Niewinny. W imię Pańskie. Amen.

str-17-ks-jaroslaw-p

Mariusz Milewski dorastał w biedzie. Rodzice nie pracowali, utrzymywali siebie i dzieci z zasiłków z pomocy społecznej. Dla dziecka (Mariusz miał wtedy 8 lat) ucieczką od biedy był miejscowy kościół. Dla żyjącego w biedzie dziecka był to inny świat – czysty, dostatni, uporządkowany, z dala od ojca, który od biedy uciekał w alkohol. – Chciałem być w kościele, jak nigdzie na świecie – mówi dorosły już dziś mężczyzna. – Nie tak jak wszyscy wierni, w ławkach, ale służyć do mszy i być bardzo mocno w ten kościół zaangażowany.

Ksiądz Jarosław P. , który siedzi dziś w kryminale, był proboszczem w parafii , do której należał Mariusz. Obserwował chłopca, znał jego sytuację domową i materialną rodziców. Mariusz przywołuje wspomnienia sprzed lat: – Ksiądz Jarosław był dla mnie wzorem człowieka, którego trzeb naśladować i którego trzeba słuchać. Postępował tak, jak powinien wobec syna postępować ojciec . Odbierałem to, jako troskę o mnie, ani przez chwilę nie myślałem, że za tym może się kryć coś złego.

Dziś już wiemy, że ksiądz Jarosław stosował wobec Mariusza schemat, według którego postępuje większość członków pedofilskiej mafii w sutannach. Z grona dzieci, które uczęszczają na religię, wyłuskuje się te, które żyją w trudnych warunkach materialnych, oswaja ze sobą, otacza troską i gdy dziecko jest już związane z plebanem, zostaje bezwzględnie i bez skrupułów wykorzystane, a następnie sterroryzowane grzechem. Postępowanie księdza Jarosława było klasycznym tego przykładem.
Ksiądz wiedział, że Mariusz często chodzi głodny, że w domu są fatalne warunki sanitarne, nie ma łazienki. Zapraszał więc chłopca na plebanię, karmił, udostępniał łazienkę. Po pierwszej komunii Mariusz został ministrantem w kościele w swojej miejscowości.
– Pewnego dnia ksiądz zaprosił mnie na plebanię. Kazał mi się położyć do swojego łóżka. Kazał mi zamknąć oczy. Odsunął kołdrę i zaczął mnie dotykać w miejscach intymnych. Później zaczął brać mojego członka do swoich ust. Ja nawet chyba nie miałem siły, żeby uciekać. Byłem sparaliżowany. I on doprowadził mnie do orgazmu wtedy. Dał mi plik katolickich gazetek i wtedy, jak opuszczałem tę sypialnię, powiedział, że o tym, co się tam zdarzyło nie mogę nikomu powiedzieć, bo ludzie nas wezmą na języki.

Potem jeszcze wielokrotnie sprowadzał Mariusza na plebanię.

– Ksiądz włączał filmy pornograficzne i tam były też stosunki analne, i on bardzo dążył do tego, żeby to też się wydarzyło między mną a nim – opowiadał Mariusz Milewski. – Wyjął jakiś dziwny płyn z szafki i mówił, że zrobi tak, że nie będzie bolało. Ja byłem tym wszystkim przerażony. Mówiłem mu, że mnie boli, ale ksiądz zapewniał, że za chwilę ból ustąpi. Pamiętam, że ten ból czułem nawet chyba przez tydzień. Miałem wtedy dziewięć lat.

Ksiądz pedofil i gwałciciel terroryzował dziewięcioletnie dziecko wpajając mu, że dając się gwałcić, popełniał grzech. Po każdy zgwałceniu oprawca z koloratką spowiadał Mariusza z tego, co mu zrobił, wmawiał dziecku, że popełniło grzech cudzołóstwa.

Po dziewięciu latach wykorzystywania Mariusz wyrwał się spod terroru proboszcza i w listopadzie 2012 roku opowiedział o wszystkim toruńskiemu biskupowi, Andrzejowi Suskiemu. Biskup nie powiadomił prokuratury. Powołał natomiast sąd biskupi, przed którego obliczem ofiara księdza pedofila występowała jako… „wspólnik grzechu cudzołóstwa”. To nie bajki szanowni Czytelnicy! Natomiast na pewno wyjątkowy cynizm. Cynizm, u którego podstawy leży korporacyjne (by nie powiedzieć – mafijne) prawo kościelne. Prawo, które, jak dowodzi życie, stworzone zostało tylko po to, aby chronić interesy Kościoła katolickiego i zapewniać bezkarność księżom.

Po trzech latach sąd biskupi uznał, że ksiądz Jarosław P. jest niewinny, jak napisano w wyroku… „W imię Pańskie. Amen”.

Przewodniczącym składu biskupiego sądu, który „w imię Pańskie. Amen” uniewinnił z zarzutów księdza Jarosława P. był ksiądz Miłosz Wardziński – promotor sprawiedliwości w diecezji toruńskiej oraz ksiądz prof. dr hab. Wiesław Kiwior, wykładowca Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i ksiądz dr hab. Janusz Gręźlikowski, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku i oficjał sądu diecezji włocławskiej.

Odziani w sutanny kościelni urzędnicy, którym przypadła rola biskupich sędziów orzekli, że „ocena zebranych środków dowodowych oraz argumentów nie pozwala zatem stwierdzić z moralną pewnością, że ksiądz Jarosław P. popełnił zarzucane mu przestępstwa nadużycia seksualnego przeciwko osobie małoletniej, w konsekwencji zgodnie z kan. 1608 paragraf 4 należy oskarżonego uniewinnić”.

Nie mieli natomiast wątpliwości, by opluć wtedy 9-letnie dziecko, a dziś już dorosłego mężczyznę, iż „zebrane środki dowodowe wskazują na homoseksualizm Mariusza Milewskiego”.

Kościelni sędziowie uwolnili od zarzutów księdza Jarosława P. także dlatego, ponieważ podczas dochodzenia ustalono „że od dwóch lat jest zaangażowany w pomoc egzorcyście. Musi więc się często spowiadać”. Dla sędziów ekspertów prawa kanonicznego, był to dowód wskazujący na niewinność pedofila, co podkreślili w uzasadnieniu wyroku następującym stwierdzeniem: „Trudno pogodzić aktywne zaangażowanie w pomoc egzorcyście z zachowaniami stanowiącymi usiłowanie przestępstw, jakich (…) miał dokonać ksiądz Jarosław”. Eksperci owi uznali więc, że pomocnik egzorcysty nie byłby w stanie zgwałcić dziecka. A sam egzorcysta byłby w stanie, czy nie?

Panowie w sukienkach wydali swój wyrok wiedząc, że prokuratura już pół roku wcześniej oskarżyła księdza Jarosława P. o zarzucane mu czyny i skierowała sprawę do sądu. Ówczesny biskup toruński Andrzej Suski (dziś już na emeryturze) nie widział powodu, by skierować swoje kroki do prokuratury, ale Mariusz Milewski, widząc z jaką niechęcią do rozpatrzenia jego sprawy podchodzi katolicka korporacja, poszedł po pomoc do adwokata, a ten natychmiast zawiadomił prokuraturę.

Adwokat, do którego zwrócił się Mariusz, nazywa się Laszlo Schlesinger. Mariusz Milewski – mówi adwokat – nie przyszedł do mnie wprost z prośbą ani ze zleceniem, żebym wszczął postępowanie przed sądem, przed organami państwowymi. On przyszedł, szukając pomocy przed sądem biskupim. Według jego subiektywnych odczuć, on nie występował tam w roli ofiary. On się czuł tam atakowany. Nie wiem, po co te sądy są. I dodaje, że nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tak nieprofesjonalnym podejściem do prawa.

Sądy biskupie są otóż po to aby bronić „swoich”. Sędziowie w sutannach skwapliwie wyszukiwali ludzi, którzy wypowiadaliby się krytycznie o Mariuszu Milewskim. Natomiast nauczycielkę, jedną jedyną, która wsparła Mariusza i stanęła w jego obronie, indagowali przez kilka godzin, by ją również skłonić do niepochlebnych opinii na jego temat. Ale nie udało się jej przekabacić . Postępowanie sądu biskupiego, to absolutny cynizm, który nie ma nic wspólnego z wiarą, czy religijną posługą. Każda metoda jest dobra, byle tylko bronić instytucję i jej ludzi.

Z takim samym cynizmem postępował adwokat Kościoła broniący przed sądem powszechnym księdza Jarosława P. Twierdził otóż, że kiedy Jarosław P. molestował i gwałcił dziewięcioletnie dziecko robił to „co najwyżej przy okazji wykonywania czynności księdza katolickiego, a nie przy wykonywaniu tych czynności”. Według adwokata broniącego pedofila ksiądz jest księdzem tylko wtedy, gdy wykonuje czynności przypisane tej profesji, a kiedy inne, w tym gwałci dzieci, to już księdzem nie jest. Czyli jeśli gwałcił to, jak argumentował adwokat, robił to tylko „przy okazji” swojej kapłańskiej posługi. Paranoja? Absolutnie nie. Chodzi o wybronienie mocodawców w sutannach od wypłaty milionowego odszkodowania, którego w imieniu Mariusza Milewskiego zażądał od toruńskiej kurii jego adwokat.

Adwokatem księdza pedofila Jarosława P. był przed sądem powszechnym był Michał Kelm. To postać znana w świecie prawniczym. Występuje w wielu procesach księży oskarżonych o pedofilię i oczywiście czyni wszystko, by członkowie korporacji nie zostali skazani. Posuwa się w tym do czynów, które stoją w rażącej sprzeczności z etyką zawodu adwokata. Zgłosił się na przykład do kobiety, która w dzieciństwie była gwałcona przez księdza. Kobieta wniosła pozew o odszkodowanie od diecezji. Adwokat Kelm zjawił się u niej z propozycją ugody. Zaproponował, aby zrzekła się roszczeń wobec diecezji, natomiast zaproponował jej dochodzenie roszczeń w wysokości 250 tys. zł od księdza, który ją wykorzystywał. Nie powiedział oczywiście, że ksiądz jest niewypłacalny. Kobieta, na szczęście, nie zgodziła się i powiadomiła swojego adwokata.

To adwokat Michał Kelm był miedzy innymi pełnomocnikiem słynnej siostry Bernadetty z ośrodka dla młodocianych w Zabrzu, gdzie za jej wiedzą dochodziło do molestowania i gwałcenia wychowanków. Także on był obrońcą księdza Krzysztofa K., który gwałcąc niepełnosprawną uczennicę, wmawiał jej, że seks to pokuta za grzechy. Dziennik ”Rzeczpospolita” ujawnił, że od roku 2013 w diecezji warszawsko-praskiej, Michał Kelm przyjmował zgłoszenia o molestowaniu wśród księży i przesłuchiwał ofiary. Według gazety adwokat miał istotny wpływ na to, które zarzuty trafią do Watykanu, a którym diecezja nie da wiary.

Konfrontacja wyroku sądu biskupiego z wyrokiem sądu powszechnego ujawnia jak rażąco niekompetentny i stronniczy, jest ten pierwszy. W listopadzie 2016 roku Sąd Rejonowy w Nowym Mieście Lubawskim uznał księdza Jarosława P. za winnego molestowania seksualnego i skazał go na trzy lata więzienia. W czerwcu 2017 roku Sąd Okręgowy w Elblągu podtrzymał wyrok pierwszej instancji. W lutym 2019 roku Sąd Najwyższy odrzucił złożony przez sprawcę wniosek o kasację.

Mariusz Milewski zaś próbuje pokonać traumę z dzieciństwa, w którą wpędził go cyniczny i bezwzględny pedofil w sutannie. Jest mu ciężko, ale walczy. Odwiedza ludzi, którzy biskupim sędziom składali w jego sprawie fałszywe oskarżenia, bo chce dociec, dlaczego to robili.

Trudno mu też zrozumieć dlaczego mieszkańcy jego rodzinnej miejscowości wybielają jego oprawcę, a jemu samemu zarzucają, że chodzi mu tylko o pieniądze. – Żadne pieniądze nie są w stanie zrekompensować krzywd, które wyrządził mi ksiądz Jarosław. One ciążą na całym moim życiu i trudno mi będzie o nich zapomnieć.

Mariuszowi Milewskiemu nikt nie zaoferował pomocy. Pedofil w sutannie nie został wyrzucony ze swojej korporacji i zapewne po wyjściu z kryminału jej członkowie zrobią wiele, by krzywda mu się nie działa. A co powiedzą o Mariuszu? Może i tak: – Ot, owieczka, która się zbiesiła, niech więc idzie swoją drogą.

Na pytanie, czy ma w sobie jeszcze wiarę, Mariusz odpowiedział: – Jeszcze trochę jej jest, ale coraz słabsza.

Krzysztof Propolski