Legalna „marycha”

pipala

W 2013 roku urugwajski parlament przegłosował ustawę zezwalająca na uprawę, sprzedaż i palenie marihuany, ale dopiero w minione dopiero co wakacje wprowadzono ją w życie. Jeden z najmniejszych krajów Ameryki Południowej stał się więc pierwszym na świecie, w którym marihuana jest prawie takim samym towarem jak marchewka, masło czy chleb. Prawie, bo przeciwko zalegalizowaniu marihuany było aż 60 proc. Urugwajczyków, w tym prezydent tego kraju (onkolog z wykształcenia) i wprowadzoną w życie ustawę obwarowano specjalnymi przepisami. W żadnym przypadku nie krepują one zalegalizowania marihuany, ale też nie do końca satysfakcjonują tych, którzy palą to zioło na co dzień.

Po urugwajską marihuanę nie można więc wejść jak do mleczarni po maślankę, bo po pierwsze – trzeba być pełnoletnim, po drugie – zarejestrować się na poczcie (dlaczego akurat na poczcie?) i dopiero wtedy udać się do licencjonowanej apteki po… maksymalnie 10 g suszu tygodniowo i nie więcej niż 40 g miesięcznie, na dodatek przyłożyć kciuk do czytnika, poprzez który zarejestruje się kupującego w bazie danych.

Te wszystkie uwarunkowania nie satysfakcjonują oczywiście codziennych wielbicieli „maryśki”, tym bardziej, że zalegalizowana marihuana nie może mieć więcej niż 2 proc. zawartości psychoaktywnego czynnika THC. A to właśnie od zawartości tego czynnika zależy szybkość odlotu w stan błogostanu i długość trwania w nim. Przewidując, że warunki legalności marihuany nie zadowolą wszystkich, urugwajski ustawodawca zezwala więc amatorom mocniejszych wrażeń, zapewne aby zupełnie wyeliminować pokątnych handlarzy, na indywidualną uprawę zioła, ale nie więcej niż sześć roślin. Ta furtka sprawiła, że po wejściu w życie ustawy dwa razy więcej Urugwajczyków wystąpiło o zezwolenie na osobistą uprawę rośliny niż na jej kupno w aptekach. Druga furtka dla „szybkich odlotowców” to utworzenie 63 specjalnych klubów członkowskich, które mogą zaopatrywać członków w marihuanę ze swoich źródeł.

W naszej Kanadzie marihuana do celów medycznych jest dostępna już od 2001 r., ale premier Justin Trudeau zapewnia, że do końca wakacji 2018 r. zostanie w pełni zalegalizowana także w celach, które określa się słowem „rekreacyjnych”. Staniemy się wtedy drugim krajem na świecie, w którym handel nią, posiadanie oraz palenie straci odium karalności. Ale dopiero za niespełna rok dowiemy się czy u nas także zostaną wprowadzone podobne obostrzenia, jak w Urugwaju.

Na razie na zalegalizowanie marihuany ostrzy sobie zęby wielki biznes. Na przykład wolny dla marihuany rynek kanadyjski firma Deloitte szacuje na 22,6 mld dol. i swoje wyliczenia opiera nie na abstrakcyjnych animacjach lecz na konkretach pochodzących z rynku… USA. Bo właśnie w USA, podobnie jak w około 30 krajach świata, głównie Ameryki Łacińskiej i Europy, mamy do czynienia z liberalnym podejściem do marihuany, przyzwalającym na posiadanie jej w niewielkich ilościach dla celów własnych, jak i leczniczych.

Marihuana, ciągle zakazana na poziomie federalnym, jako środek stosowany do celów medycznych jest jednak dostępna w 30 stanach USA, a w sierpniu do celów „rekreacyjnych” dopuścił ją stan Newada. Biznes, który bacznie obserwował skutki liberalizacji, nie bez satysfakcji odnotował, że w ciągu zaledwie kilku dni wartość handlu tym miękkim narkotykiem osiągnęła w Newadzie poziom 3 mln dol. W stanie Kolorado wartość tego rynku szacuje się na miliard dol. rocznie, a w całych Stanach na 7 mld dol., przy czym szacuje się, że do roku 2020 będzie to plus minus 18 mld dol.

Wielki biznes zwęszył równie wielki interes. Nie dziwi więc, że w stanie Nowy Jork o jedną z pięciu licencji na uprawę konopi walczyła i wywalczyła firma Peckham Industries, jedno z największych przedsiębiorstw na Wschodzie USA, którego domeną od niemal stu lat była i jest jeszcze nadal produkcja… materiałów budowlanych. Nie tylko ta jedna firma widzi w uprawie indyjskich konopi lukratywne przedsięwzięcie. W biznes związany z marihuaną weszli na przykład również byli dyrektorzy Goldman Sachs i PricewaterhouseCoopers, także szefowie kilku innych firm o znaczeniu globalnym.

W starciu z rekinami biznesu drobni plantatorzy nie mają szans. Przyczyna jest jedna. Rządy państw legalizujących całkowicie marihuanę stawiają jednak przed jej dostawcami ostre wymagania. Dotyczą one przede wszystkim producentów, którzy muszą dostarczać produkt określonej jakości i o z góry określonych parametrach, w tym dotyczącym tego najważniejszego, czyli zawartości czynnika THC. Uprawa konopi spełniających te wymagania wymaga budowy hermetycznych obiektów utrzymujących cały czas właściwe oświetlenie, wilgotność powietrza i temperaturę. A to wymaga kosztownych inwestycji. Być może drobni plantatorzy znajdą sposób by w warunkach chałupniczych te warunki spełniać, ale na starcie są w konfrontacji z dużym biznesem na nienajlepszej pozycji.

A zaczęło się w Izraelu, bo to właśnie w tym maleńkim kraju, wciśniętym między Egipt, Jordanię i Syrię, już w 1964 roku wyizolowano czynnik THC i po żmudnych badaniach stwierdzono, że marihuana to nie tylko narkotyk rujnujący zdrowie, ale także zioło, które w odpowiedniej dawce staje się preparatem leczniczym, w wielu przypadkach przynoszącym obłożnie chorym ulgę w cierpieniu. Po 30 latach od pierwszego wyizolowania czynnika THC w Izraelu rozpoczęto stosować medyczną marihuanę w celach leczniczych. I na tym nie poprzestano, ponieważ program badawczy prowadzony jest nadal; śledzi się skutki jej stosowania w przypadku autyzmu, epilepsji i łuszczycy. Ale dopiero w lutym bieżącego roku Kneset, izraelski parlament, zezwolił na eksport medycznej marihuany i podania o wydanie licencji na tenże handel złożyło około pięćset firm. Jeśli więc amerykański wielki biznes liczy na monopol w tej branży, to może się srogo zawieść.

A co w kraju naszych przodków? W Polsce trwa walka z ortodoksyjnie katolickim ministrem zdrowia o arystokratycznym nazwisku Radziwiłł. Walka o to, by ulżyć polskim chorym i wprowadzić do aptek medyczną marihuanę. Na razie wygrywa ortodoksja ministra, więc rozwija się prywatny import z Czech, w których w zabobony przestano wierzyć już sporo lat temu, podąża się za osiągnięciami nauki i daje im pierwszeństwo.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii