Letnie wspomnienia

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Pociąg zatrzymał się pomiędzy stacjami. Spojrzałam za okno i moim oczom ukazało się wielkie drzewo morwy. Pierwsze spojrzenie i wspomnienie…. Mam kilka lat, może pięć może siedem, nie więcej. Czerwieńsk nad Odrą, wakacje u babci Gieni. Wracamy z dworca PKP, tam wzdłuż drogi prowadzącej od budynku dworca do ulicy głównej, rosną morwy, stare wielkie morwy. Są tak wysokie, że mam wrażenie, iż sięgają nieba, tajemnicze i mają mnóstwo owoców. Dziadek Edmund zrywa je nam, ten smak … niezapomniany. Pod moimi małymi stópkami poniemiecka droga z tzw. kocich łbów. Tylko tam widziałam takie ulice, uwielbiałam je, były takie ciekawe i fascynujące. Kocham to malutkie miasteczko, zielone,w centralnym punkcie kościół św.Wojciecha stojący na rozdrożu, jedna restauracja, pawilon handlowy, sklep spożywczy i biurowiec. Dookoła miasteczko otulone lasem, nieopodal babci bloku basen odkryty. W tamtych czasach to był luksus. Na basenie spędzamy z mamą całe dnie. Lody „Bambino” i ich niesamowity smak, żadne nigdy nie były równie dobre. Mama młoda w pięknym kolorowym jednoczęściowy stroju kąpielowym. Mamo! Jaka Ty byłaś zgrabna, nogi szczupłe sięgające nieba, szerokie biodra, wąska talia, wielki biust, wąskie ramiona, długie szczuplutkie ręce. Zazdroszczę Ci! Czy ja nie mogłam odziedziczyć figury po Tobie?! Nasza mama była najzgrabniejsza, najładniejsza i najlepiej pływającą mamą na basenie. Spacery do kamienicy na Młyńskiej do pani Gniazdowskiej. Duży stół na środku nie wiem czy to była kuchnia czy pokój, chyba kuchnia. Zasiadałam z dorosłymi przy tymże stole. Chciałam być dorosła. Słuchałam opowieści co u kogo, kto się ożenił, komu urodziło się dziecko, kto umarł, wspomnień mamy lat dziecięcych, z czasów kiedy mieszkała w tym domu. Pani Gniazdowska parzyła kawę, dla mnie herbatę w szklance z koszyczkiem, dolewala soku do mojej herbaty. Czułam się wyjątkowo, zasłuchana w te opowieści sięgałam do torebki po „papierosa”. Mama paliła, bo wtedy wszyscy palili wszędzie, nawet przy dzieciach. Nie przeszkadzał mi smród klubowych krakowskich. Moje „papierosy” to były skręcone papierki po cukierkach, zakładałam nogę na nogę, sączyłam herbatkę i paliłam. Jaka ja byłam wtedy dorosła. Świat dorosłych był taki fascynujący. Śmieszna byłam, taka stara maleńka. Pamiętam jak zaglądałam do swojej torebki z nadzieją, że jestem już kobietą, a tu pudło! Za każdym razem ten sam widok – lusterko okrągłe w oprawie z miękkiego plastiku, moje „papierosy” grzebień i wykrochmalona i poskładana w kostkę chusteczka do nosa. Nuda! W torebce mamy ciągle coś się działo, panował artystyczny nieład i żyła swoim życiem, tam były nieustające zmiany. Czary jakieś. Była zawsze pełna skarbów. Klucze do domu, kluczyki do samochodu, portfel zawsze bardzo gruby, pękający w szwach, kosmetyczka, papiery, dokumenty, książeczka zdrowia, bilety na pociąg – te były wykonane z papieru grubego trochę jak tektura i miały specyficzny zapach. Bilety na autobus, znaczki pocztowe, grzebień z rączką i sama nie wiem co jeszcze. Marzyłam aby w mojej torebce było tyle skarbów. Teraz jak zajrzę do torebki to nie mam wątpliwości – jestem KOBIETĄ! A może nawet dwiema, sądząc po zawartości. Bałagan nieustający, nie wiem kto go robi, bo ciagle tam sprzątam. Dziś jak otworze to znajdę, klucze, trzy portfele, pięć długopisów (te leżą chyba tylko po to, żeby nie znaleźć żadnego kiedy potrzebuję coś zapisać, podpaski, długie na kilometry rachunki ze sklepu, kilka nieotwartych listów, pudełko z jedzenia do pracy, dowody zbrodni czytaj papierki po słodyczach, gumki do włosów, okulary przeciwsłoneczne. Kiedyś znalazłam zużytego pampersa, a przecież moje dzieci mają 27 i 17 lat. Po prostu wychodząc z pracy zabrałam z założeniem, że wyrzucę do kosza koło swojego domu. Włożyłam więc pampersa do torebki no i… zapomniałam o nim.

Kolejny smak Czerwieńska i właściwie najważniejszy, wiodący, kultowy! Smak, którego nie odnalazłam do dziś to serek homogenizowany o smaku truskawkowym. Był w papierowym kubeczku z papierową przykrywką wkładana do środka kubeczka. Ten smak był tak nieziemski, że nawet dziś po czterdziestu latach ślinię się na samo wspomnienie. Dałabym się zabić za ten serek! Ileż ja tych truskawkowym serków w życiu kupiłam i spróbowałam i nigdy nie znalazłam tego smaku, nigdy! Ciekawe czy jeszcze taki tam produkują? Na top liście były też „szneki z glancem” – drożdżowe zawijane bułeczki z lukrem. Palce lizać! „Pyry z gzika” też od babci, te królują u mnie w obiadowym repertuarze każdego lata. To nic innego jak młode ziemniaczki gotowane ze skórka, ser biały mieszany ze śmietana cebula i szczypiorkiem. Pychota! Babcia mieszkała w środkowym bloku na ul.Zielonogórskiej. Na dole przed blokiem był przystanek autobusowy MPK i chyba kiosk RUCHU. Mieszkanie -kawalerka usytuowana na czwartym piętrze bez windy. Jak ta moja mama co roku była w stanie zatarga

tam nasze walizki – nie wiem. Mieszkanie z maleńkim przedpokojem w nim tajemnicza szafka w ścianie. Drzwiczki do niej były w mojej wyobraźni drzwiami do innego świata. Ilekroć babcia wyszła z domu zakradałam się do tej szafki i szukałam skarbów, robiąc bałagan na całe mieszkanie. Kończyło się zawsze tak samo – opiernicz, a babcia potrafiła krzyczeć. Ale pokusa była silniejsza, żal za grzechy zawsze trwał do następnego razu…ha,ha. Duży pokój (duży był tylko z nazwy) był w centrum mieszkania. Z niego wchodziło się do malutkiej kuchni z dziwnym małym oknem usytuowanym bardzo wysoko. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Kuchnia była w kolorze bieli i bardzo jasnego błękitu. Wejście do sypialni również było z dużego pokoju. Na jednej ścianie duże okno, na trzech pozostałych drzwi. We wnęce za wejściowymi drzwiami stał kredens, na środku stół z krzesłami, wersalka, w rogu koło kuchni stolik z telewizorem. Jak myśmy się tam mieścili w wakacje? Nie mam pojęcia. Mieszkanie miało okna na południowy-zachód, więc była tam „lampa”, zero przewiewu, bo okna na jedna stronę. U babci zawsze perfekcyjnie czysto i zawsze, podkreślam zawsze, pachniało świeżo zaparzoną kawą. Na stole krzyżówka i chiński (nigdy inny) długopis. W pobliżu, gdzieś pod ręką, robótka na szydełku. Babcia Gienia niczym królowa Elżbieta, zawsze elegancka, uczesana. Nigdy, przenigdy nie widziałam babci z tłustymi włosami czy w poplamionej od gotowania bluzce. Nigdy nie miała bałaganu i garów w zlewie. Jak Ona to robiła? Taka jest do dziś – DAMA. A damą się trzeba urodzić.

Jedno drzewo morwy, a tyle wspomnień…