Mieć talerz i zjeść talerz

str-22-miec-talerz-i-zjesc-talerz

Treść zawarta w tytule jest możliwa, natomiast odwrotność już nie. No bo jeśli zje się talerz, to mieć go już nie można. Natomiast mieć talerz i mieć także możliwość jego zjedzenia staje się w tej chwili jak najbardziej realne. To za sprawą Jerzego Wysockiego, człowieka który przez większość swego życia był młynarzem, a jeden z elementów tego zawodu stał się jego obsesją. Obsesja nazywa się otręby. Są one otóż stałym, nie do uniknięcia, produktem ubocznym młynarskiego fachu. O ile bowiem z jednej tony pszenicy uzyskuje się plus minus 700 kilogramów mąki, to resztę muszą stanowić jakieś elementy odpadowe. Są nimi właśnie otręby.

Jerzy Wysocki miał ich dużo za dużo, bo dużo miał też młynów. Młynarski fach zapoczątkował jego dziadek, który z wojny mandżurskiej jako poddany rosyjskiego cara wrócił bez jednej nogi. Inwalidztwo eliminowało go z jakiejkolwiek pracy fizycznej, więc dysponując pewnym zasobem gotówki, którą otrzymał z imperatorskiego skarbca jako rekompensatę za utratę zdrowia w służbie carskiego pomazańca, założył młyn wodny w Mężeninie na Podlasiu. Biznes kręcił się finansowo zgrabnie, ale przerwała go II światowa wojna. Nie na wieki wieków amen, bo zaraz po wojnie syn pradziadka, a ojciec pana Jerzego, wybudował kolejny młyn, też wodny, nad rzeką też na Podlasiu, która tylko miała niezbyt ponętną nazwę: Gać. Po dziadku i po synu dziadka, biznes przejął wnuk tego pierwszego i syn drugiego, czyli właśnie pan Jerzy. Pomnożył młynarskie rodowe imperium o młyny w Giżycku i Zambrowie, ale, jak mówi, cały biznes, który miał świetne perspektywy rozwoju, rozbijał się o otręby, czyli odpady. Miesięcznie pan Jerzy miał ich około 300 ton i to był kłopot, bo nie miał tego gdzie składowa

. Część udawało mu się po wielkich staraniach sprzedać jako paszę dla bydła, ale to była drobna tylko część, a z całą resztą nie miał co zrobić.

Otręby wstrzymywały mu produkcję mąki, więc zatrzymywał pracę młynów dopóki nie pozbył się otrębów. Nie dziwi więc, że zamiast snów lekkich i przyjemnych, otręby stawały się jego koszmarem także sennym. Otręby jako problem zaprowadzały go do profesorów uczelni rolniczych, od których jednak wychodził z przysłowiowym kwitkiem, ponieważ żaden z nich nie wskazał mu sposobów, jak się ich pozbyć. Po poradę i wiedzę powędrował za Ocean, gdzie mu powiedziano, że oni z otrębami problemu nie mają żadnego, ponieważ oddają je do mieszalni pasz i że jeszcze na tym można zarobić, ale pod warunkiem, że ma się ich dużo. „Dużo” w pojęciu amerykańskim to dziesiątki, a nawet setki tysięcy ton, w przypadku pana Jerzego był to tylko ułamek amerykańskiego „dużo”. Poza tym w kraju nad Wisłą, który w owym czasie był ojczyzną permanentnego niedoboru, nikt się nie bawił w odbieranie od młynarzy odpadów z ich produkcji, bo i po co.

Nadmiar otrębów, z którymi nie było co zrobić, była obsesja pana Jerzego, natomiast z czasem, skoro nikt mu nie mógł pomóc, pojawiło się hobby, czyli główkowanie nad tym, czy też z otrębów nie można by było zrobić czegoś użytecznego, co pozwoliłoby się ich pozbyć. No i przyszedł ten moment olśnienia, który kazał panu Jerzemu zakrzyknąć to samo co niemal 23 wieki wcześniej zakrzyknął niejaki Archimedes , kiedy odkrył prawo wyporu cieczy. To słowo brzmiało „eureka”, co po polsku znaczy „znalazłem”. Pan Jerzy zaczął otóż ze zmielonych otrąb robić talerzyki, miseczki, nawet kieliszki. Pierwszym testerem był domowy kot. Na talerzyk z otrąb nalano mu mleka, które wypił ze smakiem, a talerzyk wziął w zęby i zabrał ze sobą. – Być może dlatego, że był jadalny i pachniał pszenicą? – wspomina pan Jerzy. To był rok 1999.

Kilka tygodni później cała już rodzina pana Jerzego jadła z otrębowych talerzy, którym, jak to zwykle bywa z każdym wynalazkiem, wiele brakowało do doskonałości. Pierwsze naczynia otrębowe wyglądały jakby były zrobione z korka, na dodatek każdy prezentował się inaczej, a niektóre rozsypywały się przed użyciem albo w jego trakcie. Kilka lat trwało, by osiągnęły obecną jakość. Teraz wszystkie wyglądają tak samo, są twarde, gładkie i wytrzymują temperaturę do 180 stopni C nawet w piekarniku. Są oczywiście ekologiczne i … jadalne. Kto chce, może naczynia produkowane przez firmę pana Jerzego zjeść, bo w 100 procentach składają się z otrąb. – Na oficjalnych spotkaniach i prezentacjach – mówi pan Jerzy – klienci nie chcą uwierzyć, że nie stosujemy kleju, więc czasami każą nam nasze naczynia jeść.

Firma pana Jerzego nazywa się Biotrem. Pierwszy patent na produkcję naczyń z otrąb złożyła w 1999 r., dziś ma ich około 20, co daje ten komfort, że na świecie nikt nie może produkować naczyń w ten sam sposób. A dokładny sposób nie jest znany, ponieważ zastrzeżenie patentowe zostało tak zredagowane, by nie zawierało precyzyjnych parametrów technologicznych. Wiadomo jedynie, że składnikami produktu są otręby i woda. Tajemnica tkwi w proporcjach i kilku innych niuansach technologicznych, o których, co oczywista, się nie dowiemy. Narzędziem produkcji są prasy. Pierwszą z nich pan Jerzy skonstruował sam.

W 2015 r. Biotrem uruchomił zakład w Zambrowie. Załogę stanowi 20 osób, które obsługują m.in. 16 nowoczesnych maszyn sterowanych numerycznie. Początkowo firma miała problemy ze znalezieniem odbiorców, ale już w ubiegłym roku nie nadążała z realizacją zamówień i musiała odmawiać co trzeciemu klientowi. Dziś produkcja prowadzona jest na okrągło, czyli na trzy zmiany przez siedem dni w tygodniu. W tej chwili Biotrem produkuje rocznie 15 milionów naczyń, ale pan Jerzy twierdzi, że przy tej samej liczbie maszyn oraz zatrudnieniu zwiększy wydajność dwukrotnie. Musi, bo od roku 2015 kiedy to firma rozpoczęła produkcję, zwiększa ją z roku na rok o 100 proc., a w tym roku będzie to nawet 400 proc. Klientów zaś ciągle przybywa, zaś lawinowego spływu zamówień należy się spodziewać już w następnym roku, bo od 1 stycznia 2021 r. wchodzi w życie rezolucja Unii Europejskiej, zakazująca używania w krajach Wspólnoty plastikowych naczyń i sztućców jednorazowego użytku. Biotrem ma rok, by sprostać temu gigantycznemu wzrostowi zapotrzebowania w samej tylko Europie.

Właściciel Biotremu zna wszystkie liczby dotyczące jego obecnej profesji. Każdego roku na świecie powstaje otóż 160 milionów ton pszennych otrąb, z których można wyprodukować około 1,6 biliona naczyń jednorazowego użytku. To więcej od obecnego światowego zapotrzebowania, a w odwodzie, są do wykorzystania w wielu krajach jeszcze obierki manioku, otręby kukurydziane, wodorosty i algi. Jerzy Wysocki twierdzi, że jego technologia pozwala produkować naczynia jednorazowego użytku także z wyżej wymienionych surowców, a o tym, jak one się sprawdzą w praktyce przekona sie już niedługo. Lada moment bowiem firma uruchomi demonstracyjną produkcje na Dominikanie i testować będzie wytwarzanie naczyń z wodorostów, których jest tam bardzo dużo.

Biotrem utrzymuje kontakty handlowe z 50 krajami świata, ale nie do wszystkich ma zamiar wysyłać naczynia produkowane w Zambrowie. Przyjął inną strategię. – Mamy coś unikalnego, a jednocześnie łatwo przenośnego – przekonuje Jerzy Wysocki. – Wszędzie, gdzie są otręby, możemy postawić zakład i zacząć produkcję naczyń. Przy użyciu naszej technologii z jednej tony otrąb jesteśmy w stanie wytworzyć co najmniej 10 tysięcy talerzy i misek. Ze względów ekonomicznych i ekologicznych nie ma sensu dostarczać naszych naczyń daleko od Polski, jeśli otręby znajdują się na miejscu. Szkoda paliwa i kosztów transportu. Eksport na przykład do Stanów będzie tańszy z Brazylii niż z Polski.

Na rynku obecne są już ekologiczne i jednorazowego użytku naczynia także z liści palmowych oraz z papieru. Jedne i drugie też w pełni nadają się na kompost. Te z liści palmowych są jednak droższe, z papieru tańsze, ale pełnej biodegradacji ulegają dopiero po 60 dniach, a po wyrobach z otrąb nie ma śladu już po 30 dniach. Oczywiście pod warunkiem że nie zjedzą ich wcześniej zwierzęta albo nie rozdziobią ptaki.

Ryszard Mączyński