Morderca i gwałciciel z Sacramento

str-28-de-angelo

Mordował przez 10 lat, ale przez ponad cztery dekady, dokładnie przez 42 lata, był nieuchwytny. Gdyby nie upór policjantów, także emerytowanych oraz internautów i dziennikarki Michelle McNamara (nie dożyła aresztowania mordercy, zmarła w wieku 46 lat), mógł doczekać końca życia w poczuciu bezkarności. Swoją rolę w jego zdemaskowaniu odegrały również nowe zdobycze nauki, przede wszystkim związane z rozpoznawaniem kodu genetycznego.

Gdy więc pewnego kwietniowego dni 2018 roku samochody policyjne z uzbrojonymi funkcjonariuszami zajechały przed jedno z domostw na obrzeżach Sacramento w Kalifornii, majsterkujący w garażu mężczyzna był niezmiernie zdumiony ale i zaskoczony, że założono mu na ręce kajdanki. Od ostatniej popełnionej prze niego zbrodni minęły 32 lata i był święcie przekonany, że o jego czynach zapomniano, a akta z nimi związane odłożone zostały na półkę z tabliczką „sprawy niewyjaśnione i nierozwiązane”. Gdy policjanci oświadczyli mężczyźnie, że został aresztowany i musi z nimi jechać do komisariatu, użył absurdalnej wymówki, że to niemożliwe, ponieważ ma… w piekarniku pieczeń.

Zatrzymany mężczyzna nazywał się Joseph James DeAngelo i miał wtedy 72 lata. Był już łysy, miał plamistą cerę i w niczym nie przypominał przystojnego blondyna ze zdjęć zrobionych za młodu, gdy służył w amerykańskiej marynarce podczas wojny w Wietnamie. Po przejściu do cywila znalazł pracę w policji, ale po kilku latach został zwolniony za kradzież kilku drobiazgów z marketu.

DeAngelo urodził się w miejscowości Bath w stanie Nowy Jork. Policyjne śledztwo, ciągnące się przez ponad cztery dekady, pozwoliło ustalić, że weteran wojny wietnamskiej wszedł na przestępczą ścieżkę już w roku 1974. Pierwsze występki przeciw prawu, których dokonywał były włamaniami. Policji nie udało się wykryć ich sprawcy, ale też nie wykazywała zbyt wiele zaangażowania, by go ująć.

Nastał jednak rok 1976 i w okolicach Sacramento zaczęło dochodzić do brutalnych napaści na kobiety. Napastnik włamywał się w nocy do domów na przedmieściach, gdy mieszkające w nich kobiety pogrążone już były w śnie. Budził je światłem latarki skierowanym prosto w oczy, przystawiał nóż do gardła, groźbami terroryzował swoje ofiary, następnie wiązał i brutalnie gwałcił. Żadna ze zgwałconych kobiet nie widziała jego twarzy, ponieważ zawsze miał na niej maskę. Ale widziały długie blond włosy, także jasne włosy na nogach. Z reguły nosił krótkie spodenki i był w tenisówkach. Z zeznań napastowanych kobiet wynikało niezbicie, że przed atakiem długo i cierpliwie obserwował dom i swoją przyszłą ofiarę, poznawał jej zwyczaje, a także zwyczaje pozostałych domowników. Znał imiona kobiet, które gwałcił, wiedział, ile mają dzieci, jaki jest rozkład domu. Włamywał się tylko wtedy, gdy zostawały w domu same.

Serii gwałtów początkowo nie wiązano z jednym napastnikiem, ale gdy napastowane kobiety zaczęły zeznawać, jak zachowywał się potem w domu, policja doszła do wniosku, że za tymi przestępstwami stoi jeden mężczyzna. Przede wszystkim powtarzały się zeznania, że wyjadał jedzenie znajdujące się w domu, rozrzucał po domu damską bieliznę, często niszczył meble i inne wyposażenie domu i zabierał ze sobą przeróżne przedmioty, nie zawsze te najwyższej wartości. Widocznie brał to, co mu się podobało. Miał też zwyczaj wcześniejszego nękania swoich późniejszych ofiar telefonami. Dzwonił do nich nawet przez kilka tygodni przed napadem, ale także w dniu go poprzedzającym. Do jednej ze zgwałconych kobiet zadzwonił z informacją, że zabije jej męża. Przerażona kobieta powiadomiła policję, ta jednak stwierdziła, że to czyjś głupi żart i sprawy nie podjęła. Ale następnej nocy, gdy kobieta była w domu sama, została napadnięta i zgwałcona. Rytuał ze spenetrowaniem lodówki i kradzieżą różnych przedmiotów był taki sam, jak w przypadku wcześniejszych napaści. Policja była już przekonana, że ma do czynienia z jednym i tym samym przestępcą. Po przedostaniu się tej informacji do mediów dziennikarze zaczęli nazywać bandytę „East Area Rapist” (Gwałciciel ze wschodniej strony”).

Policja podjęła działania zmierzające do ujęcia bandyty, ale błąkała się po omacku. Nie była w stanie znaleźć żadnego śladu, który mogłaby powiązać z konkretną osobą. Wydawało się to wręcz niemożliwe, by nie pozostawił żadnych śladów, które ukierunkowałyby śledztwo, tym bardziej, że między rokiem 1976 a 1979 jego ofiarami stało się około 50 kobiet w siedmiu hrabstwach północnej Kalifornii. A jednak, pozostawał nieuchwytny. I bezczelny, a także pewny siebie. Pewnej nocy zadzwonił na posterunek policji w Sacramento, oświadczył, że jest poszukiwanym gwałcicielem i że za kilkadziesiąt minut znów dokona napaści. Przed odłożeniem słuchawki rzucił zdumionemu funkcjonariuszowi na do widzenia: Nigdy mnie nie złapiecie.

Urażona w swojej ambicji policja podejmowała szerokie działania. Zatrudniono psychiatrę, który miał pomóc stworzyć portret osobowości przestępcy, zatrudniono też specjalistę z wojska, ponieważ metody działania napastnika i jego sprawność fizyczna nakazywały przypuszczać, że może on mieć coś wspólnego z wojskiem. Na pomoc wezwano także wróżkę. Ale wszystkie te zabiegi nic nie dały, nie posunięto się w śledztwie ani o krok naprzód. Brano również pod uwagę, że napastnik może by policjantem, ponieważ wobec jednej z kobiet użył standardowej policyjnej komendy: Stać, ani kroku! Niektóre z zaatakowanych kobiet słyszały w pobliżu swego domu szum charakterystyczny dla policyjnej krótkofalówki. Ale z wszystkich tych informacji zebranych podczas przesłuchań zaatakowanych kobiet śledczy nie potrafili zbudować portretu przestępcy i powiązać go z konkretną osobą.

W miejscowościach, w których dochodziło do napadów, zaczęły być widoczne objawy paniki. Ludzie ryglowali drzwi i okna, kupowali nowe zamki i systemy alarmowe, ale gwałciciel zawsze wiedział, gdzie jego atak będzie niezauważalny. Prawdziwy horror zaczął się w momencie, gdy napastnik zaczął mordować swoje ofiary. Zaczął 1 października 1979 roku. Napadł na małżeństwo w miejscowości Goleta w południowej części hrabstwie Santa Barbara. Małżeństwu udało się przeżyć, ponieważ zauważyli, że ktoś się włamuje do ich domu i zaalarmowali sąsiadów. Ale następnym pięciu parom małżeńskim nie udało się uniknąć śmierci. Schemat napadu był niemal taki sam, jak w przypadku ataku na samotne kobiety. Z tym, że napadając na małżeństwa, najpierw zabijał mężczyznę, krępował i gwałcił kobietę, po czym ją mordował.

Pierwszego zabójstwa małżeństwa dokonał 30 grudnia 1979 r. we wspomnianej miejscowości Goleta, w marcu i sierpniu 1980 r. zamordował kolejne dwie pary małżeńskie. Jedną w miejscowości Ventura, drugą w Dana Point. W lipcu 1981 r. powrócił do Golety, gdzie zabił kolejne małżeństwo, ale wcześniej, bo w lutym tego samego roku, zgwałcił i zamordował samotna mieszkankę Irvin w hrabstwie Orange. W tej samej miejscowości, pięć lat później, dokładnie 4 maja 1986 roku, zadał śmierć swojej ostatniej ofierze, którą też była samotna kobieta. Po latach policja powiązała z DeAngelo zastrzelenie młodej pary w Sacramento, która nocą spacerowała ze swoim psem w bezludnej o tej porze okolicy swojego domu.

Po 4 maja 1986 r. zabójstwa i napady na samotne kobiety raptownie ustały. Śledczy nie mogli w to uwierzyć, ponieważ badania dotychczasowych seryjnych morderców dowodziły, że nie są w stanie na zawsze zerwać ze swą zbrodniczą działalnością. Ale w tym przypadku było inaczej. Nigdy już nie odnotowano napaści i zgwałcenia kobiet oraz morderstw według scenariusza nieznanego bandyty z Sacramento i okolic.

Policja nadal prowadziła śledztwo, ale po kilku kolejnych latach i braku jakichkolwiek efektów, zostało zawieszone. Powrót nastąpił w roku 2000, gdy w jednej z gazet przypomniano o serii gwałtów i zbrodni z lat 70. i 80. mijającego wieku. Policja nieoficjalnie nadal pracowała nad sprawą. Po jednym z kolejnych artykułów w prasie, do byłej ofiary zadzwonił mężczyzna, który powiedział: „Pamiętasz, jak się bawiliśmy”. Kobieta poznała głos swego oprawcy i oczywiście powiadomiła policję. Śledczy mieli już za sobą sprawdzenie DNA ok. 800 podejrzanych.

To właśnie porównywanie kodów genetycznych i tworzenie ich bazy, umożliwiło zdemaskowanie DeAngelo. Bo w latach, w których mordował, genetyka nie była jeszcze w służbie kryminalistyki, nie było też telefonów komórkowych i monitoringu, co umożliwiało zabójcy swobodne przemieszczanie się, bez pozostawiania śladów.

W 2016 r. policja oficjalnie wznowiła śledztwo, do sprawy powrócili dziennikarze i całe zastępy internautów, którzy prowadzili dochodzenie na własną rękę. DeAngleo został zdemaskowany, bo na miejscu swoich zbrodni pozostawił ślady DNA, których wtedy nie było się w stanie odczytać, ale które zabezpieczono. Jednak najważniejsza okazała się w tej sprawie internetowa baza genealogiczna, w której poszukując krewnych umieszcza się swój kod DNA zapisany w postaci cyfrowej. Porównując kody genetyczne zostawione na miejscach zbrodni przez DeAngelo ze znajdującymi się w tej bazie, śledczy dotarli do dalekich jego kuzynów, którzy umieścili w bazie swój kod DNA, a poprzez nich do mordercy. 24 kwietnia 2018 r. DeAngelo został zatrzymany i aresztowany. Jego proces zaczął się kilka tygodni temu i jak mówią znawcy, może potrwać nawet kilka lat.

DeAngelo ma żonę, która posiada własną praktykę adwokacką oraz trzy, świetnie wykształcone, córki.

Robert Suliński