„Milczenie owiec” po polsku

str1

Zapewne wielu z naszych Czytelników pamięta film „Milczenie owiec”, ze wspaniałymi rolami Jodie Foster, grającej agentkę FBI oraz Anthony’ego Hopkinsa, który wcielił się w rolę psychologa kanibala. Aczkolwiek obie te postacie dominują w filmie, to fabuła osnuta jest wokół postaci psychopatycznego mordercy, który porywa młode dziewczyny, zabija, ściąga z nich skórę i szyje kombinezony, w które się ubiera i przebiera za kobietę. Wydawać by się mogło, że takie wynaturzenie i okrucieństwo jednego człowieka wobec drugiego może być tylko wytworem ludzkiej wyobraźni i że fikcja stoi w rażącej opozycji wobec rzeczywistości (scenariusz filmu oparto na książce Thomasa Harrisa). A jednak…

Tuż po godzinie 16 szóstego stycznia 1999 roku (od premiery filmu „Milczenie owiec” minęło 8 lat) Mieczysław M., kapitan barki „Łoś” pływającej po Wiśle w okolicach Krakowa, cumował ją u nabrzeża dzielnicy Zabłocie. W pewnym momencie obroty silnika gwałtownie spadły, co nie wywołało zbyt wielkich emocji u jej kapitana, wszak nie pierwszy raz się zdarzało, że w śrubę wkręcały się pływające po wodzie śmieci, czy też zatykały one turbinę. Mężczyzna postanowił, że odblokuje turbinę przed rozpoczęciem pracy następnego dnia. Rankiem zrobił to razem z mechanikiem. Turbina była przytkana skórą. Po bliższym przyjrzeniu się skórze mężczyźni doznali szoku. Była to bowiem skóra człowieka. Natychmiast wezwali policję, policja lekarza sądowego. Początkowo zakładano, że to śruba barki zdarła skórę z nieznanych zwłok pływających pod wodą, ale gdy ja rozłożono, lekarz sądowy nie miał wątpliwości – skóra była efektem szczególnie okrutnego morderstwa. Pochodziła, jak napisał lekarz sądowy z „przedniej części korpusu bez tkanek kostnych z widocznym pępkiem i fragmentami owłosienia łonowego”. Następnego dnia znaleziono w wodach Wisły część nogi i pośladków. Podejrzewano, że wszystkie te szczątki są częściami ciała zaginionej i poszukiwanej od niespełna dwóch miesięcy studentki Katarzy Z. Szczegółowe badania potwierdziły te domysły.

Ofiara

12 listopada 1998 roku Bogusława Z. umówiła się ze swoją córką Katarzyną w jednej z przychodni na osiedlu Urocze w Nowej Hucie. Córka leczyła się z depresji. Ojciec Kasi wzbudził u córki zainteresowanie górami, pewnego dnia wyruszyli więc na kolejną wędrówkę, która skończyła się tragicznie. Ojciec pośliznął się, spadł ze skały, doznał poważnych urazów kręgosłupa, później wywiązała się groźna choroba, po której zmarł. Katarzyna obwiniała siebie za śmierć ojca. Ale tego dnia Bogusława Z. nadaremnie oczekiwała na córkę. Kasia nie zjawiała się. Matka była zaniepokojona, ponieważ córka była bardzo obowiązkowa i dotychczas nie zdarzyło się, by nie zjawiła się na umówione spotkanie. Zawiadomiła policję, ale ta zlekceważyła niepokój matki. Usłyszała, że zapewne pojechała gdzieś ze znajomymi. Zignorowanie matki poszukującej córki było konsekwencją zaangażowania się policji w poszukiwanie młodego bandyty, który podczas piłkarskiego meczu Ligi Mistrzów w Krakowie rzucił nożem na boisko i zranił piłkarza drużyny przyjezdnej. W te działania zaangażowane były wtedy policyjne siły. Matka wyszła z posterunku policji z niczym.

W listopadzie 1998 r. Katarzyna Z. miała niespełna 23 lata. Była studentką. Po rocznych studiach porzuciła psychologię oraz historię i przeniosła się na religioznawstwo. Miała osobowość wycofaną, zamkniętą w sobie, trudno powiedzieć, by się z kimś przyjaźniła. Miała zaledwie dwie koleżanki, z którymi od czasu do czasu przebywała na nadwiślańskich przedmieściach Krakowa. Była zafascynowana zespołem Greatful Dead, którego płyty kolekcjonowała. Najczęściej kupowała je w klubie „Pod Przewiązką”, gdzie zbierali się handlarze płytami i ich kolekcjonerzy. Niewiele więcej było o niej wiadomo. Trzy tygodnie przed zniknięciem przestała chodzić na zajęcia na uczelni.

Kat

Ludzka skóra jako dowód ohydnego morderstwa, zbulwersowała mieszkańców nie tylko Krakowa. Policja wszczęła śledztwo, ale przez długie lata nie przynosiło ono efektów. Dopiero kilka lat temu dochodzenie powierzono zespołowi doświadczonych śledczych, który przy pomocy najnowszych zdobyczy z dziedziny technik kryminalistycznych, zajmuje się niewyjaśnionymi morderstwami sprzed lat. Po kilku miesiącach od przejęcia przez nich sprawy morderstwa Katarzyny Z. od czasu do czasu zaczęły pojawiać się w mediach niezbyt konkretne, acz dające do myślenia wypowiedzi szefa tego policyjnego zespołu, w stylu „klocki zaczynają się nam układać w pewną całość”.

4 października bieżącego roku ostatni klocek musiał zostać dopasowany do policyjnej układanki. W godzinach popołudniowych tego dnia policja zatrzymała Roberta J. jako domniemanego kata Katarzyny Z.

Ojciec Roberta J. to nieżyjący już krakowski poeta. W domu było niespokojnie, sąsiedzi byli świadkami ciągłych awantur. Ojciec stosował wobec swoich dzieci przemoc fizyczną i psychiczną – wzorzec, który wyniósł z własnego domu rodzinnego. Rodzice rozwiedli się. Robert zamieszkał z matką. Sąsiedzi mówili o nim „dziwny”. Zaobserwowali, że od małego dręczył i maltretował koty i psy. Był bardzo inteligentny, ale po szkole podstawowej zaliczył tylko jeden rok szkoły zawodowej. Został wyrzucony, podobno za pyskowanie do nauczycieli. Nagabywał kobiety, szczególnie blondynki. Kupował i nosił damską bieliznę. Przez jakiś czas pracował w prosektorium, trenował sztuki walki. Ma też w swoim życiorysie kanadyjski ślad. Jego matka wyjechała bowiem do Kanady do pracy i Robert J. po jakimś czasie do niej dołączył. To było jeszcze przed zniknięciem Katarzyny Z. Na razie nie wiadomo dokładnie, jak długo przebywał w Kanadzie i w jakim mieście. Do Polski wrócił prawdopodobnie wiosną 1998 roku. Nigdzie nie pracował, spacerował po krakowskim rynku i prawdopodobnie tam poznał swoją przyszłą ofiarę.

12 listopada 1998 r. zapukał do drzwi mieszkania Katarzyny Z. Zeszli do samochodu i wszelki ślad po niej zaginął. Śledczy ustalili, że zawiózł ją do samotnego domku w odludnym miejscu i uwięził w jego piwnicy. Prawdopodobnie odurzył ją nieznanymi na razie środkami chemicznymi. Skrępowaną i bezbronną kobietę okrutnie przed śmiercią torturował. Nie jest wykluczone, że gdy zdzierał z niej skórę Katarzyna Z. jeszcze żyła.

Co sprawia, że jeden człowiek może być tak potwornie okrutny wobec drugiego?

– To pewne, że do zabójstwa doszło na tle seksualnym – mówi jeden z ekspertów zajmujących się tą zbrodnią. – W tym przypadku nie chodziło jednak o tradycyjny stosunek seksualny, ale o zadawanie cierpienia. To właśnie w zadawaniu cierpienia morderca znajduje swoje spełnienie. Takiego człowieka określa się terminem „morderca ekwiwalentny”. Morderca ekwiwalentny zastępuje stosunek seksualny torturami i szczególnie okrutnym sposobem zadawania śmierci. To właśnie zadawanie bólu i zabicie ofiary w wyjątkowo sadystyczny sposób daje mordercy ekwiwalentnemu satysfakcję podobną do tej jaką odczuwa osoba o normalnym popędzie seksualnym w czasie i po stosunku. Zabójstwo ekwiwalentne jest uznawane za krańcowa postać sadyzmu.

Policyjny zespół śledczy, który zatrzymał 4 października br. Roberta J., jest przekonany, że to właśnie on jest sprawcą tego okrutnego mordu. Proces sądowy rozstrzygnie, czy tak rzeczywiście jest.

Patryk Musiał