędzy inwestowano.

Kolejny łatwy do wykrycia sposób wyprowadzania z klubu pieniędzy polegał na tym, iż zarząd podjął uchwałę, że podwyższa pobory prezesce Marzenie S. oraz jednemu z wiceprezesów z 10 do 45 tys. zł miesięcznie. Oboje dostawali swoją „dolę”, czyli owe 10 tys. zł, natomiast pozostałe pieniądze szły do kieszeni gangsterów przeznaczeniem na „inwestycje”. Słowo „inwestycje” pisze w cudzysłowie, ponieważ kupowano za nie narkotyki, a członkowie gangu rozprowadzali je w detalu. Według nieoficjalnych informacji udzielonych dziennikarzom przez policję, gang „Wisła Sharks” zmonopolizował rynek narkotyków w Krakowie i okolicach, zajmował się także rozbojami, porwaniami i kradzieżą. CBŚ przeprowadziło operację przeciwko gangowi, zatrzymano ok. 20 osób, ale jeden z jego przywódców, ów „Misiek”, uciekł do Włoch. Został tam zatrzymany, potem zwolniony z aresztu i ponownie zatrzymany. Rok temu został przewieziony do Polski, osadzony w areszcie i zdecydował się na współpracę z policją. Taką samą decyzję podjął Damian D., który również został zatrzymany. „Misiek” i Damian S. ujawnili policji okoliczności związane z opanowaniem klubu przez bandytów i sposoby wyprowadzania z klubowej kasy pieniędzy.

Wspomniany wyżej „Misiek”, czyli Paweł M., to bandyta, który w październiku 1998 r. wyeliminował krakowski klub z europejskich pucharów. Podczas meczu z włoskim klubem AC Parma rzucił on nożem w piłkarza Dino Baggio, za co Wisła została wykluczona z dalszych rozgrywek. Trzy lata później został za to skazany na 6,5 roku więzienia. Wcześniej był dwukrotnie karany przez krakowskie sądy, m.in. na 1,5 roku za pobicie. Procesu resocjalizacji, jak dowodzi jego dalsze życie, nie udało się mu zaliczyć z pozytywnym wynikiem, bo po wyjściu z kryminału ponownie wsiąkł w sferę przestępczości.

Marzena S. odeszła ze stanowiska prezesa Wisły w roku 2018, gdy klub znalazł się na krawędzi bankructwa. Nie przekroczył jej, ponieważ finansowo wsparli Wisłę biznesmeni Jarosław Królewski i Tomasz Jażdżyński, także piłkarz Jakub Błaszczykowski, który „na stare lata” powrócił do gry w Wiśle. Niemałą zrzutkę na ratowanie klubu przez plajtą zorganizowali jego prawdziwi i wierni kibice.

Czas pokaże, czym się skończą zatrzymania byłych członków zarządu Wisły. Wszyscy usłyszeli zarzut wyprowadzania pieniędzy oraz działania w zorganizowanej grupie przestępczej, ale za poręczeniem majątkowym (plus policyjny nadzór i zakaz opuszczania kraju) na drugi dzień po zatrzymaniu zostali zwolnieni z aresztu.

Krzysztof Propolski