Luty pod znakiem tych, którzy odeszli i… oscarowych skandali

pipala

Luty upłynął w Polsce pod znakiem oczywiście politycznych waśni, ale do tego Polacy zdążyli się już przyzwyczaić. Niestety był też miesiącem, w którym odeszła trójka zasłużonych i bardzo lubianych aktorów. Wszyscy co prawda dożyli sędziwego wieku i powszechnie przecież wiadomo, że każdy z nas kiedyś umrzeć musi, ale to tylko tak łatwo się mówi. A przecież śmierć zawsze jest smutna – szczególnie dla najbliższych. Najpierw w niedzielę, 12 lutego, w wieku 82 lat, zmarła Krystyna Sienkiewicz, aktorka estradowa, teatralna, filmowa i telewizyjna. W latach 1958-66 pojawiała się w Kabarecie Starszych Panów. W latach 70. przez pewien czas towarzyszyła Andrzejowi Zaorskiemu w prowadzeniu programu „Studio Gama”. Ale chyba największą popularność przyniósł jej cykl rozrywkowy „Właśnie leci kabarecik”, gdzie w duecie z Barbarą Wrzesińską, występowały jako siostry Sisters. Była po prostu gwiazdą Kabaretu Olgi Lipińskiej.

Równo tydzień później zmarła nestorka polskiego aktorstwa, 102-letnia Danuta Szaflarska. Pani Danuta była legendą polskiego kina i teatru. Gwiazdę powojennych filmów widzowie pokochali dzięki „Zakazanym piosenkom”, „Skarbowi” czy też ostatniej produkcji z jej udziałem – „Pora umierać”. Danuta Szaflarska urodziła się w 1915 roku w odciętej od świata wiosce Kosarzyska na Sądecczyźnie. Już jako nastolatka lubiła występować na scenie, ale, jak sama przyznawała, wtedy nawet nie śmiała marzyć o profesjonalnej karierze. – To było dla mnie nieosiągalne. Niby jak miałam zostać zawodową aktorką? – mówiła. A jednak spróbowała sił w szkole teatralnej, gdzie radziła sobie dobrze, ale była „za grzeczna” i wciąż brakowało jej pewności siebie. Z kompleksów wyleczył ją profesor Aleksander Zelwerowicz. Kiedy była na drugim roku studiów, wykładowca zarzucił jej, że ma za małe oczy i zasugerował, że ta „wada” może przekreślić jej przyszłość w zawodzie. Zdenerwowana Szaflarska urządziła mu wtedy prawdziwą awanturę. – Zapytałam go, co ja mam w takim razie zrobić – ponacinać sobie oczy?! Zapałki wstawić?! Zaczęłam na niego krzyczeć, a on był… przeszczęśliwy – wspominała. – Chciał w ten sposób przełamać moją nieśmiałość i zobaczył, że potrafię upomnieć się o swoje. A to znaczyło, że mogę być aktorką – dodała.

Kolejnym aktorem, którego musieliśmy pożegnać był Gustaw Lutkiewicz, który zmarł w piątek, 24 lutego w wieku 93 lat. Był znakomitym aktorem drugiego planu. Dziś kojarzony jest głównie z rolą Zygmunta Karabasza, właściciela sklepu w Złotopolicach, w telenoweli „Złotopolscy”. Ale w ciągu trwającej ponad 50 lat kariery Lutkiewicz zagrał u większości najwybitniejszych polskich reżyserów. Świetnie nadawał się do ról mundurowych, a już najlepiej na czarny charakter w mundurze. Ja go zapamiętałem szczególnie jako sadystycznego Sturmbannführera Lohse w dwóch odcinkach „Stawki większej niż życie” Janusza Morgensterna. W „Żelaznym krzyżu” razem z Klossem prowadził śledztwo w sprawie zdrady niemieckich oficerów przekupionych przez hrabiego Wąsowskiego, a w „Bez instrukcji”, również wspólnie z Klossem, czuwał nad bezpieczeństwem prac profesora Porschatta szykującego dla Hitlera broń laserową. Lutkiewicz pochodził z Kowna, świetnie mówił z kresowym zaśpiewem. Jerzy Hoffman wykorzystał to w „Panu Wołodyjowskim”, obsadzając go w roli srogiego Luśni, gdzie aktor m.in. po kresowemu śpiewa. W roku 2010 pan Gustaw wycofał się z aktorstwa z powodu postępującej utraty wzroku.

Po tych smutnych wydarzeniach z Polski przyszła pora na coś weselszego. Otóż w finale tegorocznego rozdania Oscarów wydarzyła się sytuacja bez precedensu. W tym roku z okazji 50-lecia filmu „Bonnie and Clyde” producenci postanowili, że laureata w kategorii „najlepszy film” zaprezentują odtwórcy głównych ról w tej produkcji, czyli Faye Dunaway i Warren Beatty. Początkowo Beatty trochę droczył się z Dunaway i publicznością, przeciągając w nieskończoność odczytanie zwycięzcy. Pokazał wreszcie kartkę swojej koleżance z planu, która przeczytała, że najlepszym filmem zostaje „La La Land”. Producenci filmu razem z obsadą i ekipą weszli na scenę, odebrali statuetki. Była już nawet mowa z podziękowaniami. Jednak wtedy na scenę wkroczył producent gali i powiedział, że nastąpiła ogromna pomyłka – właściwym wygranym jest „Moonlight” Barryego Jenkinsa. Na Sali zapanowała konsternacja, Beatty nieporadnie tłumaczył, że otrzymał złą kartkę – tę, na której było nazwisko Emmy Stone, laureatki Oscara dla najlepszej aktorki za rolę w „La La Land”. Prowadzący galę Jimmy Kimmel próbował obrócić całą sytuację w żart. – Wiedziałem, że to spieprzę. Naprawdę – powiedział. Stojąca już publiczność nie wiedziała, czy to co się właśnie dzieje, jest częścią jakiegoś zaplanowanego show. Nie zdarzyło się przecież do tej pory, aby w najważniejszej kategorii ceremonii rozdania nagród tej rangi zaszła taka pomyłka. Bohaterka całego zamieszania, Faye Dunaway, ulotniła się jak kamfora.

Światowe media rozpisują się o skandalu. Ja natomiast nie jestem przekonany do tego, że to skandal. No bo jak organizator mógł coś takiego przewidzieć, a co za tym idzie zapobiec temu? W żaden sposób nie mógł. Fakt pozostaje faktem, że dla ekipy z „La la Land” to musiało być bardzo przykre. No i zwycięzcom, czyli ekipie z „Moonlight” też odebrano co najmniej połowę radości. Moim zdaniem podczas gali doszło jednak do skandalu, bowiem w tradycyjnym wspomnieniu o artystach, którzy zmarli w minionym roku – In Memoriam – pojawiło się zdjęcie… żywej kobiety. Producenci chcieli wspomnieć wybitną australijską kostiumografkę Janet Patterson, która zmarła w październiku 2016 roku. Jednak zamiast jej zdjęcia wykorzystano fotografię żyjącej Jane Chapman – australijskiej producentki filmowej. Panie współpracowały ze sobą przy „Fortepianie”. Temu organizatorzy mogli zapobiec i…powinni.

A ja zapraszam Państwa do lektury 13 już wydania Głosu Polonii, w którym szczególnie polecam rozmowę z aktorem Teatru Polskiego Vancouver, Ryszardem Kopplingerem (z którym wspólnie oglądaliśmy ową nieszczęsną ceremonię rozdania Oscarów). Przypominamy też sylwetki kilku najbardziej znanych „Żołnierzy Wyklętych”.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii