Miliardy we wraku galeonu „San Jose”

str-16-17-miliardy-we-wraku-galeonu-san-jose

Szacuje się, że skarb wart jest astronomiczną kwotę 17 miliardów dolarów, a składa się nań złoto, srebro, kamienie szlachetne, klejnoty i różnego rodzaju artefakty (przedmioty wykonane przez człowieka o charakterze zabytkowym). O skarbie wiadomo już od ponad trzech wieków, ale problem w tym, że spoczywa on na dnie morza. Historia tego skarbu zaczęła się 310 lat temu.

Hiszpania panowała wówczas niepodzielnie nad plemionami dzisiejszej Ameryki Południowej i też niepodzielnie oraz bezlitośnie eksploatowała ich bogactwa, czyli złoto, srebro, kamienie szlachetne, klejnoty. Potęga królów Hiszpanii powstawała więc z grabieży i wyzysku mieszkańców podbitych krajów, co w tamtych czasach nie było czymś nadzwyczajnym a wręcz obowiązującą normą, bo dzisiejsze bogactwo na przykład Wielkie Brytanii też jest pochodną grabieży i wyzysku krajów, które zbrojnie podbiła, z przebogatymi we wszystko Indiami na czele.

Bogactwami zrabowanymi rdzennym mieszkańcom Ameryki Południowej z terenów dzisiejszej Kolumbii, Ekwadoru i Peru Hiszpanie napychali skarbiec swego króla. Ale by do tego doszło trzeba było najpierw przepłynąć Atlantyk, a jeszcze wcześniej Morze Karaibskie. Co wcale nie było taki łatwe i to nie ze względu na pogodę, czy kruchość ówczesnych okrętów. Na hiszpańskie skarby czyhali wrogowie, czyli okręty króla Anglii, z którą Hiszpania była wtedy w stanie niemal permanentnej wojny. I właśnie za sprawą Anglików skarb wyceniany dziś na 17 miliardów dolarów nie dotarł do hiszpańskich portów.

Skarb został załadowany na galeon „San Jose” 8 czerwca 1708 roku. „San Jose” nie był wcale drewnianą łupinką, jakby patrząc z dzisiejszej perspektywy mogło się nam wydawać. Miał trzy potężne maszty, a o jego wielkości świadczy fakt, że wraz za skarbem zaokrętowało się na jego pokład 200 członków załogi i 400 pasażerów. Został wybudowany dziesięć lat wcześniej w jednej ze stoczni w Kraju Basków.

Gdy 8 czerwca 1708 r. „San Jose” znajdował się niedaleko wybrzeży kolumbijskiego miasta Cartagena de Indias, doszło do bitwy z Brytyjczykami. Galeon był potężnym jak na owe czasy okrętem, ale tego dnia nie miał szczęścia. Do dziś nie wiadomo czy to przypadkowy wybuch armatniego prochu był przyczyną eksplozji, która zatopiła galeon, czy też Brytyjczykom udało się trafić jednym z pocisków w prochownię „San Jose”. Jakby nie było, doszło do eksplozji, która rozerwała rufę okrętu i poszedł on na dno wraz ze skarbem i niemal wszystkim pasażerami oraz załogą. Uratowało się jedynie 11 osób.

Niemal natychmiast po zatonięciu „San Jose” świat zaczęły obiegać mniej lub bardziej prawdziwe opowieści o niebotycznych skarbach, które wraz z galeonem poszły na dno Morza Karaibskiego. Na dnie tego akwenu spoczywa wiele starych statków, które też miały na swoim pokładzie złoto i inne bogactwa, ale ich wartości jest znikoma w porównaniu z tym, co znajdowało się w ładowniach „San Jose”. Na wyobraźnię poszukiwaczy skarbów oddziaływał mocno także fakt, że galeon zatonął na wodach niedaleko wejścia do portu Cartagena de Indias, a nie na bezkresnych przestrzeniach oceanu. Jego bogactwo znajdowało się więc niemal na wyciągnięcie ręki. Ale mimo to przez długie niemal trzy wieki nie było technicznych możliwości, by chociaż podjąć próbę odnalezienia wraku.
Sytuacja zmieniła się w drugiej połowie ubiegłego wieku, gdy techniczne możliwości podmorskich poszukiwań osiągnęły kolejny postęp. I na efekty nie trzeba było długo czekać. Amerykańska firma poszukiwaczy skarbów Sea Search Armada (SSA) już w 1882 r. poinformowała rząd Kolumbii, że zlokalizowała wrak „San Jose”.

Ponieważ znajduje się on na wodach terytorialnych Kolumbii, ci którzy go odnaleźli, oczekiwali od władz tego kraju rekompensaty, konkretnie zaś godziwego udziału w podziale skarbu. Kolumbijczycy zgodzili się pierwotnie podzielić z Amerykanami po połowie, ale później ofertę wycofali i zaproponowali 5 procent wartości skarbu. Amerykanie propozycję odrzucili i zaczęła się 30-letnia batalia przed sądami wszystkich instancji tak w Kolumbii, jak i w USA. Na dodatek w tym czasie zmieniło się też w Kolumbii prawo dotyczące podziału znajdowanych skarbów, z którego to podziału wyłączone zostały znaleziska stanowiące dziedzictwo narodowe. A o tym, co jest, a co nie jest dziedzictwem , decydują kolumbijskie władze.

W 2013 r. wydawało się, że jest po sprawie, ponieważ sąd apelacyjny w Waszyngtonie uznał, że wrak i jego ładunek są dziedzictwem narodowym Kolumbii i oddalił wszelkie roszczenia SSA. Ale… Okazuje się, że gdy SSA chodziło po sądach, Kolumbijczycy na własną rękę poszukiwali wraku. A stało się tak, ponieważ podczas wizyty prezydenta Kolumbii w USA otrzymał on od kubańskiego archeologa starą mapę Karaibów z zaznaczonym położeniem „San Jose”. Archeolog nazywał się Roger Dooley i w 2015 r. założył firmę poszukiwawczą Maritime Archeology Consulatnts. Do współpracy udało mu się namówić amerykański Instytut Oceanograficzny w Woods Hole, dysponujący podwodnym autonomicznym robotem (REMUS 6000), którego dzień pracy kosztuje 1oo tys. dolarów. Druga wyprawa poszukiwawcza zakończyła się pełnym sukcesem. Zdjęcia dokonane przez REMUSA są tak dokładne, że widać na nich wygrawerowane na lufach zatopionych armat delfiny, co rozwiewa wszelkie wątpliwości co do autentyczności wraku. Ale…

Gdy 27 listopada 2015 prezydent Kolumbii poinformował triumfalnie na twiterze o odnalezieniu wraku „San Jose” i że wkrótce poda szczegóły, zapadła cisza, argumentowana objęciem całej sprawy klauzulą tajności. Sama jednak informacja o tym, że Kolumbijczycy odkryli wrak wystarczyła, by Amerykanie z Sea Search Armada ponownie pojawili się w sądzie, tym razem kolumbijskim. Prawnicy firmy argumentowali, że wrak „San Jose” leży na dnie morza pod współrzędnymi, które SSA podała już w 1982 roku. Rząd Kolumbii zaprzeczył oczywiście twierdzeniom prawników SSA i trwa w tym do dziś. I znów „ale:…

W tej sprawie widać czarno na białym, co oznacza niezawisłość wymiaru sprawiedliwości. Kolumbijski są najwyższy mógłby kierować się patriotyzmem i orzec, że to rząd jego kraju ma rację, nie zaś Amerykanie. Swoim stanowiskiem potwierdził, że suwerenność i niezależność są najwyższą wartością wymiaru sprawiedliwości. Trzy miesiące temu orzekł mianowicie, że jeśli współrzędne, które podała Sea Search Armada pokrywają się ze współrzędnymi, pod którymi zlokalizowali wrak Kolumbijczycy, kraj ten będzie musiał wypłacić amerykańskim poszukiwaczom 50 proc. skarbu, który nie zostanie zakwalifikowany jako dziedzictwo narodowe. Jeśli zaś się nie pokrywają, to SSA nie dostanie nic.

Piotr Skawiński