Nietykalny prezes

admin-ajax

Prezes PiS, Jarosław Kaczyński, jest nietykalny. Nie chodzi tylko o ochronę osobistą, która, jak ujawniły media, w sytuacjach gdy ma się pokazać na masowych imprezach organizowanych przez partię, liczy nawet 30 osób. Takiej ochrony nie miał w Polsce nikt, ale jest to typowe dla ludzi, którzy uważają się za zbawców narodu (Kaczyński za takiego się uważa) i tego narodu boją się jak ognia. Żyją w permanentnym strachu, ponieważ doskonale wiedzą, że kreowanie się na zbawcę jest demagogią, gigantycznym kłamstwem. Osobista ochrona Kaczyńskiego (są w niej m.in. emerytowani komandosi GROM) daje mu dużą gwarancją nienaruszalności fizycznej, ale Kaczyńskiemu w równej mierze zależy też na nietykalności prawnej. Afera z budową dwóch 190-metrowych wież na działce przy ul. Srebrnej w Warszawie, na której Kaczyński wraz ze swoim towarzystwem uwłaszczył się już na początku lat 90. ubiegłego wieku (przez lata twierdził, że to komuniści uwłaszczają się na państwowym majątku), ilustruje wykorzystanie mechanizmów demokracji do demontażu tejże demokracji. Człowiek, który demontuje mechanizmy demokratycznego państwa robi to, aby zapewnić sobie władzę absolutną, niepodlegającą jakimkolwiek normom prawnym. Robi to po to, aby pozostawać w swoich czynach bezkarnym. Kaczyński zdemontował dotychczas dwa filary demokratycznego państwa prawa. Obsadził Trybunał Konstytucyjny swoją marionetką, z TVP uczynił telewizję stricte partyjną, nade wszystko podporządkował sobie wymiar sprawiedliwości, m.in. likwidując niezależność prokuratora generalnego. Postawił na czele tego organu ścigania Zbigniewa Ziobrę, który jest zarazem ministrem sprawiedliwości. Ziobro to człowiek absolutnie posłuszny woli Kaczyńskiego, przynajmniej do czasu. Piszę „do czasu”, ponieważ jest to człowiek o ogromnych ambicjach politycznych i może wypowiedzieć posłuszeństwo swemu obecnemu wodzowi. Może zostać takim polskim Brutusem. Choć z drugiej strony Kaczyński jako Cezar brzmi groteskowo. Tak czy inaczej opanowanie resortu sprawiedliwości było jednym z pierwszym przedsięwzięć Kaczyńskiego po przejęciu władzy w końcówce 2015 roku. Nie udało mu się jeszcze zdemolować do końca sądownictwa. Niezależne stowarzyszenia sędziowskie nie są skore do podporządkowania się Kaczyńskiemu i mają w tym wsparcie stojących na straży praworządności organów Unii Europejskiej. Ale nie jest powiedziane, że uda się na zawsze uchronić polskie sądownictwo przed opanowaniem go przez PiS. Kaczyński zaprzestał frontalnego jego atakowania, obrał politykę małych kroków i powoli acz systematycznie dąży do przejęcia nad sądownictwem władzy. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale jeśli PiS wygra jesienne wybory do polskiego parlamentu i uzyska w nim większość, niezależność polskiego sądownictwa przejdzie do przeszłości. Podporządkowywanie przez Kaczyńskiego sądownictwa dla uzyskania osobistej nietykalności i bezkarności najlepiej widać właśnie na przykładzie afery „dwóch wież”. To przedsmak tego, co może czekać Polaków i ich kraj w niedalekiej przyszłości. Na działce (Warszawa, ul. Srebrna 16), którą PiS przejął w posiadanie na początku lat 90., Kaczyński wymyślił sobie wybudowanie dwóch wieżowców, każdy o 190 m wysokości, które byłyby swoistymi pomnikami na jego cześć i jego nieżyjącego brata (miały roboczą nazwę 2K – bliźniacy Kaczyńscy). Oczywiście pod pretekstem, że byłaby to przede wszystkim siedziba dla fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Nikt, włącznie z samym pomysłodawcą, w to nie wierzył, bo w budynkach byłoby kilkanaście tysięcy metrów kw. powierzchni, oczywiście pod wynajem. Wynajmowanie zaś powierzchni miało zapewnić finansowy monopol partii Kaczyńskiego wobec innych polskich ugrupowań politycznych. Bo kto ma pieniądze w polityce, ten wygrywa. Do realizacji przedsięwzięcia Kaczyński zaangażował austriackiego biznesmena, który jest mężem córki jednego z jego kuzynów. Austriak rozpoczął prace przygotowawcze związane z inwestycją, zaangażował prawników, architektów i wielu innych fachowców z różnych dziedzin, którzy mają doświadczenie we wznoszeniu tego typu obiektów. Austriak, Gerald Birgfellner, nie podpisał umowy ani z Kaczyńskim, ani z kierowaną przez niego „pod stołem” spółką Srebrna, ponieważ wiedział od żony, że w sytuacji, gdy partia PiS ma większość w parlamencie, obsadzony przez siebie rząd i inne newralgiczne instytucje państwa, Kaczyński jest człowiekiem, który decyduje w Polsce prawie o wszystkim. Nie miał powodów, by mu nie ufać, więc zaufał. Ale po roku Kaczyński wstrzymał wszelkie prace związane z budową wież. Gdy po kilkakrotnych bezowocnych rozmowach z Kaczyńskim Birgfellner nie otrzymał zapłaty za swoją pracę, ujawnił te rozmowy, które przezornie nagrywał. Opublikowała je Gazeta Wyborcza. Ujawniły, że Kaczyński nie jest poczciwym dziaduniem, który nie ma konta w banku, prawa jazdy, nie zna się na interesach, a tym co stanowi credo jego życie, jest dobro Polski i Polaków. Nagrania zadały kłam takiemu, tworzonemu przez długie lata, obrazowi prezesa PiS. Okazał się niezłym cwaniakiem, który potrafi prowadzić interesy, a ludzi dopominającym się o pieniądze za wykonaną pracę, odsyłać z kwitkiem. Tego wszystkiego można się dowiedzieć z nagrań. Mówiąc wprost – Kaczyński jest człowiekiem, który potrafi nie zapłacić za zleconą pracę. Birgfellner poczuł się oszukany i sprawę zgłosił do prokuratury. Poza tym, nie ma tego w nagraniach, ale jest w zeznaniach złożonych przez Birgfellnera pod przysięgą, Kaczyński polecił Austriakowi zapłacić 50 tys. zł księdzu Rafałowi Sawiczowi, członkowi rady Fundacji im. Lecha Kaczyńskiego, za złożenie podpisu na wniosku o rozpoczęcie inwestycji związanej z budową wież. Innymi słowy – kazał mu wręczyć łapówkę, na dodatek, jak twierdzi Birgfellner, kopertę z tymi pieniędzmi Kaczyński miał w rękach. Po przesłuchaniu nagrań oraz po pierwszych zeznaniach Birgfellnera, prokuratura powinna wszcząć śledztwo i wezwać na przesłuchanie Kaczyńskiego. Zrobiłaby tak natychmiast, gdyby dotyczyło to każdego innego człowieka, a już tym bardziej, gdyby w grę wchodził polityk którejś z opozycyjnych partii. No, ale sprawa dotyczy nietyklnego Jarosława Kaczyńskiego. Na drugi dzień po złożeniu pierwszych zeznań przez Birgfellnera, Kaczyński zjawił się w gabinecie ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ziobro. Udał się tam w tajemnicy, ale wytropili go dziennikarze „Faktu”. Ziobro musiał więc wystąpić publicznie. Zapewniał, że prezes PiS przyszedł do niego, by rozmawiać o przygotowywanej ustawie dotyczącej lichwy i że absolutnie nie czytał, bo go nie interesowały, protokoły z zeznań austriackiego biznesmena. Oczywiście nie ma w Polsce naiwnego, który by w to wierzył. Polska jako prywatne państwo Kaczyńskiego ujawnia się teraz przede wszystkim w działaniach prokuratury. Taśmy z nagraniami rozmów Kaczyńskiego z Birgfellnerem Gazeta Wyborcza zaczęła publikować pod koniec stycznia. Kaczyński milczał przez 2 tygodnie i pewnie ze sztabem prawników przygotowywał strategię obronną. Jej elementem był wywiad w partyjnym tygodniku „Sieci”. Powiedział tam, że tak jak każdy obywatel zgłosi się oczywiście na przesłuchanie w prokuraturze, ale, jak powiedział, „w moim przekonaniu śledztwo nie ma sensu”. Mecenas Roman Giertych, który wraz z Jackiem Dubois, jest pełnomocnikiem Birgfellnera, zakpił sobie na twitterze, że w polskim kodeksie karnym powinien pojawić się nowy paragraf stwierdzający, że jeśli człowiek, wobec którego zachodzi podejrzenie popełnienia jakiegoś przestępstwa uzna, że śledztwo w jego sprawie nie ma sensu, to prokuratura powinna od śledztwa odstąpić. I na razie prokuratura postępuje według instrukcji Kaczyńskiego, a rzeczniczka PiS, niejaka Beata Mazurek pytana o to śledztwo odpowiedziała tyleż beztrosko co i bezczelnie, że jeśli „nie ma wniosku o wszczęcie śledztwa, nie ma tematu”. No i nie ma…Prokuratura zamiast wszcząć śledztwo lub odmówić jego wszczęcia, obrała taktykę „na przeczekanie”. Birgfellner był przesłuchiwany już ok. 50 godzin. Jego adwokaci twierdzą, że prowadząca sprawę prokurator ma wystarczający materiał, aby wszcząć śledztwo, ale pani prokurator wyznaczyła Birgfellnerowi kolejne przesłuchania w … kwietniu. Byle przeciągnąć do wyborów do europarlamentu, a potem do jesiennych parlamentarnych. W międzyczasie szykują się sprawy dyscyplinarne wobec adwokatów Austriaka, rodzina jego żony lży go publicznie, prokuratura nakłada na niego finansowe kary porządkowe. Napuszcza też służby skarbowe za… „niezapłacenie VAT od faktury” wystawionej spółce zarządzanej „spod stołu” przez Kaczyńskiego, czyli Srebrnej. Po ostatnim przesłuchaniu w prokuraturze (13 marca) Gerald Birgfellner, który dotychczas nie wypowiadał się publicznie, powiedział: „Czuję się naprawdę rozczarowany. Wierzyłem w polski wymiar sprawiedliwości, ale w ostatnich dniach i godzinach nie byłem traktowany jak poszkodowany, tylko jak kryminalista”. Nie pierwszy to przypadek, że podporządkowani PiS prokuratorzy robią wszystko, by z uczciwego człowieka zrobić przestępcę, a z przestępcy człowieka prawego. Z tym tylko, że sprawa Birgfellnera zaczyna mieć powoli wymiar międzynarodowy i w bardzo niekorzystnym świetle kształtuje europejska świadomość o stanie praworządności w Polsce. Roman Giertych i Jacek Dubois zwrócili się o udział w przesłuchaniach ich klienta przedstawiciel ambasady Austrii. Na razie nie ma odpowiedzi, ale z innych źródeł wiadomo, że dyplomaci tego kraju uważnie przyglądają się całej sprawie.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii