Kto powiesił Kosteckiego?

str-18-cygan

2 sierpnia około godz. 5.40 nad ranem współwięźniowie w celi aresztu na Białołęce w Warszawie stwierdzili, że śpiący na górnej pryczy Dawid Kostecki nie żyje. Leżał przykryty kocem, co sprawiało wrażenie, że znajdujący się pod nim człowiek postanowił dłużej sobie pospać. Dopiero po upływie pewnego czasu, gdy spostrzegli, że Kostecki nie daje oznak życia, odkryli jego śmierć. Wezwani więzienni strażnicy podjęli próby reanimacji, którą kontynuowali do przyjazdu lekarza pogotowia. Bezskuteczne.

Prokuratura wydała komunikat, że Kostecki powiesił się leżąc na pryczy. Nie wspomniała jednak, że prokurator Wojciech Kapuściński, który pierwszy dokonał oględzin zwłok, stwierdził z tyłu szyi Kosteckiego dwa małe ślady, wyglądające jak nakłucia po igle. Podobny ślad zostawia na ciele elektryczny paralizator. Prokurator uznał, że sekcja zwłok wyjaśni, jakie jest pochodzenie tych śladów, podobnie jak otarcia na przegubach rąk.

Jak można się powiesić leżąc na pryczy?

W protokole sekcji zwłok przeprowadzonej przez dr. Agnieszkę Dąbkowską w towarzystwie dwóch prokuratorów stwierdzono, że ślady na szyi denata mają charakter powierzchowny, ponieważ nie stwierdzono przebicia powłok skórnych. Równie powierzchowny charakter miały zdaniem przeprowadzających sekcję, także ślady otarcia na rękach. W sporządzonej opinii stwierdzili, że śmierć Kosteckiego nastąpiła w wyniku ucisku pętli zawiązanej przez niego na szyi.

Dawid Kostecki nie był ekwilibrystą, był bokserem. Jak można się powiesić leżąc na pryczy?

Paweł Moczydłowski, emerytowany pułkownik Służby Więziennej, który w latach 1990-1994 był szefem Centralnego Zarządu Zakładów Karnych w Ministerstwie Sprawiedliwości, mówił w TV24, że jest to oczywiście możliwe. Człowiek zawiązuje koniec sznura lub prześcieradła na czymś co jest wyżej, na przykład na kracie okna, zakłada pętlę na szyję i dokonuje nagłego szarpnięcia ciałem, a szczególnie głową. Paweł Moczydłowski tego nie powiedział, ale lekarze sądowi, z którymi niżej podpisany rozmawiał, twierdzą, że w takiej sytuacji człowiek, który się targa na swoje życie, zachowuje się głośno. Może charczeć, i gwałtownie, w konwulsjach wierzgać nogami. Takie zachowanie musi zwrócić uwagą osób z najbliższego toczenia, tym bardziej upakowanych w ciasnej celi. Kostecki miał trzech współwięźniów, ale wszyscy oni solidarnie twierdzą, że niczego ani nie widzieli, ani nie słyszeli.

Miał szansę wyjść za 8 miesięcy

Rodzina Dawida Kosteckiego zakwestionowała orzeczenie prokuratury i jej stwierdzenie o samobójstwie. Bokser, który w 2016 r. trafił na 5 lat do więzienia, miał szansę starać się o przedterminowe zwolnienie już za 8 miesięcy. Jego rodzina twierdziła, że podjął postanowienie, iż po wyjściu na wolność zerwie z dotychczasowym życiem, a stabilizację osiągnie poprzez założenie i prowadzenie szkółki bokserskiej. Co by się bowiem nie rzekło, miał ku temu wszelkie podstawy.

Urodził się w Rzeszowie, w czerwcu 1981 r. w rodzinie romskiej. Mieszkał u zbiegu ulic Lenartowicza i Bulwarowej. Gdy był dzieckiem bardzo często widywano go na spacerach z ojcem, o którym mówiło się w Rzeszowie, że jest „królem Cyganów”. Nikt nigdy nie zweryfikował tej informacji.

Świetnie zapowiadająca się kariera

Od samego początku, gdy tylko zaczął uprawiać boks, ujawnił wielki talent. Wróżono mu wielką karierę. I rzeczywiście. W młodym wieku został interkontynentalnym mistrzem federacji WBA w wadze półciężkiej, także młodzieżowym mistrzem świata WBC oraz mistrzem WBF, WBFed i IBC w wadze półciężkiej. Specjaliści tej dyscypliny uważali go za najlepszego polskiego pięściarza wagi półciężkiej. Niewiele brakowało, a stoczyłby walkę o tytuł mistrza świata, ale równolegle z karierą bokserską wszedł na ścieżkę prowadzącą do przestępczego półświatka. Zaangażował się w jego działalność i to był początek końca jego świetnie zapowiadające się kariery w ringu.

Przestępcza ścieżka

W lutym 2007 r. zatrzymany został w Warszawie przez Centralne Biuro Śledcze. Przedstawiono mu zarzuty czerpania korzyści z pracy prostytutek w burdelach w Rzeszowie i pobliskim Lutoryżu oraz wprowadzanie na rynek amfetaminy. Przesiedział w areszcie 3 miesiące. Wyszedł za poręczeniem majątkowym. Wszystko wskazuje na to, że tropy jego śmierci prowadzą właśnie do jego sutenerskiej działalności sprzed około 12 lat.

Burdele w Rzeszowie i Lutoryżu prowadzili bowiem dwaj bracia z Ukrainy, którzy są obecnie podejrzewani o nagrywanie seksualnych harców prominentnych postaci polskiego życia publicznego, w tym m.in. byłego PiSowskiego marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego.

Trzymiesięczny areszt Kosteckiego w 2007 r., nie był jego pierwszym kontaktem z życiem więziennym. Jeszcze przed rozpoczęciem pięściarskiej kariery na zawodowym ringu został skazany na rok więzienia za pobicie i wyrok odsiedział. To zatrzymanie i odsiadka nie sprowadziły go jednak z przestępczej ścieżki. Cztery lata później został skazany na 2,5 roku więzienia znów za czerpanie korzyści z prostytucji i współkierowanie zajmującą się tym grupą przestępczą. Na sali sądowej twierdził, że jest niewinny, że został wrobiony. Nikt mu nie wierzył, ale też media nie pociągnęły i nie rozpracowały tego wątku w jego życiu. Wyszedł z więzienia w 2014 roku, zapewniał, że wraca na ring. Jednak rok później, podczas bokserskiej gali w Katowicach, wykryto w jego organizmie środki dopingujące (stanozolol i metyloheksanaminę). Został zawieszony na dwa lata i to był koniec jego pięściarskiej kariery.

W listopadzie 2015 r. trafił do szpitala po próbie samobójczej, a po niespełna ośmiu miesiącach został ponownie aresztowany. Tym razem pod zarzutem kierowania grupą przestępczą zajmującą się praniem brudnych pieniędzy, wyłudzaniem podatków oraz legalizacją kradzionych samochodów. Dobrowolnie poddał się karze i został skazany na 5 lat więzienia, które, jak się okazało, opuścił w trumnie.

Czego boi się prokuratura?

Pełnomocnicy rodziny Dawida Kosteckiego, mecenasi Roman Giertych i Jacek Dubois, wystąpili do prokuratury o przeprowadzenie drugiej sekcji zwłok. Prokuratura stanowczo odmówiła. To wielce zastanawiające. Prokuratura, która w oparciu o bzdurne podejrzenia, nie wahała się wbrew stanowisku rodzin, przeprowadzić kolejną i jak się okazało, zupełnie niepotrzebna sekcję zwłok ofiar katastrofy smoleńskiej, w przypadku Dawida Kosteckiego, którego śmierć nastąpiła w przedziwnych okolicznościach, wzbrania się przed przeprowadzeniem kolejnej, o którą tym razem wnosi rodzina nieżyjącego boksera. Poza stanowiskiem prokuratury, nic nie stoi temu na przeszkodzie.

Roman Giertych i Jacek Dubois cha żądają ponownej sekcji, ponieważ pragną sprawdzić trzy ewentualne wersje śmierci Kosteckiego. Dwie pierwsze zakładają, że Kostecki mógł zostać zamordowany. W pierwszym przypadku w ten sposób, że jedna osoba go przytrzymywała, a druga zaciskała pętlę z prześcieradła na szyi. Podejrzenie, że tak mogło być , sugerują ślady otarcia skóry na rekach, które mogły być wynikiem bronienia się Kosteckiego przed napastnikiem. Drugą przyczyną śmierci boksera mogło być wstrzyknięcie środka odurzającego (dwa maleńkie ślady zakrzepłej krwi na szyi) a następnie uduszenie ofiary. Trzecia kwestia, którą pełnomocnicy chcą sprawdzić podczas powtórnej sekcji, to właśnie to, w jaki sposób można się niezauważenie powiesić leżąc na pryczy.

Powtórna sekcja może obalić wersję prokuratury dotyczącą śmierci Kosteckiego i tego się ona właśnie boi. Boi się bowiem ujawnienia, kto może stać za śmiercią boksera.

Afera podkarpacka

Wiele osób będących blisko Kosteckiego jest zdania, że miał on ogromną wiedzę na temat tak zwanej „afery podkarpackiej”. Owa afera jest związana z pochodzącymi z Ukrainy dwoma braćmi, którzy prowadzili na Podkarpaciu kilka burdeli. Ich klientami byli zarówno biznesmeni, jak również prominentni politycy i to nie tylko z Podkarpacia, a także wysoko postawieni nosiciele koloratek chadzający na co dzień w czarnych sukienkach. Bracia mieli zwyczaj nagrywać ich stosunki seksualne z prostytutkami, a jednym z najbardziej prominentnych polityków miał być b. marszałek Sejmu Marek Kuchciński, uprawiający na dodatek seks z nieletnią Ukrainką. Potwierdził to w mediach były już wysoko postawiony agent CBA, który po ujawnieniu tych informacji został zwolniony z pracy, a jego dotychczasowi pracodawcy i PiSowskie media próbują zrobić z niego wariata.

Samookaleczenie współwięźnia

Kilka dni po śmierci Kosteckiego doszło do wielce znaczących zdarzeń. Więzień Mariusz G., który był w celi w chwili śmierci Kosteckiego, dokonał samookaleczenia. Podobno rozmyślnie skaleczył się w przedramię. Rzeczniczka prasowa Służby Więziennej, podpułkownik Elżbieta Krakowska, powiedziała mediom , że nie była to próba samobójcza lecz desperacki krok po wizycie jego partnerki. Kobieta miała mu podobno oświadczyć, że przez to, co się dzieje po śmierci Kostecki, on nigdy nie wyjdzie z więzienia. W rozmowie z psychologiem Mariusz G. miał powiedzieć, że boi się posądzenia o zabójstwo Kosteckiego. Jak powiedziała pani pułkownik Krakowska, Mariusz G. objęty został „wzmożoną opieką wychowawczą i psychologiczną”.

Pozdrowienia dla Mariusza Kamińskiego

W dniu śmierci Kosteckiego w Zakładzie Karnym w Rzeszowie miał zostać pobity przyjaciel Kosteckiego, Maciej M. Twierdzi, że został pobity przez funkcjonariuszy Służby Więziennej. Dwa tygodnie później miał podjąć próbę samobójczą, uniemożliwioną przez współwięźniów. Zabrano go do na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego w Krakowie. Gdy powiadomił o tym dziennikarzy, został stamtąd zabrany przez antyterrorystów. „Gazecie Wyborczej” (GW) przesłał wcześniej informację, że Kostecki nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany, ponieważ miał dużą wiedzę o kulisach „afery podkarpackiej” i to on ujawnił, że agenci Centralnego Biura Śledczego kryli burdelowy interes Ukraińców na Podkarpaciu. Maciejowi M. udało się też przesłać informację, że Kostecki otrzymywał groźby od agenta CBŚ, którego nazwisko zaczyna się na Ś., a którego pełne brzmienie jest znane redakcji GW. Miała Kosteckiemu grozić także prokurator A.H.

GW napisała w wydaniu z 21 sierpnia o odwiedzinach rodziny u Macieja M: „Bliscy M. opowiadają, że zostali posadzeni przy stole ustawionym tuż pod kamerą. W odległości metra siedziało dwóch strażników. Odwiedzający mieli ze sobą kartki i długopisy. Chcieli zapisać informacje, które Maciej, mógłby przekazać mediom. Mężczyzna zapisał cztery strony – nazwiska, daty, adresy dotyczące afery podkarpackiej”.

– Po chwili wezwano wychowawcę Maćka. Poinformował nas, że dowódca zmiany nas obserwuje za pomocą kamery i nie pozwolono nam tego wynieść – opowiada jedna z osób.

Kiedy Maciej M. to usłyszał, kazał bliskim podrzeć kartki i zapamiętać tylko imiona i nazwiska. – Udało mi się zapisać ledwie kilka z nich na nodze – mówi jeden z bliskich.

Kilka dni później, w ramach prawa do telefonu, Maciejowi M. udało się dodzwonić do jednego z dziennikarzy GW. – Opowiedział, że grożono mu śmiercią – pisze GW. – Wszystko zaczęło się, jak zobaczyli, że chcę napisać do mediów i do Schetyny – opowiada. Twierdzi, że ma informacje, które mogą obciążyć Zbigniewa Ziobrę i Patryka Jakiego. Kazał też przekazać pozdrowienia dla Mariusza Kamińskiego i dodał, że chodzi o spotkanie w hotelu. – Będzie wiedział, o co chodzi – powiedział. Po tych słowach połączenie zostało zerwane.

Państwo przeszkadza w dotarciu do prawdy

W poniedziałek 19 sierpnia posłowie sejmowego zespołu śledczego Platformy Obywatelskiej spotkali się z pełnomocnikami rodziny Kosteckiego. Wcześniej, w piątek 16 sierpnia br., mecenasi Jacek Dubois i Roman Giertych napisali: „Po ponownej analizie dostępnych materiałów, oględzinach ciała zmarłego oraz konsultacji z lekarzami uważamy, że ślady ujawnione na ciele Romana Kosteckiego mogły powstać podczas walki, a zatem wskazują na udział w zdarzeniu osób trzecich” i dokładnie wymienili te ślady:

1. Obrażenia na tylnej powierzchni lewego ramienia o średnicy kilku centymetrów.

2. Uszkodzenia naskórka i podbiegnięcia krwawe ręki prawej przedramienia – na tylnej oraz bocznej powierzchni otarcie naskórka, powierzchni ręki prawej – otarcie naskórka

3. Obrażenia na grzbiecie oraz podbiegnięcia krwawe o wymiarach kilku centymetrów.

4. Rana na nodze lewej o szerokości ok. 0,5 cm.

5. Dwa zdarcia naskórka po lewej stronie szyi pod uchem o średnicy ok. 3 mm.

Dokonująca sekcji zwłok dr Agnieszka Dąbkowska opisała te ślady, jednak nie podjęła się próby wyjaśnienia, co było lub mogło być ich przyczyną, skąd się tam wzięły. Pozostała przy konkluzji, że „sekcyjnie nie stwierdzono zmian urazowych wskazujących na stoczoną przed śmiercią walkę bądź aktywną obronę”.

Pełnomocnicy rodziny Dawida Kosteckiego są innego zdania: „Analiza śladów dowodzi, że musiały powstać w wyniku urazu bezpośredniego, najprawdopodobniej z udziałem osób trzecich. Usytuowanie tych obrażeń może wskazywać na to, że Dawid Kostecki był przytrzymywany i unieruchomiony w pozycji leżącej przez osobę trzecią (osoby trzecie) w ten sposób, że napastnik, siedząc na nim, obiema rękami przytrzymywał go za ręce (przedramię i ramię). Równolegle druga osoba mogła dusić Dawida Kosteckiego, zaciskając prześcieradło wokół jego szyi, co doprowadziło do utraty przez niego przytomności, a następnie do śmierci. Następnie ciało mogło zostać usytuowane w pozycji półsiedzącej, prześcieradło przywiązane do kraty w celu upozorowania samobójstwa. Być może przed użyciem przemocy zmarłego ogłuszono chemicznie lub za pomocą urządzenia paraliżującego”.

Występując przed sejmowym zespołem śledczym Platformy Obywatelskiej mecenas Jacek Dubois powiedział, że nie godząc się na ponowną sekcję zwłok „państwo po prostu przeszkadza w dotarciu do prawdy”.

Sprawą śmierci Dawida Kosteckiego zajął się również Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. Powiedział, że on i członkowie jego zespołu byli bardzo zdziwieni, gdy przeglądali nagrania monitoringu z korytarza, przy którym znajdowała się cela Dawida Kosteckiego. Okazało się, że światło w tym korytarzu było zgaszone. Służba Więzienna natychmiast opublikowała nagranie z monitoringu, na którym widać jasno oświetlone wejście do korytarza, ale znajdujące się pod kamerą, natomiast w miejscu, w którym znajdowała się cela Kosteckiego, można było coś tam zobaczyć. Niewiele, bo niewiele, ale jednak. Posłowie i media PiS zaczęły się naśmiewać z Bodnara, ale wszyscy zamilkli, gdy okazało się, że pod celę boksera można było dojść z drugiej, zupełnie ciemnej strony korytarza. I być całkowicie niewidocznym.

 

Arkadiusz Klimas