Midas z Poznania

str-20-21-mariusz-switalski

Każdy biznes, za który się wziął, błyskawicznie przynosił mu pieniądze. I to nie marne grosze, tylko miliony. Nie pochodził z rodziny komunistycznego mikrobiznesu, nie miał więc za sobą żadnej tradycji ani rodzicielskich nauk, jak się krzątać na swoim. Nie miał też w cv elitarnych szkół, a tym bardziej uczelni kształcących w ekonomii, biznesie i uczących działalności w świecie drapieżnej gospodarki. W cv, którego nigdy nie musiał pisać, ale gdyby przymuszony musiał napisać, to podałby, że wychowywał się w domu dziecka, bo rodziny nie miał, a jedyny zawód, którego zdążył się wyuczyć to hydraulik, bo podołał nauce tylko przez dwa lata w zawodówce.

Mimo braku rodzinnej tradycji i stosownego wykształcenia, jego dzisiejszy majątek wyceniany jest od 800 milionów złotych do miliarda z kawałkiem, a pałac, w którym mieszka, już kilka lat temu, lekko licząc, szacowano na plus minus 50 milionów euro, czyli ponad 200 milionów złotych. Chatynka do pozazdroszczenia, z 14 sypialniami na czterech piętrach, biały marmur pod nogami w holu, sala balowa skrząca się światłem odbijanym w kryształowych żyrandolach, kryty basen, kort tenisowy, lądowisko dla samolotów, no i stajnie oraz boisko do gry w polo, bo wychowanek domu dziecka jest zaprzysięgłym pasjonatem tej ze wszech miar niszowej, ale też elitarnej dyscypliny.

Z pozoru niepozorny ten hydraulik nazywa się Mariusz Świtalski i należy do nielicznego grona „cudownych dzieci”, które w czasach reformy Mieczysława Wilczka (ministra przemysłu w ostatnim komunistycznym rządzie Mieczysława Rakowskiego) wskoczyli na głęboką wodę raczkującego polskiego prywatnego biznesu i wycisnęli z niego wszystko, co się tylko dało. To było w latach 1988-1989, Świtalski był jeszcze kilka lat przed trzydziestką, sił i energii mu nie brakowało, a hasło reformy, która uwolniła gospodarkę z komunistycznego kagańca, brzmiało: „Co nie jest zabronione, jest dozwolone”.

Z tego co nieoficjalnie wiadomo, robił to co dozwolone i niedozwolone, ale oficjalnie ożenił się biznesem poprzez handel kasetami wideo. Zbił na tym niezłą forsę, szybko przerzucił się na handel kawą, którą Polacy zaczęli pić w coraz większych ilościach i niemal równie szybko wszedł w elektronikę. Założył spółkę „Elektromis”. Firma stała się znana w całej Polsce i musiała przynosić kokosy. Między innymi za sprawą jednej z pierwszych z rozmachem przeprowadzonych kampanii reklamowych w państwowej wówczas telewizji. Hasło kampanii reklamującej „Elektromis” brzmiało „Z nami handel bez granic”.

Biznes swój oparł Świtalski na solidarności i lojalności kolegów oraz znajomych z domu dziecka. Oni tworzyli trzon jego wszystkich firm. Także byli milicjanci i esbecy. Ci ostatni mieli wtyki w nowo utworzonej policji gospodarczej i pilnowali, by nie interesowała się ona zbytnio biznesami ich szefa. Ci którzy znają bądź znali Świtalskiego, twierdzą, że miał dar zjednywania sobie ludzi i większość z tych, którzy lata temu przekroczyli progi jego firmy pracuje tam nadal. Także dlatego, że Świtalski stosował zasadę obcą wielu polskim przedsiębiorcom, tę mianowicie, że dobrym i lojalnym pracownik staje się wtedy, gdy jest dobrze wynagradzany. Tej zasadzie hołdował od początku i jest jej wierny do dziś.

Z czasem „Elektromis” i interesy, o których niewiele wiadomo, przysporzyły Świtalskiemu tyle pieniędzy, że rozbudował swój biznes o gazety, radio, bank i drużynę piłkarską. Ale trzon jego imperium stanowiły hurtownie i sklepy. Setki tysięcy Polaków, którzy robią dziś zakupy w sieci „Biedronka” nie mają pojęcia, że stworzył ją właśnie Świtalski i w odpowiednim momencie sprzedał Portugalczykom. To także on założył sieć hurtowni „EuroCash” i z czasem również odsprzedał kupcom z Portugalii.

Budowanie handlowej sieci i sprzedawanie jej w momencie, gdy już okrzepła na rynku i mocno stała na nogach, okazało się być biznesową specjalnością Świtalskiego. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży „Biedronki” i hurtowni „EuroCash” utworzył sieć małych sklepów „Żabka” i oczywiście z czasem też z dużym zyskiem ją sprzedał.

Jeśli jednak oparł swoją firmę na ludziach, którzy gwarantowali dyskrecję w jego interesach, musiały to też być interesy stojące w konflikcie z prawem. Świtalski jest łączony z wieloma sprawami o podłożu kryminalnym, aczkolwiek nigdy niczego mu nie udowodniono, ponieważ w żadnej ze swoich firm nigdy nie zajmował kierowniczego stanowiska. Był tylko szefem zakładowej straży pożarnej, a kastowa solidarności i lojalność wyniesione z domu dziecka sprawiły, że żaden pracownik nigdy przeciwko niemu nie złożył zeznań. Kilkunastu jego pracownik stawało przed sądem za nielegalne interesy, ale on był zawsze czysty.

Szef poznańskiego Urzędu Celnego został pobity, gdy zaczął wnikliwie tropić interesy Świtalskiego, a gdy po rekonwalescencji wrócił i nie zamierzał Świtalskiemu odpuścić, stanowisko stracił. Prokuratura łączy też milionera ze zniknięciem w 1992 r. Jarosława Ziętary, dziennikarza „Gazety Poznańskiej”, który zbierał informacje o przemycie alkoholu przez „Elektromis”. Zdaniem śledczych Ziętarę mieli porwać ochroniarze „Elektromisu”, wśród nich ponoć szef osobistej ochrony Świtalskiego. Kilku z nich zginęło potem w tajemniczych wypadkach drogowych lub popełnili samobójstwo. Gdy później interesami Świtalskiego zaczęli się zajmować dwaj dziennikarze poznańskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, osobiście im groził. Według nich, podczas rozmowy w samochodzie w środku lasu miał im powiedzieć: „Jeszcze jeden tekst o moich firmach, a was zaj…bię”. Przed opublikowaniem tekstów gazeta wynajęła dziennikarzom ochronę.

Elektromis”, „EuroCash”, „Biedronka” i „Żabka” to była złota passa biznesu Świtalskiego. Nie wiadomo czy z czasem absolwent szkoły zawodowej popadł w rutynę, być może nie dostrzegł nowych realiów prowadzenia biznesu, w każdym razie ostatnich kilka jego przedsięwzięć zakończyło się klapą, a interes z amerykańską spółką grozi drastycznym okrojeniem jego majątku.

Jazda w dół zaczęła się od spółki „Czerwona Torebka”. Miały to być pasaże handlowe łączące w sobie cechy bazaru i centrum handlowego, w którym drobni sprzedawcy mieli wynajmować boksy. Gotowych wynajmować było jednak niewielu i giełda, na której „Czerwona Torebka” była notowana, zawiesiła jej notowania. Nie przeszkodziło to Świtalskiemu sprzedać poza giełdą około 2 mln jej akcji. Wcześniej „Czerwona Torebka” zainwestowała w sklep internetowy Merlin.pl. Sklep też sukcesu nie odnotował i Świtalski szybko się go pozbył. Wsadził również kilkadziesiąt milionów złotych w stworzenie studia, które miało produkować gry komputerowe, bo zamarzyło mu się powtórzyć sukces twórców „Wiedźmina”. Studio, którym kierował jego 17-letni syn, żadnej gry nie zdołało jednak wyprodukować i sen o podboju światowego rynku gier komputerowych, co zapewne było marzeniem syna, skończył się zwolnieniem całej załogi i zamknięciem interesu.

W międzyczasie wrócił do tego, co mu przyniosło najwięcej pieniędzy. Zbudował sieć handlową o nazwie „Małpka Express”, którą 5 lat temu kupiła od niego za 362 mln zł amerykańska spółka Forteam Investment. Najważniejszy zapis umowy był taki, że jeśli Amerykanie będą chcieli sprzedać „Małpkę” i nie otrzymają za nią określonej ceny, to będą mieli prawo żądać tych pieniędzy od Świtalskiego. Po trzech latach Amerykanie wystawili sieć na sprzedaż, kupca nie znaleźli, sklepy popadły w długi i zniknęły z ulic. Biznesmeni zza Oceanu zażądali więc od Świtalskiego zwrotu 300 mln zł, a gdy nie zapłacił, ruszyli do sądu. Sąd przeczytał umowę i zgodził się na żądanie Amerykanów, którzy wystąpili o zabezpieczenie owych 300 mln zł na jego majątku.

Z informacji nieoficjalnych wynika, iż Świtalski stoi na stanowisku, że Amerykanom żadne pieniądze się nie należą i że przekona o tym sąd. Sąd zaś zabezpieczył owe 300 mln zł na certyfikatach inwestycyjnych biznesmena i kontach jego firm, ale pałac pozostawił w spokoju. Jaki będzie ostateczny wyrok, nie wiadomo. Znający zaś Świtalskiego ludzie twierdzą, że jego imperium wcale się nie sypie, że w gorszych sytuacjach dawał sobie radę i że to, co jest, to kłopoty przejściowe. – Mariusz weźmie oddech i będzie działał dalej – twierdzą. Najlepszym tego dowodem ma być fakt, że wrócił do tego, na czym zna się najbardziej, czyli zaczął budować kolejną sieć sklepów. Tym razem z żywnością ekologiczną. Czas pokaże, czy wzorem „Biedronki”, „Żabki” i „EuroCash” zapełnią jego skarbiec złotem, czy przyspieszą upadłość.

Piotr Skawiński