Krzysztof Penderecki (1933-2020)

str-10-penderecki

Igrzyska olimpijskie w Monachium w 1972 roku były pamiętne, bo zapisały się w kronikach  krwawym zamachem palestyńskich terrorystów na sportową ekipę Izraela, śmiercią 11 jej członków oraz oficera niemieckiej policji. Ale ja zapamiętałem z tych igrzysk także, a może nawet przede wszystkim, dźwięki przejmującego utworu muzycznego, który zabrzmiał nad stadionem i w telewizyjnych odbiornikach tuż po oficjalnym otwarciu olimpiady. Zazwyczaj w tym najbardziej uroczystym momencie ceremonii otwarcia igrzysk grano utwór Beethovena, ale wtedy, w 1972 roku, popłynęła w świat muzyka skomponowana przez Polaka, Krzysztofa Pendereckiego.

Do dziś mam te dźwięki w uszach, tym bardziej przejmujące, że utwór swój kompozytor nazwał „Ekecheiria”, które to słowo jest symbolem  antycznej idei „pokoju bożego”na czas trwania igrzysk, co w przypadku olimpiady w Monachium, niestety, się nie sprawdziło. Mało kto dziś  pamięta, że utwór rozpoczynający monachijskie igrzyska był dziełem Krzysztofa Pendereckiego. Pamięta się inne jego dzieła, które zapewniły mu miejsce w gronie największych kompozytorów muzyki współczesnej.

Dla kultury polskiej i jej rangi w świecie był postacią tak wielką, jaką w świecie filmu był Andrzej Wajda. Można powiedzieć, że w pewnym stopniu był także twórcą filmowym, ponieważ fragmenty jego kompozycji wykorzystywało w swoich filmach wielu znanych reżyserów, począwszy od Williama Friedkina („Egzorcysta”), poprzez Stanleya Kubricka („Lśnienie”), Davida Lyncha („Dzikość serca”),Martina Scorsese („Wyspa tajemnic”), na Andrzeju Wajdzie i jego „Katyniu” kończąc.

Ale ani trwająca zaledwie 2 minuty i 47 sekund „Ekecheiria”, ani fragmenty kompozycji wykorzystywane jako podkład muzyczny do filmowych fabuł nie były tym, co przyniosło Krzysztofowi Pendereckiemu światową sławę. Był autorem wielkich, monumentalnych wręcz kompozycji muzycznych, których przenikliwe, rozedrgane dźwięki koneserzy przyjmowali aplauzem na stojąco, zapisując je zarazem w swojej muzycznej pamięci. Jego muzyka była trudna, niezwyczajna i niecodzienna. To nie była muzyka do słuchania przy kawie, która wchodzi jednym uchem a wychodzi drugim. Była poruszająca, ale też wzruszająca, nawiązywała do dramatycznych i tragicznych wydarzeń historycznych, zmuszała do refleksji.

Krzysztof Penderecki zmarł w szpitalu w Krakowie 29 marca 2020 roku, po długiej i ciężkiej chorobie. Odszedł jeden z największych hegemonów współczesnej polskiej kultury i światowej muzyki współczesnej.

Urodził się sześć lat przed wybuchem II wojny światowej, 23 listopada 1933 roku. W Dębicy, w dzisiejszym województwie podkarpackim. O czasie i atmosferze miejsca swego urodzenia mówił w jednym z wywiadów tak:

„Moja mama była bardzo wierząca, dewocyjna w dobrym tego słowa znaczeniu. To był świat religijnych nakazów i zakazów. Wokół żydowskie miasteczko, ludność żydowska stanowiła jakieś 60 procent mieszkańców. W większości byli to chasydzi, a przez to może my byliśmy bardziej ortodoksyjni jako katolicy. Myślę, że gdybym urodził się w innym kraju, w innych warunkach geopolitycznych, pewnie bym sakralnej muzyki nie pisał. Gdybym się urodził w Nowej Zelandii, to pewnie pisałbym musicale, ale na szczęście urodziłem się tutaj”.

On sam, ale także przyjaciele jego rodziny mówili, że talent przeszedł na niego z ojca i dziadka, którzy żyli w świecie muzyki. Na fortepianie grał w wieku bodajże 7 lat, potem sam nauczył się grać na skrzypcach i ponoć już w wieku dziecięcym stworzył swoja pierwsza kompozycję. Oczywistym było, że po skończeniu dębickiej szkoły średniej wsiądzie do pociągu i pojedzie do niedalekiego Krakowa, gdzie była Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna. Zaczął się kształcić w klasie Artura Malawskiego.

Miał 26 lat, gdy Związek Kompozytorów Polskich ogłosił drugą edycję konkursu dla młodych kompozytorów. Jurorzy wytypowali do nagrody trzy kompozycje. Po otwarciu kopert (konkurs był anonimowy), okazało się, że autorem trzech najwyżej ocenionych utworów był jeden i ten sam kompozytor, a był nim właśnie Krzysztof Penderecki. Główną nagrodą było dwumiesięczne stypendium we Włoszech. I tam właśnie naszkicował Penderecki utwór, który niedługo później otworzył mu drzwi do międzynarodowej kariery. Zatytułował ja 8’37”, które to cyfry oddawały czas jej trwania. Ukończył go już po powrocie do kraju.

Utwór napisany został na 52 instrumenty smyczkowe (24 skrzypiec, 10 altówek, 10 wiolonczel i 8 kontrabasów).  W 1960 r. otrzymał III nagrodę w konkursie im. Grzegorza Fitelberga i nagrany został przez Jerzego Krenza z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. Rok później dyrektor muzyczny Polskiego Radia, który miał zabrać taśmę z nagraniem na sesję Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów UNESCO do Paryża, powiedział Pendereckiemu, ze należałoby zmienić tytuł utworu, ponieważ nadany przez autora nic nikomu nie mówi. Po dłuższej dyskusji zmieniono nazwę kompozycji na „Tren – ofiarom Hiroszimy”.

W Paryżu „Tren”, mimo że uplasował się na IV pozycji, został zarekomendowany radiofoniom państw członkowskich do odtwarzania w programach radiowych. Spotkał się z bardzo dużym oddźwiękiem i szefowie wielu orkiestr symfonicznych na świecie postanowili wprowadzić „Tren” do swojego repertuaru. W kilku przypadkach członkowie orkiestr odmawiali jednak wykonania utworu. Po przeczytaniu partytury argumentowali, że wykracza on poza granice muzyki. „Tren” był rzeczywiście nowatorski, oparty na dźwiękach dotychczas niespotykanych, bo niestosowanych, ale o ogromnej sile ekspresji, toteż po przełamaniu oporu muzyków i wykonaniu utworu, odczucia wykonawców były już zupełnie inne. Co potwierdzało także pozytywne nastawienie doń słuchaczy.

Po ukończeniu studiów został Penderecki asystentem w swojej macierzystej uczelni. Z czasem skorzystał z oferty pracy jako wykładowca w wyższej szkole muzycznej w niemieckim Essen. Cały czas oczywiście komponował, więc w roku 1966 zakończył prace nad „Pasją według św. Łukasza”, a trzy lata później na wielu scenach świata zaczęto słuchać dźwięków jego pierwszej opery, zatytułowanej „Diabły z Loudn”. Mniej więcej w tym właśnie czasie rozpoczął też karierę dyrygencką. W 1972 r. został rektorem swojej macierzystej uczelni, której nazwa zmieniona została na Akademię Muzyczną. Przez sześć kolejnych lat wykonywał równolegle pracę dla wydziału muzycznego uniwersytetu w Yale (Yale University School of Music), w 1986 r. w Salzburgu miała miejsce premiera jego kolejnej opery zatytułowanej „Czarna maska”,  a rok 1988 to nagroda Grammy za „Koncert wiolonczelowy”.

Trudno powiedzieć, że było to zwieńczenie jego kompozytorskiej twórczości, ale symfonia „Siedem bram Jerozolimy”, którą stworzył na zamówienie miasta Jerozolimy i której prapremiera odbyła się tam w rok 1996, odbiła się ogromnym echem na całym świecie i to nie tylko w świecie muzyki. Monumentalne, wspaniałe dzieło o ogromnej ekspresji stanowiło kolejną wielką kartę w kompozytorskim życiu Krzysztofa Pendereckiego.

Wymieniłem wyżej tylko kilka i to te najbardziej znane kompozycje Krzysztofa Pendereckiego, a przecież skomponował ich setki, bo jego życie było życiem intensywnie twórczym.

O sobie mówił m.in.:

– Jestem samotnikiem. Niby uczestniczyłem w zakładaniu Piwnicy pod Baranami, ale kiedy zaczęła funkcjonować – odszedłem. Siedzenie nocami przy tanim winku, te często głupawe dyskusje zaczęły mnie nudzić,

– Żyję intensywnie, jestem rygorystyczny w stosunku do siebie, zmuszam się, żeby napisać choć parę taktów dziennie,

–  Słucham jedynie utworów pisanych przez profesjonalnych kompozytorów. Muzyka kogoś bez żadnego wykształcenia muzycznego nie może być dobra,

W łacinie jest też cały ciężar historii i tradycji Kościoła. Ponieważ sam byłem wychowywany na łacinie, to nie umiem nawet dziś chodzić do kościoła, gdzie są msze po polsku. Wolę słuchać mszy w innym języku. Po polsku teksty liturgiczne wydają mi się banalne. Na pewno można by je lepiej przetłumaczyć.

Krzysztof Penderecki otrzymał tytuł doktora honoris causa od uniwersytetów w Rochester, Bordeaux, Leuven, Belgradzie, Waszyngtonie, Madrycie, Poznaniu, Warszawie, Glasgow.

Mieszkał w dworze w Lusławicach, którego budynek podniósł z ruin na początku lat 70. ub. wieku, a na 30 hektarach urządził wspaniały park i arboretum. W maju 2019 r. zaproponował Skarbowi Państwa odpłatne przekazanie posiadłości.

W Lusławicach kompozytor zrealizował też jedno z marzeń swojego życia – utworzył Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Działalności tej instytucji przyświeca „idea inspirowania najzdolniejszych młodych muzyków do doskonalenia umiejętności i dążenia ku pełnej dojrzałości artystycznej”.

Krzysztof Penderecki (1933-2020)