Marihuana – nowa „gorączka złota”

pipala

W USA rozpoczęła się kolejna „gorączka złota”. Musimy tę gorączkę objąć cudzysłowem, ponieważ nie dotyczy złota jako takiego, natomiast produktu, który może przynieść takie same, o ile nie większe profity niż ten cenny kruszec. A wszystko przez Kanadę, bo od 17 października można już u nas kupować marihuanę od licencjonowanych sprzedawców.

Jesteśmy jedynym krajem na świecie (oprócz Urugwaju), w którym marihuana rekreacyjna została całkowicie zalegalizowana i w związku z tym stajemy się światowym centrum przemysłu konopnego. Ale wraz z uwolnieniem kanadyjskiego rynku marihuany prawdziwa euforia zapanowała „za miedzą”, czyli w USA. W kraju na południe od nas, prawo federalne ściga co prawda za używanie, sprzedaż i posiadanie marihuany, ale już 30 stanów USA zezwala na jej wykorzystywanie medyczne, a dziewięć na „rekreacyjne”, pod którym to eufemizmem skrywa się po prostu palenie marihuany dla przyjemności (oczywiście są tacy, dla których nie jest to żadna przyjemność i z oferty nie korzystają).

W USA panuje przekonanie, że czasu nic nie zatrzyma i prędzej lub później, ale w całym kraju będzie można handlować marihuaną zarówno w celach medycznych jak i rekreacyjnych. A skoro tak, to tylko w USA rynek ten będzie wart miliardy dolarów. Oceny co do tego, ile tych miliardów będzie można zarobić są różne, ale najczęściej mówi się o 100 miliardach (oczywiście rocznie) i więcej. Nic tedy dziwnego, że za naszą południową granicą niczym grzyby po deszczu rodzą się różne spółki i spółeczki, które ostrzą sobie zęby na udział w tym biznesie i pieniądze, które on wygeneruje.

Na przykład spółka o nazwie Tilray Inc. uprawia marihuanę w Kanadzie (bo przecież w USA prawo federalne na to nie pozwala), ale jest notowana na amerykańskiej giełdzie. Także wwiezienie marihuany do USA musi być zalegalizowane przez prawo federalne, a odpowiedzialnym za to urzędnikom z wydawaniem zezwoleń wcale się nie spieszy. Okazuje się jednak, że na marihuanie można zarobić także wtedy, kiedy się jej nie ma.

Wspomniana spółka Tilray Inc. na początku trzeciej dekady września ogłosiła, że uzyskała zgodę władz na eksport niewielkich ilości konopi do Kalifornii z przeznaczeniem do badań medycznych, czym zasugerowała, że uzyskała przewagę nad działającymi w branży konkurentami. W ciągu kilku godzin kurs akcji Tilray Inc. wzrósł ponaddwukrotnie osiągając pułap 300 dol., ale gdy jeden z amerykańskich kongresmenów zakwestionował decyzję zezwalającą kanadyjskiej, a nie amerykańskiej, spółce na dostarczanie marihuany do celów badawczych, akcje Tilray Inc. zapikowały w dół, do poziomu 123 dol. Kto miał wcześniej jej akcje i sprzedał je gdy osiągnęły wartość 300 dol. mógł zyskać fortunę.

Można się spodziewać, że takich jak wyżej sytuacji będzie więcej w marihuanowym biznesie. To jednak wcale nie znaczy, że Tilray Inc. zwinął manatki i wycofał się z rynku. Wręcz przeciwnie. O ile w pierwszym półroczu ubiegłego roku przychody spółki nie osiągnęły pułapu nawet 20 mln dol., to pod koniec roku zanotowała ona po stronie przychodów już… 11 miliardów dol. Jej prezes, Brendan Kennedy zapowiada otwarcie w najbliższym czasie filii w Portugalii, ponieważ uważa, że marihuana medyczna i rekreacyjna, to będzie, jak wyznał dziennikarzowi The Wall Street Journal „branża globalna, konkurująca pod względem rozmiarów i zasięgu z rynkami alkoholu i napojów. Stoimy przed szybko rosnącym wyzwaniem. Rośnie ono szybciej, niż nawet ja mogłem się spodziewać”.

Na razie, mimo że w USA biznes ten dopiero kiełkuje, to drzwiami i oknami ściągają ku niemu zarówno wielkie spółki, ludzie bogaci i bardzo bogaci, także debiutujący w giełdowym biznesie amatorzy kupujący akcje spółek spekulacyjnych. Fachowcy uważają, że gorączka związana z legalizacją marihuany w Kanadzie znacznie szybciej rośnie w USA i twierdzą, że sytuacja przypomina już powoli szał internetowy z roku 1997, kiedy to bańka spekulacyjna została nadmuchana do niebotycznych rozmiarów, aż pękła powodując upadek mnóstwa firm i pozostawiając w ruinie wielu prywatnych inwestorów.
Obawy i ostrzeżenia swoją drogą, a życie życiem. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Nie tylko maluczcy widzą dla siebie szansę w zaangażowaniu finansowym w marihuanę. Constellation Brands Inc., mająca w swoim portfolio między innymi piwa Corona i Modelo, zainwestowała aż 200 mln dolarów w Canopy Growth Corp. Ta firma to jeden z największych kanadyjskich producentów marihuany bardzo optymistycznie patrzący w przyszłość. Tak przynajmniej można wnosić z wypowiedzi jej prezesa, Billa Newlandsa, który jest przekonany, że coraz więcej krajów będzie znosić zakazy i zezwalać swoim obywatelom na używanie marihuany rekreacyjnej, a placówkom służby zdrowia pozwalać na wprowadzenie do różnorakich terapii marihuanę medyczną. W związku z tym Newlands szacuje, że światowy rynek marihuany juz niedługo będzie wart 200 miliardów dolarów. A skoro tak, to kierowana przez niego firma nie ma na co czekać, tylko musi rozszerzać konopny biznes. I oczywiście go rozszerza, o czym informuje inwestorów, a informacje do obecnych inwestorów zwabiają kolejnych inwestorów. I biznes się kręci i nakręca.

W nowy biznes angażują się także byli politycy. Kanadyjską spółkę Khiron Life Sciences, która produkuje marihuanę medyczną, promuje na przykład Vincente Fox… były prezydent Meksyku. Nie robi tego oczywiście ze względów kurtuazyjnych, ponieważ w Khiron Life Sciences pracuje jako… dyrektor. Twierdzi, że to, co się dzieje wokół marihuanowego biznesu „To jak gorączka złota”. Spółka w drugim kwartale br. nie miała żadnej sprzedaży i odnotowała stratę w wysokości 6,7 mln dol. kan., ale odkuła się już we wrześniu, kiedy to sprzedała akcje za 13 mln dol. kan. Analityk jednej z firm w Toronto, o swojsko brzmiącym nazwisku Jesse Pytlak, twierdzi, że obecnie trudno powiedzieć, jaką globalną wartość będzie miał ten biznes i jako przykład podaje prognozy tak renomowanej instytucji konsultingowej jak Deloitte. Gdy Kanada po raz pierwszy poinformowała o otwarciu się na marihuanę rekreacyjną Deloitte szacował wartość rynku w dość dużym przedziale od 5 do 9 mld dol. kan., a według Pytlaka jest on już dziś warto co najmniej dziesięć razy więcej I pewnie będzie rósł, bo wchodzą weń firmy, który dotychczas nie miały nic wspólnego z tą branżą. Na przykład kanadyjskie firmy górnicze i naftowo-gazowe przekształcają się w hybrydowe spółki marihuanowo-naftowe, czy marihuanowo-gazowe. Szef jednej ze spółek naftowych, działający w branży od 20 lat, mówi, że „Wyczerpało się finansowanie nafty i gazu. Musimy rozejrzeć się za czymś nowym. Zamiast analizować baryłki, analizujemy uncje”.

Stojący na uboczu analitycy twierdzą jednak, że gorączka jest przedwczesna, a inwestorzy muszą się przygotować na spadek cen marihuany, ponieważ na rynek weszło już zbyt wielu dostawców i podaż jest o wiele za duża. Zaś niejaka Patricia Olasker, prawniczka doradzająca bankom i spółkom marihuanowym w transakcjach, twierdzi, że będzie w tej branży mnóstwo upadłości i wiele pieniędzy do wzięcia przez prawników obsługujących niewypłacalne firmy. Czas pokaże, czyje przewidywania wezmą górę.

Odpryski kanadyjskiego boomu marihuanowego dotarły też do Polski. Jeden z kanadyjskich potentatów w tym biznesie, The Green Organic Dutchman (notowany na giełdzie w Toronto), przejął 100 procent udziałów w polskiej firmie HemPoland. Kanadyjczycy doskonale wiedzieli, w co inwestują. Hem Poland jest bowiem jednym z europejskich liderów w produkcji i dystrybucji olejku konopnego CBD o najwyższej jakości. To zarazem pierwsza polska prywatna firma, która uzyskała państwową licencję na uprawę i przetwórstwo konopi przemysłowych.

Eksperci uważają, że do 2022 r. tylko europejski rynek CBD, obejmujący olejki pozyskiwane z konopi przemysłowych, jak też marihuany medycznej, osiągnie wartość 4,2 mld dol. Olej CBD nie jest lekiem, oficjalnie uznaje się go za suplement diety, aczkolwiek w wielu krajach stosowany jest jako antidotum na wiele różnych dolegliwości. W Polsce także.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii