Niechlubna karta góralskiej historii

admin-ajax

Z Hitlerem kolaborował francuski rząd Vichy i wielu Francuzów indywidualnie, podobnie było z norweskim Quislingiem, Ukraińcy też kumali się z Hitlerem, by przywołać tylko utworzoną z nich 14 Dywizję Grenadierów SS. Z Łotyszy złożona była 15 dywizja tychże grenadierów, a 20 z Estończyków. Nasi „współplemieńcy” z Rzeczpospolitej Obojga Narodów, czyli Litwini, też maczali ręce we współpracy z hitlerowcami. Tylko my Polacy, naród wybrany przez Boga, jesteśmy w tej kwestii czyści jak łza. Tylko my Polacy nie skalaliśmy się wspomaganiem hitleryzmu. Otóż ksiądz Józef Tischner, filozof, wielki człowiek polskiego Kościoła zmarły, zmarły, niestety, w 2000 roku, zwykł był mawiać, że są trzy prawdy: świnto prawda, tys prawda i gówno prawda.

Sentencję tę Józef f Tischner zawarł w książce „Historia filozofii po góralsku”, która to nacja była mu bliska, bo urodził się w Starym Sączu, całe zaś dzieciństwo spędził na Podhalu, wychowywał się wśród górali, nasiąkał ich kulturą, obyczajami i zwyczajami. Sama jego podhalańska „góralskość” nie wydaje się być stuprocentowa, wszak jego matka, Weronika z Chowańców, pochodziła z Jurgowa na Spiszu i była nauczycielką, podobnie jak jej mąż, czyli ojciec Józefa. Nazwisko zaś ani nie polskie, ani nie góralskie, świadczyło, że w jego żyłach płynie nieco krwi niemieckiej, co dziwić nie powinno, ponieważ niemieckie osadnictwo na Spiszu trwało przez wieki. Ale górali podhalańskich Józef Tischner poznał i znał na wylot.

Sentencję Józefa Tischnera z jego książki o góralach przytoczyłem specjalnie, ponieważ dowodzi, że prawdy mogą być różne, zaś w tym przypadku ostatni człon owej sentencji odnosi się do złudnej niewinności i czystości i wybranego narodu polskiego w relacjach z niemieckim okupantem podczas II wojny światowej.

Bo stało się, co się stało, a stało się tak, że 7 listopada 1939 roku, a więc zaledwie 68 dni po napaści hitlerowskich Niemiec na Polskę, Wacław Krzeptowski ze znanego rodu zakopiańskich górali wybrał się do Krakowa, a konkretnie na Wawel. Nie robił tego w pojedynkę i po cichu, lecz wspierany przez osoby z bliskiego mu otoczenia, wśród których były i dwie góralki (Karolina Gąsienica-Rój i Maria Siuta-Szwab), no i oczywiście dwaj górale (Stefan Krzeptowski oraz Józef Cukier). Towarzystwo odziane było w świąteczne szaty góralskie, a podążyło na Wawel, by złożyć wyrazy uszanowania Hansowi Frankowi, hitlerowskiemu satrapie, który tegoż dnia przybywał do siedziby polskich królów, z której niemal do końca wojny trzymał w karbach mieszkańców tych terenów Polski, których nieudany i artysta, i malarz, czyli Adolf Hitler, nie włączył do Rzeszy. Na dowód swego poddaństwa wobec hitlerowskiego namiestnika, Wacław Krzeptowski wręczył mu złotą ciupagę.

Zauroczony hołdem barwnie odzianych górali, którzy swym strojem wyróżniali się z tłumu wbitego w szare hitlerowskie mundury, Hans Frank pobieżył tydzień później do Zakopanego, gdzie powitał go ów Wacław Krzeptowski w asyście góralek i górali mających poglądy takież same jak i on, wyrażone w dziękczynnych słowach do hitlerowskiego gubernatora „za oswobodzenie górali od ucisku polskich władz”.

Po przeczytaniu tych słów można rozpocząć spekulacje, czy górale uważali się za Polaków, czy też nie. No bo jeśli nie byli Polakami, to znaczy, że jednak Polacy jako naród wybrany nie skalali się kolaboracją z hitlerowcami, więc tworzony na własny użytek wizerunek niewinnych i czystych niczym ta łza, to jest „świnto prawda”, a nie „gówno prawda”. Problem jednak w tym, że powiedziawszy, co powiedział, Krzeptowski mówił o ucisku „polskich władz”, a nie o Polakach jako całości. Poza tym Wacław Krzeptowski był do wybuchu wojny prezesem Stronnictwa Ludowego na powiat, którego stolicą był Nowy Targ. Nie odcinał się więc od bycia obywatelem Polski, a zapewne wielu obywatelom Polski (także, a może przede wszystkim dziś) władza może się nie podobać i mówić, że jest się przez nią uciskanym, ale to nie jest powód, by od razu rzucać się w objęcia wrogów. Być może przez Wacława Krzeptowskiego i jego popleczników przemawiała typowo góralska chytrość, nakazująca kumać się z tymi, którzy w danej chwili oferują większe profity i dutki. Dutki to po góralsku pieniądze.

Wacław Krzeptowski myślał jednak po swojemu i do swoich myśli przekonał sporą część hodowców owiec i producentów oscypków. Piętnaście dni po rewizycie Hansa Franka w Zakopanem, dokładnie 29 listopada jeszcze owego tragicznego roku 1939, Wacław Krzeptowski zwołał zebranie przedwojennego Związku Górali, podczas którego wciskał im przysłowiową „ciemnotę”, czyli ideę Goralenvolku, której istotę stanowiło twierdzenie, że podhalańscy górale wywodzą się z aryjskiego narodu niemieckiego. Posługując się fragmentem tylko cytatu z książki księdza Józefa Tischnera, nie da się inaczej powiedzieć jak tylko, że jest to „gówno prawda”.

Od dawna bowiem (w 1939 r. też to było wiadome) było oczywiste, że protoplaści górali przywędrowali na Podhale nie z zachodu, a z drugiej strony. Byli ludem pasterskim, szli ze swoimi trzodami owiec i bydła grzbietem Karpat z terenów dzisiejszej Rumunii. Ci którzy szli najdłużej, zatrzymali się pod Tatrami i na Podhalu. Niemiecki życiorys był więc wyssany z palca, ale robił wrażenie na niepiśmiennych juhasach, bacach i gaździnach, bo przypisywał ich do „rasy panów”. Uczestnicy zebrania Związku Górali zaakceptowali ideę Goralenvolk, więc w kwietniu 1940 r. Hans Frank oświadczył, że uczni „zadość woli górali, którzy chcą stanowić odrębny szczep”. Stwierdzeniem o „szczepie” wybił góralom z głowy chęć wśliźnięcia się w szeregi „rasy panów”, ale przystał na zbratanie się „szczepu” z ową niemiecką pańską rasą. Wiosną tegoż roku utworzono góralską szkołę powszechną i zawodową, co między innymi tworzyło wrażenie, że górale są pełnoprawnym partnerem niemieckich okupantów.

Aby upewnić się, że idea Goralenvolku ma poparcie górali, w czerwcu 1940 r. przeprowadzono na Podhalu spis powszechny. Opowiadający się za ideą Goralenvolku mieli przyjąć karty z literą „G”. Okazało się, że najwięcej zwolenników idea ta miała w Szczawnicy, gdzie aż 92 proc. mieszkańców wybrało kartę z literą „G”, w Nowym Targu 33 proc., zaś w Zakopanem 23 proc. Na całym Podhalu poparcie wyraziło 18 proc. ludności. Są to jednak dane szacunkowe, ponieważ nie zachowała się ewidencja wydanych kart.

Goralenvolk musiał być jednak popularny wśród Podhalan, ponieważ usilnie zwalczały go organizacje polskiego ruchu oporu walczące z niemieckim okupantem. Najpierw Konfederacja Tatrzańska, po jej rozbiciu przez Niemców struktury Rocha, a na końcu Armia Krajowa, której członkowie w styczniu 1944 r. pojmali ukrywającego się już wtedy w górach Wacława Krzeptowskiego i z wyroku Polskiego Państwa Podziemnego wykonali na nim wyrok śmierci przez powieszenie. Nie do końca wiadomo, czy największy polsko-góralski kolaborant zawisł na poprędce zbudowanej szubienicy, czy na gałęzi jakiegoś smreka.

Goralenvolk jako organizacja wspierająca niemieckich okupantów skompromitowała się w ich oczach w momencie, gdy zupełną klapą zakończyło się zorganizowanie Goralische Waffen SS Legion, czyli „Legionu góralskiego SS”. Zgłosiło się do niego 300 ochotników, z których jedna trzecia nie nadawała się do służby wojskowej. Spośród pozostałych 200 większość zdezerterowała z obozu szkoleniowego SS w Trawnikach, gdzie popadła w konflikt ze stacjonującymi tam Ukraińcami.

O góralskiej kolaboracji z hitlerowcami młodzi Polacy nie mają pojęcia. – Kwestia Goralenvolku nie będzie poruszana na żadnej lekcji historii, w żadnym możliwym ustroju naszego kraju – mówi reżyser Marcin Koszałka, który przygotowuje dokumentalny film na ten temat. – Zaraz po wojnie komuniści zatuszowali to i zamietli pod dywan. Przepracowanie tematu nie było też nikomu na rękę po 1989 r., bo góral jest przecież wizytówką Polski (…), tylko musimy wziąć pod uwagę, że jeszcze w 1939 r. wyglądało to inaczej. W tamtym czasie górale nie czuli się wielkimi patriotami, nie towarzyszyła im głęboka potrzeba budowania polskiej tożsamości narodowej. Popatrzmy na to przez pryzmat historii górali na przestrzeni wieków. Prawda jest taka, że żaden polski król nigdy nie był w Tatrach. Górale nie brali udziału w wielkich bitwach o Polskę, nie walczyli ani z Kozakami, ani z Turkami. Nikt się nimi nie przejmował, żyli więc po swojemu. Potem nastał czas zaborów i przez sto lat żyli w Austrii. Zaczęli mówić po niemiecku, służyli w armii cesarskiej, podróżowali do portów morskich w Dalmacji, przywożąc tam len na żagle. Stąd na kapeluszach góralskich wzięły się muszle, które były symbolem luksusu. Pierwszy kościół w Zakopanem powstał dopiero w połowie XIX w. Jeszcze w latach 30. zeszłego wieku w niektórych wsiach na Podhalu dominowały obrzędy pogańskie. Ludzie modlili się do gór, odprawiali czary i wierzyli w ludyczne przepowiednie. Tak właściwie był to dziki lud.

Powołując się po raz kolejny na cytat z sentencji księdza Józefa Tischnera, o słowach Marcina Koszłaki można powiedzieć, że jest to „świnto prawda”.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii