Kryminał w kryminale

admin-ajax

Bokser i kryminalista Dawid Kostecki popełnił samobójstwo w celi, w której znajdowało się jeszcze trzech więźniów. Stało się to w warszawskim wiezieniu na Białołęce. Cztery dni później, tym razem we wrocławskim więzieniu, zmarł Brunon Kwiecień, człowiek, który planował wysadzić w powietrze polski Sejm. Zmarł na udar. Podobno. Piszę „podobno”, ponieważ zarówno Kostecki, jak i Kwiecień byli niewygodni dla ludzi władzy. Dawid Kostecki obracał się w środowisku właścicieli agencji towarzyskich, mówiąc wprost – burdeli w Rzeszowie i okolicach, widział i słyszał wiele. W jego samobójstwo nie wierzy rodzina, ponieważ miał szanse na złagodzenie kary oraz skonkretyzowane plany na urządzenie swojego życie po opuszczeniu więziennych murów z dala od kryminalnego środowiska. Nie wierzy też wielu ludzi postronnych, nade wszystko spore grono prawników oraz polityków.

Nie są odosobnione więc głosy, że Kosteckiemu ktoś w samobójstwie pomógł, ale nie konkretny pomocnik w popełnieniu tej śmierci jest istotny, lecz jej inspirator i zleceniodawca. Prawdopodobnie nigdy nie zostanie on zdemaskowany, ponieważ śledztwo w sprawie śmierci Kosteckiego prowadzi prokuratura, na czele której stoi partyjny aparatczyk, Zbigniew Ziobro. Nie tylko w Rzeszowie, gdzie klientami burdeli prowadzonych przez dwóch ukraińskich braci, byli ludzie polityki i biznesu, a także Kościoła kat., mówi się, że na ok. 4,5 tys. godzin nagrań są seksualne wyczyny także prominentnych przedstawicieli obecnej władzy. Cóż więc znaczy śmierć boksera kryminalisty wobec groźby ujawnienia seksualnego skandalu wysokiej rangi polityka, co mogłoby zagrozić wizerunkowi jego partii. Powszechne są więc głosy, że to Kostecki miał ujawnić „podkarpacką aferę seksualną”, której głównym bohaterem ma być skompromitowany już czym innym były marszałek Sejmu, pochodzący z Przemyśla Marek Kuchciński.

Ten trop jest oczywiście możliwy, ale niekoniecznie prawdziwy. Nagranie uprawiającego seks z nieletnia Ukrainką zmuszaną do prostytucji przez właścicieli burdelu, ujawnił agent CBA Wojciech Janik, z którego ludzie władzy PiS próbują zrobić człowieka chorego psychicznie. Kostecki naraził się natomiast ludziom służb, konkretnie Centralnego Biura Śledczego, oskarżając ich o osłanianie i ochranianie właścicielu burdelowego biznesu na Podkarpaciu. Oni na pewno mieli powody, by Cieszyc się z odejścia w zaświaty Kosteckiego, ale pewnie też nigdy się nie dowiemy, czy to oni za tym samobójstwem stali.

Samobójstwo Kosteckiego samo w sobie jest dziwne. Bokser targnął się bowiem na swoje życie przez powieszenie… leżąc na łóżku, a jego współwięźniowie, jak twierdzą, niczego nie słyszeli. Kryminolog Paweł Moczydłowski, który był pierwszym szefem więziennictwa po roku 1989, twierdzi, że taki sposób odebrania sobie życia nie jest ewenementem. Dziwne jest natomiast to, że taki sposób wybierają zazwyczaj więźniowie znajdujący się w celach monitorowanych, a cela Kosteckiego monitorowana nie była. Nie mniej dziwne jest też i to, że prokuratura chce jak najszybciej zamknąć sprawę, dementuje informacje jakoby na szyi boksera były ślady po ukłuciu igłą i stwierdza, że to ślady po ukąszeniu owadów. Największe zaś wątpliwości co do uczciwego śledztwa wzbudza fakt, że prokuratura nie zgodziła się na ponowna sekcję zwłok, o co poprzez pełnomocników prawnych, mecenasów Romana Giertycha i Jacka Dubois, wnioskowała rodzina. Jeśli ma się czyste sumienie, to spełnia się wszelkie wymagania osób pokrzywdzonych, aby nie wzbudzać najmniejszych chociażby podejrzeń. Tym bardziej, że Kostecki bał się przeniesienia z więzienia w Rzeszowie do Warszawy, ponieważ na Białołęce siedział bandyta oskarżony o porwanie i torturowanie pewnego mężczyzny i przeciwko temu bandycie bokser miał zeznawać.

Na marginesie tej sprawy pozostaje jeszcze kwestia „honoru” Zbigniewa Ziobry, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Gdy otóż 10 lat temu samobójstwo w więzieniu popełnił osadzony w nim zabójca, Ziobro wezwał do dymisji ówczesnego ministra sprawiedliwości w rządzie PO-PSL, Zbigniewa Ćwiąkalskiego, argumentując, że tak postępują ludzie honoru. Orzecznictwo Trybunału Praw Człowieka formułuje, że za każdą śmierć człowiekiem pozbawionego wolności odpowiadają władze. W tym przypadku władzę sprawuje Zbigniew Ziobro, ale fakt, że ani myśli składać dymisji dowodzi jego pojmowanie honoru, ilustruje także poziom jego etyki osobistej.

Poważne wątpliwości budzi także udar Brunona Kwietnia. Podczas przewodu sądowego twierdził otóż, że do zdetonowania bomby w Sejmie podżegali go agenci ABW, a sąd przyznał, że funkcjonariusze przekroczyli granice prowokacji.

Oba opisane wyżej przypadki, szczególnie zaś dotyczący Dawida Kosteckiego, uzmysławiają, że osadzony w wiezieniu człowiek, który zagraża władzy, nie może się czuć bezpieczny. To nie jest zresztą Polska specyfika. Niemal w tym samym czasie, gdy samobójstwo popełnił polski bokser kryminalista, w wiezieniu w Nowym Jorku również przez powieszenie odszedł spośród żywych Jeffrey Epstein, finansista i miliarder, oskarżony o pedofilię, handel nieletnimi dziewczynkami i zmuszanie ich do prostytucji (piszemy o tym na str. 26). Miał luksusową rezydencję na jednej z karaibskich wysp, którą miejscowi nazywali wprost „wyspą pedofilii”. Na imprezach u niego bywali zarówno Bill Clinton, jak też Donald Trump. Epstein, podobnie jak ukraińscy bliźniacy z Rzeszowa, też mógł filmować ukrytą kamerą swoich gości i tym samym mieć ich w garści. Jeśli nie, to na pewno bardzo dużo wiedział i widział. Gdyby tę wiedzę ujawnił w sądzie łatwo sobie wyobrazić, do jakiego trzęsienia ziemi by doszło. Zachowując proporcje co do rangi polityków, ujawnienie nagrań z rzeszowskich burdeli też mogłoby zatrząść polską polityką. A tak… Więzień popełnił samobójstwo i kogo to obchodzi. Paweł Moczydłowski twierdzi, że posłanie człowieka do więzienia polską opinię publiczną interesuje tyle, co „spuszczenie wody w klozecie”.

W polskich więzieniach średnio rocznie popełnia samobójstwo 26 osób, a niemal co drugi dzień dochodzi do prób odebrania sobie życia. O tym się nie mówi. Dwa zdania wyżej Paweł Moczydłowski powiedział dlaczego. Media nagle interesują się tą kwestią, gdy dochodzi do spektakularnych samobójstw, w które się powątpiewa. Do pierwszej spektakularnej serii samobójstw doszło w 2001 r. Związana była z zabójstwem ówczesnego ministra sportu, Jacka Dębskiego. Zleceniodawcą morderstwa miał być niejaki Jeremiasz Barański, ps. „Baranina”. Ten człowiek był przedsiębiorcą, ale też przestępcą. Szefował grupie, która porywała ludzi dla okupu. Przykrywką dla jego działalności była funkcja… konsula honorowego egzotycznego afrykańskiego kraju Liberii, w Bratysławie. Barańskiego zatrzymano w Wiedniu i w tamtejszym więzieniu w 2003 r. popełnił samobójstwo. Rok wcześniej, też w więzieniu, jeszcze nim złożył zeznania, odebrał sobie życie Tadeusz Maziuk, ps. „Sasza”, oskarżony o zastrzelenie Dębskiego. Nikt nie wierzył, że obaj odebrali sobie życie z własnej woli.

Podobnie mało kto dawał wiarę, że trzej bandyci, którzy porwali, torturowali i zamordowali Krzysztofa Olewnika, syna przedsiębiorcy z branży mięsnej, odeszli z tego świata w sposób naturalny. Wszyscy trzej, niemal w rocznych odstępach, popełnili w celi „samobójstwo”. Wszyscy przebywali w celach specjalnie strzeżonych i monitorowanych, ale też wszyscy powiesili się w kąciku sanitarnym, którego kamera nie obejmowała. Dwa lata po samobójstwie pierwszego z trójki morderców, powiesił się więzienny strażnik, który odkrył jego śmierć.

O ile w przypadku „Baraniny” i „Saszy” nie było poszlak świadczących o udziale w ich śmierci osób trzecich, to w odniesieniu do zabójców Krzysztofa Olewnika biegli znaleźli ich aż nadto. „Pomagierów” nie udało się jednak zdemaskować. I zapewne nigdy się ich nie znajdzie. Więzienia rządzą się swoimi prawami. Dotyczy to zarówno osadzonych, jak też tych, którzy ich pilnują.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii