Ksiądz-generał „Flaszka” Głódź

str-4-bobrowka

Gdy Sławoj Leszek Głódź zostawał metropolitą gdańskim, Lech Wałęsa powiedział, że to „nieszczęście i pokaranie dla diecezji”, ale jako przykładny katolik udał się na ingres biskupa i przed wejściem do katedry został przez zgromadzony tłum wygwizdany. To było już w ramach dyskredytowania twórcy „Solidarności” przez bliźnięta Kaczyńskie, z których Lech zasiadał podczas ingresu w pierwszej ławce gdańskiej katedry, mając koło siebie Przemysława Gosiewskiego, Mariana Krzaklewskiego i Janusza Śniadka. Ingres odbył się 26 kwietnia 2008 roku. Arcybiskup S. L. Głódź powiedział, że przybywa do Gdańska z hasłem „Milito pro Christo” („Walczę dla Chrystusa”), a przedstawiciele duchowieństwa archidiecezji gdańskiej całowali go w pierścień na znak wierności i posłuszeństwa.

Podczas ingresu Głódź powiedział: „Wiem, że mnie tu nie chciano, ale ja się nie pchałem”. Po niemal 12 latach zarządzania gdańskim arcybiskupstwem okazuje się, że wspierając się Chrystusem arcybiskup walczył przede wszystkim o profity dla siebie, a przez wierność i posłuszeństwo rozumiał pomiatanie stojącymi niżej w hierarchii księżmi. Dziś mają go dość wierni, a także księża gdańskiej archidiecezji.

W październiku br. stacja TVN24 nadała reportaż, w którym gdańscy duchowni odsłonili prawdziwe oblicze arcybiskupa. Oskarżali go o poniżanie, wyłudzanie pieniędzy, alkoholizm. Następnego dnia po ukazaniu się telewizyjnego reportażu gdańska kuria wydała oświadczenie, że wszystko co w nim zawarto to pomówienia. Czegoś innego oświadczyć przecież nie mogła, bo nad piszącym owo oświadczenie stał z całą pewnością cenzor w osobie arcybiskupa Głódzia, który trwał zapewne w przekonaniu, że dementi załatwi sprawę, po jakimś czasie „pomówienia” przyschną i wszystko rozejdzie się po kościach. Nie wziął jednak pod uwagę determinacji podległych mu księży, nade wszystko, jak każdy zadufany w sobie człowiek o narcystycznych parametrach charakteru, pozbawiony był świadomości, że jego kapłaństwa dość mają także wierni.

Chcący wyrwać się z poddaństwa wobec metropolity księża z archidiecezji gdańskiej napisali (w liczbie szesnastu) list do nuncjusza papieskiego w Polsce z prośbą o interwencję w Watykanie. Zapewne nic z tego nie wyjdzie, bo Głódź jest skumplowany niemal z każdym wyższym urzędnikiem Watykanu i, jak mówią ci, którzy znają jego koligacje, jest „nieruszalny”. Nuncjuszem papieskim w Polsce jest obecnie niejaki Salvatore Pennacchio. Zapewne już kumpel Głódzia, bo księża z gdańskiego arcybiskupstwa jeszcze w czerwcu opowiadali mu o żenujących manierach ich pryncypała, które nijak się mają zarówno do piastowanej przez niego funkcji, a przede wszystkim do tak zwanych wartości katolickich. Dziennikarz, który zapytał teraz w warszawskiej nuncjaturze, jakie są dalsze losy listu, usłyszał od sekretarza nuncjusza: „Żadnego komentarza na chwile obecną”. Typowa gra na czas, przeczekiwanie aż inne sensacje i skandale zaciągną kurtynę milczenia nad manierami arcybiskupa.

Nie wiadomo, czy sprawa, tak jak wiele innych dotyczących tego katolickiego hierarchy przyschnie, ponieważ list do papieża Franciszka, w którym domagają się odwołania Głódzia, wystosowali także gdańscy katolicy. Napisali w liście m.in.: „Jesteśmy głęboko przekonani, że abp Sławoj Leszek Głódź stracił moralną wiarygodność niezbędną do pełnienia posługi biskupa diecezjalnego i jest dla wiernych przyczyną zgorszenia”.

Ciągle jeszcze zajmujący stolec arcybiskupa gdańskiego Sławoj Leszek Głódź 13 sierpnia przyszłego roku skończy 75 lat i robi wszystko, by mimo protestów podwładnych oraz wiernych dotrwać do tego dnia i przejść na emeryturę. Pragnie uniknąć niesławy i zostać usuniętym ze stanowiska w niełasce.

Urodził się 13 sierpnia 1945 roku w Bobrówce, wsi na Podlasiu, leżącej w linii prostej ok. 50 km od przejścia granicznego z Białorusią w Kuźnicy Białostockiej. Najstarsze pokolenie mieszkańców Bobrówki posługuje się w codziennych kontaktach gwarą języka białoruskiego, mimo że „nigdy nie wykształcili oni białoruskiej tożsamości narodowej” i zawsze uważali się za Polaków. W zamieszczonej w Internecie notce biograficznej w pozycji „rodzice” figuruje jedynie matka: Leokadia Sokołowska. Naukę w seminarium Głódź musiał przerwać na 2 lata, ponieważ został wcielony do wojska. Odszedł do cywila w stopniu kaprala ze specjalnością sapera pontoniera, by kilkadziesiąt lat później, gdy został kapelanem Wojska Polskiego, awansować o 15 szczebli, od razu na stopień generała.

Po ukończeniu seminarium szybko piął się po szczeblach kariery w Kościele katolickim. Studiował w Rzymie, gdzie uzyskał doktorat z prawa kanonicznego Kościołów wschodnich i zaczął pracę w Kongregacji ds. Kościołów Wschodnich. Był nieodłącznym towarzyszem Stanisława Dziwisza i Józefa Kowalczyka, najbliższych współpracowników papieża Jana Pawła II. Przymierzano go do stanowiska nuncjusza w Kanadzie, gdzie jest sporo grekokatolików, ale gdy w Polsce reaktywowano ordynariat polowy, jego dwaj wspomniani koledzy pamiętali opowieści Głódzia z wojska, i rekomendowali go na stanowisk biskupa polowego. W ten sposób stał się jednym z liczących się hierarchów Kościoła kat. w Polsce. Ponieważ zaś polskie rządy wszystkich ugrupowań politycznych wchodziły po 1989 r. w bliskie relacje z Kościołem w przekonaniu, że brak jego poparcia będzie oznaczać utratę władzy, biskup Głódź błyskawicznie wyczuł sytuację i stał się człowiekiem skoligaconym z każdym ugrupowaniem, które władzę sprawowało. To m.in. w jego warszawskiej siedzibie zawiązała się koalicja rządowa PiS, Samoobrona, Liga Polskich Rodzin w 2005 r.

Skumplowanie się z władzą i sakra biskupia czyniły Głódzia osobą nietykalną i w swoich poczynaniach bezkarną. „Moralna niewiarygodność” S.L. Głódzia, o której piszą do papieża Franciszka wierni z Trójmiasta, była znana od dawien dawna. Porażająca wymowa telewizyjnego reportażu tkwi w tym, że księża poniewierani przez arcybiskupa opisują jego zachowania, cytują niecenzuralne słowa, a zestawienie głosu z obrazem buduje wizerunek pyszniącego się swoją władzą wulgarnego chama i pijaka. Że nie jest to pustosłowie, przytoczę krótkie wypowiedzi dwóch księży z telewizyjnego reportażu.

Ksiądz I: Któregoś dnia, po kilkugodzinnych zakupach w celu zaopatrzenia rezydencji – na pytanie „gdzie byłeś?”, odpowiedziałem – „robiłem zaopatrzenie rezydencji w kilku marketach”. Arcybiskup zareagował krzykiem: „Nie pie…l! Rozjeżdżasz się gdzieś po diecezji, masz za dużo czasu”. Od tego wydarzenia ks. arcybiskup przestał się hamować i wielokrotnie moje odpowiedzi na pytania ucinał słowem „Nie pie…l”.

Ksiądz II: Przez sześć lat seminarium byłem angażowany w tzw. granie do kotleta. Mieliśmy siedzieć i grać. Trzy, cztery, a czasem nawet pięć godzin, podczas gdy goście jedli i rozmawiali. Część kleryków podczas takich przyjęć była angażowana w podawanie do stołu. Na polecenie arcybiskupa ci alumni mieli uszyte czerwone kamizelki i zakupione muchy specjalnie do tego zadania. Prawie zawsze przed takim przyjęciem przygotowany był osobny stolik z alkoholami. Oczywiście jako klerycy byliśmy ciekawi, ile mogą one kosztować i pamiętam zaskoczenie wszystkich, kiedy po wpisaniu nazwy jednego z nich do wyszukiwarki internetowej okazało się, że butelka takiego koniaku kosztuje około tysiąca złotych. Wydaje mi się, że znacznie rozmija się to z postulatem „Kościoła ubogiego” (…). Boli fakt, że w ten sposób wykorzystywane są pieniądze ofiarowane na rzecz Kościoła przez wielu ludzi, bardzo często ubogich.

Pijaństwo księdza Głódzia to żadna rewelacja. Po objęciu przez niego ordynariatu polowego, a było to w roku 1991, Jerzy Urban zamieścił w tygodniku „NIE” artykuł, w którym wprost pisał, że ksiądz ten od dawna ma wśród podwładnych ksywę „Flaszka”. To nie z kim innym, tylko właśnie z Głódziem upił się prezydent Aleksander Kwaśniewski w samolocie lecącym do Charkowa, gdzie miał złożyć hołd zamordowanym przez bolszewików polskim oficerom. I składał, zataczając się na nogach, co tłumaczył później chorobą „goleni prawej”.

Wcześniej także pisano o kupczeniu przez Głódzia probostwami. Taksa, zależna od tego, jak rentowna jest dana parafia, wynosiła od 20 do 80 tys. zł. I w tym momencie wchodzimy w dwie sfery. W sferę precyzowaną przez kodeks karny i w sferę bezkarności osoby duchownej. Przyznawanie parafii w zależności od tego, ile pieniędzy dostało się od jej przyszłego proboszcza, to nic innego jak łapownictwo. W każdej innej sferze polskiej rzeczywistości przełożony domagający się od podwładnego pieniędzy za otrzymanie stanowiska, byłby natychmiast ścigany z oskarżenia publicznego. W każdej innej, tylko nie w Kościele kat. To jest najbardziej dobitny dowód jak bezkarni są w Polsce ludzie w sutannach i jaką nietykalność sobie wywalczyli.

Arcybiskup Głódź mieszka w Gdańsku w niedostępnej dla szeregowych katolików luksusowej rezydencji. Gdy przejdzie na emeryturę, ma się przenieść do swojej rodzinnej Bobrówki. Ma tam posiadłość o powierzchni ponad 20 hektarów z odremontowanym przez siebie pałacykiem i ranczo, po którym biegają konie.

To wszystko za służbę panu Bogu.

Krzysztof Pipała