Mięsna wolnoamerykanka

str-20-21-miesna-wolnoamerykanka

Kaczyńskiego i członków jego partii nie obchodzi zdrowie Polaków związane z produkcją niezagrażającej zdrowiu żywności. Kaczyńskiego i jego aparatczyków interesuje w tej chwili wyłącznie reelekcja Andrzeja Dudy na prezydencki fotel. Wie on bowiem doskonale, że jeśli Duda przegra, zacznie przegrywać także on. Trzeba więc zrobić wszystko, by do głosowania na Dudę zmobilizować jak najwięcej Polaków. Największy wyborczy „materiał do pozyskania” jest na wsi. „Geniusz z Żoliborza” wymyślił więc ze swoimi totumfackimi sposób, jak go pozyskać. Dodajmy – ze szkodą dla zdrowia Polaków. Od 18 lutego otóż każdy rolnik będzie mógł ubijać zwierzęta w swoim gospodarstwie. Może to być stodoła, chlewik, drewutnia, piwnica, pomieszczenie byle jakie, pod warunkiem, że jest w nim… umywalka. Innych warunków sanitarnych, jakie powinny być w takim pomieszczeniu, Ministerstwo Rolnictwa nie podało. Dochód z takiej działalności ma być nieopodatkowany.

Jeśli dziś jeszcze ktoś na wsi zajmuje się przetwórstwem oraz handlem mięsem, nie może go kupić byle gdzie tylko w profesjonalnej ubojni i musi ono posiadać stempel lekarza weterynarii, że zostało przebadane. Teraz rolnik, który zamorduje w komórce na węgiel z umywalką (a może i bez niej, bo kto to sprawdzi?) tucznika, pozyskane mięso, a także wyprodukowane z tego mięsa wędliny, będzie mógł sprzedawać gdzie tylko zechce. W budce na targu, ale także w sklepach i restauracjach. Ministerialni urzędnicy przyciskani do muru w kwestii warunków sanitarnych, w jakich będzie się mordować zwierzęta i produkować z nich mięso, przyznali, że te rygory będą musiały być siłą rzeczy złagodzone.

Siła rzeczy” tkwi w tym, że Inspekcja Weterynaryjna nie jest kadrowo przygotowana do rzeźniczej wolnoamerykanki. Przez długie lata, w trosce o bezpieczeństwo żywności, Inspekcja Weterynaryjna ostro sprzeciwiała się ubojowi zwierząt w gospodarstwach indywidualnych, ponieważ nie była na siłach, aby zagwarantować ze swej strony nadzór zarówno nad warunkami uboju oraz produkcją przetworów z tak pozyskanego mięsa. Lekarze weterynarii pracujący w tej instytucji są tak słabo finansowo uposażani, że obecnie jest tam kilkaset wolnych etatów, na które nie ma chętnych. I nic się w tej kwestii nie zmieni, chyba że rząd PiS wzorem swoich bolszewickich poprzedników z czasów wcale nie tak dawno minionych, wprowadzi nakazy pracy.

Znając zaś pazerność polskich chłopów i lekceważenie, by nie powiedzieć – traktowania per noga kwestii sanitarnego bezpieczeństwa, można się spodziewać wzrostu zachorowań na salmonellę czy bardzo groźną, bo nieuleczalną włośnicę. Nie mówiąc już, że chłopski ubój gospodarczy dostarczyć może na rynek także mięso ze zwierząt chorych na afrykański pomór świń (ASF – African Swine Fever)), czy ptasią grypę.

Nie jest to wcale złowieszcze krakanie, bo nie trzeba przecież zbyt wielkiego wysiłku intelektualnego, by odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ptasia grypa zaatakowała fermy drobiu akurat w Polsce, Rumunii i Bułgarii, a w innych krajach Unii nie. Podobnie z ASF. We wszystkich krajach na zachód i południe od Polski problemu z tym nie ma, zaś między Bugiem a Odrą problem to od pewnego czasu nieustający. Gdy w Czechach pojawiło się ASF władze tego kraju błyskawicznie zażegnały rozprzestrzenianie się choroby dowodząc, że można. W Polsce stosuje się środki tyleż pokazowe co nieskuteczne. Daje się frajdę mordercom dzikich zwierząt, czyli myśliwym, którzy strzelają do każdego dzika, także takiego, który dopiero co się urodził, ponieważ władza uznała, że to te zwierzęta są roznosicielem choroby i jak się je wytłucze do zera, to ASF zniknie. Nic z tych rzeczy. Czesi pokazali, że ASF nie przedostanie się do ferm zwierząt hodowlanych, jeśli będzie się stosować bioasekurację. Specjalne maty i środki dezynfekcyjne, niestety, kosztują, a polscy hodowcy skąpią na to pieniędzy, więc mają ASF. Ptasia grypa i ASF dobitnie dowodzą, że z przestrzeganiem zaleceń sanitarnych i bioasekuracją jest w Polsce źle, znacznie gorzej niż w innych krajach Europy, także w tych, które z nami sąsiadują. Chcąc się chronić przed polskim niedbalstwem w tej kwestii, Niemcy postawili na granicy między Polską a Brandenburgią elektryczny płot, którego celem jest zatrzymanie migracji dzików z terenu Polski.

ASF i ptasia grypa, z którą w Polsce skandalicznie i nieudolnie się walczy, mogą spowodować krytyczną sytuację w eksporcie wieprzowiny, drobiu oraz jaj i tym samym znacznie obniżyć dochody państwa z eksportu produktów rolnych. A są to wpływy znaczące, ponieważ polscy rolnicy wytwarzają obecnie dwa razy więcej mięsa i jego przetworów, a także jaj, niż Polacy są w stanie zjeść. Wolny rynek doprowadził do dynamicznego rozwoju rolnictwa oraz hodowli i efekt jest taki, że Polska stała się największym eksporterem drobiu i mięsa drobiowego w Europie.

Największym odbiorca polskiego drobiu są Niemcy (15 proc. całego polskiego eksportu), następnie Wielka Brytania i Holandia (po 8 proc.). Do Czech też trafia sporo biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców tego kraju, bo aż 6 proc. polskiego eksportu drobiu, a do USA 10 proc.

Tylko po 10 miesiącach minionego 2019 r. wpływy z eksportu drobiu wyniosły 10,9 mld zł (2,5 mld euro). Niebagatelne kwoty przyniósł też eksport wołowiny, bo 1,3 mld euro i tyleż samo eksport wieprzowiny. W sumie po 10 miesiącach 2019 roku eksport tylko tych produktów wyniósł 22 mld zł. Ale, mówiąc kolokwialnie, dożynki się kończą. Właśnie ze względu na nieporadność w zwalczaniu ASF i ptasiej grypy.

Poza eksportem na rynki europejskie, dynamicznie rozwijał się eksport do krajów Azji. Na pierwszym miejscu największych odbiorców polskiego mięsa tak drobiowego jak i wieprzowego oraz wołowego były Chiny, ale rozwijał się też dynamicznie wywóz do Korei Południowej, Japonii, Singapuru oraz Hongkongu, a w ostatnim czasie na sam koniec afrykańskiego kontynenty, bo do RPA. Gdy jednak 31 grudnia 2019 r. na fermie indyków u hodowcy z woj. lubelskiego wykryto szczególnie niebezpiecznego wirusa ptasiej grypy (H5N8), wszystkie kraje azjatyckie natychmiast zrezygnowały z kupna polskiego drobiu. Dołączyły do nich Ukraina i Białoruś.

Przed całkowitym złamaniem się eksportu, a co za tym idzie – nieuchronnym bankructwem hodowców, uratowała Polskę… europejska solidarność. W Unii Europejskiej obowiązuje bowiem regionalizacja, która zasadza się na tym, że nie wolno wysyłać mięsa tylko z terenów, na których stwierdzono występowanie choroby. Z tych terenów, gdzie jej nie wykryto, można mięso sprzedawać. Gdyby więc spełnił się sen Kaczyńskiego i Polska wystąpiła z Unii Europejskiej, w kraju zaś wykryto ASF oraz ptasią grypę, to dzisiejszym wzorem Ukrainy i Białorusi, pozostałe kraje europejskie też zamknęłyby dla polskiego mięsa granice. Co zrobiliby wtedy hodowcy. Można zakładać, że zasypaliby tę jego żoliborską stancję górą przynajmniej kurczaków.

Opisany na początku artykułu proceder chałupniczego uboju zwierząt niesie ze sobą poważne lekceważenie rygorów sanitarnych, a co za tym idzie – rozprzestrzeniania się chorób drobiu i trzody chlewnej. Inspekcja Weterynaryjna i właściciele dużych ferm hodowlanych mogą się temu sprzeciwiać, ale przemądrzały rząd PiS wie swoje i kopie dołki pod branżą, która przysparza miliardowe dochody z eksportu. Mamy też w tej kwestii do czynienia z wyjątkowym cynizmem i draństwem ze strony rządzących. Aby nie narażać się zagranicznym odbiorcom, rząd zapewnia, że mięso i przetwory pochodzące ze zwierząt ubijanych w komórce nie będą wysyłane za granicę. Mają je jeść tylko Polacy i tylko Polacy będą chorować, gdy okaże się ono zakażone na przykład ptasią grypą.

Dla zwycięstwa wyborczego Dudy, jak widać czarno na białym, Kaczyński uznał, że warto poświęcić także zdrowie Polaków.

Przemysław Taborski