Niszcząca „szybka moda”

str-11-odziez

Wielu z nas uważa zapewne, że gdy mówimy o kwestii zanieczyszczenia środowiska i zmian klimatycznych nie ma nic bardziej odległego od siebie niż moda i przyroda. Otóż nic bardziej błędnego. Z modą kojarzymy przede wszystkim odzież „na czasie”, a ten „czas” dyktują nam kreatorzy mody. Odzież to oczywiście tkaniny, zarówno naturalne, jak też w coraz większej masie z włókien sztucznych. O ile mówi się, że włókna naturalne są zdrowe, a sztuczne mniej, to jedne i drugie mają niszczące oddziaływanie na przyrodę. Trudno powiedzieć, które większe.

Włókna sztuczne są pochodnymi ropy naftowej, więc aby je produkować trzeba wydobywać więcej ropy, a twierdzenie, że przemysł naftowy ma niszczący wpływ na środowisko, jest w tej chwili oczywiste dla każdego człowieka posiadającego co najmniej podstawową wiedzę, no i także rozsądek. Z odzieży produkowanej z włókien naturalnych najbardziej rozpowszechniona jest bawełniana, ale mało kto zdaje sobie sprawę, że właśnie produkcja włókna bawełnianego jest najbardziej niszcząca środowisko. Co najmniej z dwóch powodów.

Bawełna jest otóż rośliną użytkową pochłaniającą zarówno podczas uprawy, jak też później w produkcji, ogromne ilości wody. Naukowcy wyliczyli, że do wyprodukowania bawełnianej koszulki ważącej 250 gramów, trzeba zużyć 2,5 tys. litrów wody, zaś możliwość nałożenia przez nas bawełnianych spodni kosztuje przyrodę (w zależności od jakości i grubości tkaniny) od 2800 do 4900 litrów wody.

Najtragiczniejszym ekologicznie przykładem „wodożerności” bawełny jest Jezioro Aralskie leżące na terenach Kazachstanu i Uzbekistanu. To jezioro bezodpływowe, które przez tysiące lat zasilane było wodami dwóch potężnych rzek, Amu-darii oraz Syr-Darii. Ale władza radziecka postanowiła oprzeć rozwój gospodarczy tych dwóch wtedy swoich republik (Kazachstanu oraz Uzbekistanu) na bawełnie i wody obu rzek skierowała na pola uprawne tej rośliny. Podczas 50 lat takiej gospodarki (dane dotyczą lat 1960 – 2009) powierzchnia Jeziora Aralskiego (zwanego też Morzem Aralskim) zmniejszyła się o cztery piąte, z 68,5 tys. km kw.(mniej więcej tyle co powierzchnia Republiki Irlandii) do 13,5 tys. km kw. W roku 1960 wysokość lustra wody w najgłębszym miejscu wynosiła 53,5 m, po 49 latach 27,53 m. Na formułowane już w latach 60. ostrzeżenia hydrologów, że niemal całkowite odcięcie Jeziora Aralskiego od zasilających je rzek doprowadzi do katastrofy ekologicznej, władza radziecka odpowiadała arogancko, że istnienie jeziora jest „oczywistą pomyłką natury”.

Uzbekistan do dziś pozostaje największym eksporterem bawełny na świecie, ale na terenach wyschniętego jeziora powstała pustynia, którą miejscowi nazwali Aral-Kum. Ponad 100 tysięcy ludzi opuściło swoje miasta, miasteczka i wsie, ponieważ zamarł przemysł przetwórstwa rybnego oraz turystyka. Zdecydowanie pogorszył się też stan zdrowia mieszkańców, którzy nie zdecydowali się na emigrację ze zniszczonych terenów. Naukowcy twierdzą, że upadek turystyki oraz przemysłu rolno-spożywczego, nade wszystko pomoc humanitarna, generują rocznie koszty w wysokości ok. 2 miliardów dolarów. Wszystko to spowodowała moda.

Poza pożeraniem ogromnych ilości wody, uprawa bawełny powoduje też dotkliwe zanieczyszczenie środowiska… chemikaliami. To może się wydawać wręcz niewiarygodne, ale z ogólnej ilości środków owadobójczych stosowanych w ciągu roku na świecie, aż 16 proc. pochłaniają uprawy właśnie bawełny. Do produkcji odzieży z tego włókna używa się około… 1600 (!) różnego rodzaju środków chemicznych, spośród których Unia Europejska aż 163 zalicza do niebezpiecznych dla zdrowia i środowiska. Te chemikalia to pestycydy, także środki do zmiękczania i barwienia tkanin. Jeśli ktoś uważa, że ze względu na ochronę środowiska należy kupować odzież z białej bawełny, to też jest w błędzie. Do uzyskania bowiem bawełnianej bieli potrzebne są bardzo duże ilości chloru.

Kreatorzy światowej mody nie zawracają sobie oczywiście głowy, skąd pochodzą i jakim kosztem wyprodukowane zostały tkaniny, z których projektują swoje mniej lub bardziej udane kreacje. A na te tkaniny pracują setki tysięcy ludzi na całym świecie, przede wszystkim w biednych krajach, gdzie siła robocza jest tania, zaś właściciele fabryk włókienniczych, farbiarni i szwalni nie przejmują się, że wielu tym ludziom odbierają zdrowie i skracają życie. Dotyczy to coraz większej liczby mieszkańców Azji, przede wszystkim Chin, które są największym producentem tekstyliów, ale także Indii, Pakistanu, Bangladeszu, Wietnamu, Indonezji. Kraje te produkują coraz więcej tekstyliów, ponieważ świat potrzebuje ich coraz więcej. Potrzebuje zaś coraz więcej, ponieważ powstały ogromne, ogarniające cały świat sieci odzieżowe, które narzuciły klientom swoje warunki, a reklamą wymogły, by się do nich dostosowali.

Dziś największe grzechy w tej kwestii mają takie sieci, jak hiszpańska Zara i szwedzka H&M. Zara pierwszy swój sklep otworzyła w 1975 r., ale w Nowym Jorku pojawiła się już 14 lat później, a w Paryżu po kolejnym roku. W pogoni za wzrostem sprzedaży i zyskiem wprowadziła po kilkunastu latach działalności nowy model w handlu odzieżą. Kontynuuje go do dziś, a wielu innych producentów sieciowych poszło jej śladem. Jeszcze 30 lat temu funkcjonował otóż utrwalony długoletnią tradycją trend opracowywania odzieżowych kolekcji na dwa sezony: wiosna-lato i jesień-zima.

Zara odesłała go do lamusa i zaczęła oferować klientom szybkie zmiany kolekcji. Dziś ma ich w roku 24, a szwedzka H&M od 12 do 16. Ale szwedzka firma wprowadziła rozwiązanie, które młodzi ludzie kupili, ale które spotęgowało zapotrzebowanie na tkaniny i w konsekwencji na niszczycielskie oddziaływanie przemysłu tekstylnego na przyrodę. To tak zwana moda „wyrzucalna”, czyli odzież, którą kupuje się, by ją założyć dwa-trzy razy, a następnie wyrzucić do kosza. Dziś ktoś, kto nosi odzież przez kilka lat, bo jest wykonana z dobrych tkanin i stylistycznie neutralna, uchodzi za ramola, który nie ma pojęcia, co w modzie znaczy słowo trendy. Podsyca ten trend internet, w którym roi się od domorosłych recenzentek mody wmawiających młodym ludziom, co i kiedy należy na siebie ubrać, by podążając z duchem mody czuć się młodym i pięknym obywatelem świata. Młodzi ludzie idą na lep takiej propagandy, nie zdając sobie sprawy, że przyczyniają się do niszczenia klimatu.

W Polsce już ok. 2 miliony osób jest uzależnionych od mody do tego stopnia, że przynajmniej raz w tygodniu kupują nową odzież, ale, podobnie jak w innych dziedzinach, „do świata” Polakom daleko. Najbardziej uzależnieni są pod tym względem Brytyjczycy, którzy rocznie kupują ok. 50 sztuk odzieży na głowę, co w daje w przeliczeniu 26 kg ciuchów rocznie. W „ekologicznej” Szwecji na jednego mieszkańca tego kraju przypada rocznie jedna czwarta tego, co w Wlk. Brytanii, ale to i tak sporo.

Upowszechniająca się bezmyślna, niszczycielska „szybka moda” sprawia, ze każdego kolejnego roku sprzedaje się na świecie więcej odzieży niż rok wcześniej. W roku 2014 mieszkańcy naszej planety kupili aż o 60 proc. więcej odzieży niż w roku 2000, a globalna jej sprzedaż oscyluje w ostatnich kilku latach w granicach 30 milionów ton! W 2015 roku lotnictwo cywilne było odpowiedzialne za emisję do atmosfery 859 milionów ton dwutlenku węgla, ale produkcja tekstyliów przebiła go niemal dwukrotnie wypluwając z siebie 1,7 miliarda ton tego gazu. Środki do barwienia i zmiękczania tkanin zamieniają rzeki w krajach Azji w ścieki bulgoczące wydostającym się z nich metanem, a setkom tysięcy ludzi odbierają zdrowie i skracają życie.

Nadzieję pokładano we włóknach z tworzyw sztucznych – poliestrach, nylonach, akrylach, ale nie pierwszy raz okazało się, że każdy kij ma dwa końce. Zarówno podczas noszenia, a przede wszystkim w czasie prania, do wody i do atmosfery przedostają się mikrocząstki plastikowych włókien. Są one także w powietrzu. Niewidoczne, ale są. Badania przeprowadzone ostatnio w Niemczech przeraziły wynikami. Okazuje się, że w organizmach ok. 70 proc. młodych mieszkańców tego kraju znajdują się mikrocząstki plastiku.

Świat tonie w odzieżowych śmieciach. W wielu krajach Europy i świata uzmysłowiono sobie skalę problemu. We Francji liczbę produkowanych odpadów z przemysłu tekstylnego zredukowano o 64 proc., w Czechach aż o 71 proc., tylko w Polsce, podobnie, jak w innych dziedzinach, wszystko jest na odwrót. W 2004 r. Polska miała 79 tys. ton tekstylnych śmieci, a po 10 latach już 261 tys. ton. Wzrost wyniósł 229 procent.

Jaki jest sposób na niszczące działanie „szybkiej mody”? Po prostu trzeba włączyć hamulec i zmniejszyć kupowanie odzieży. Gdybyśmy nosili dwa razy dłużej odzież, którą teraz kupujemy, niszczące działanie przemysłu tekstylnego na środowisko zmniejszyłoby się o 44 proc.

Anna Sobejko