Nowy Jedwabny Szlak

pipala

Chiny ogłosiły reaktywację Jedwabnego Szlaku i w maju ubiegłego roku chiński prezydent Xi Jinping zadeklarował, że jego kraj wyasygnuje na to przedsięwzięcie 124 mld dolarów. Jedwabny Szlak kojarzy się ludziom co nieco znającym historię z karawanami wielbłądów i innych zwierząt jucznych, przemierzającymi liczącą 12 tysięcy kilometrów drogę łącząca Chiny z krajami Bliskiego Wschodu i Europy. Byli tacy, którzy twierdzili że ta droga handlowa jest „darem bogów”, ale cóż w tamtych czasach nie było dla ludzi wierzących darem z niebios. Co by jednak nie mówiono, Jedwabny Szlak miał czysto komercyjny charakter, bo w jedną i drugą stronę transportowano pożądane i tam, i tu towary, za które ludzie nie dziękowali bogom, ale płacili żywą gotówką.

Do dziś kontrowersyjną pozostaje kwestia, kto pierwszy wytyczył ów szlak handlowy. Czy było to dzieło Chińczyków, Europejczyków, czy też kupców z krajów Bliskiego Wschodu. Jakby nie było, szlakiem tym transportowano z Chin papier, żelazo, jedwab i jadeit (ceniony kamień dekoracyjny i ozdobny, wykorzystywany też w jubilerstwie), w drugą stronę karawany zabierały złoto, perfumy, wyroby jubilerskie, winogrona, rośliny ozdobne. Ta droga handlowa, mająca wiele odgałęzień, funkcjonowała od III wieku przed naszą erą do wieku XVII, kiedy to przestała mieć znaczenie, ponieważ odkryto morską drogę do Chin. Nazwę Jedwabny Szlak zyskała jeszcze później, bo dopiero pod koniec XIX w., a po raz pierwszy użył jej w roku 1877 Ferdinand von Richthofen, niemiecki geograf i podróżnik. Po niemiecku „droga jedwabna” to „seidenstrasse”. Od końca I wieku przed naszą erą funkcjonowało też morskie odgałęzienie Jedwabnego Szlaku, wiodące z Morza Czerwonego przez Indie i Malaje na Morze Południowochińskie.

Jeśli ktoś sądzi, że reaktywując Jedwabny Szlak Chińczycy kierują się sentymentem do kultywowania w pierwotnej formie swojej kupieckiej przeszłości, to głęboko się myli. Sigmar Gabriel, który do 18 marca br. był ministrem spraw zagranicznych Niemiec, powiedział to bez ogródek: Nowy Jedwabny Szlak nie jest tym, co niektórzy w Niemczech sobie wyobrażają: sentymentalnym wspomnieniem o Marco Polo. Jest to próba stworzenia ogromnego systemu, za pomocą którego Chińczycy chcą wycisnąć swoje piętno w świecie. I były już minister bezsprzecznie ma rację, bo 124 mld dol. chyba się nie wydaje po to, by odtworzyć karawany wielbłądów i ich poganiaczy.

Kwotę 124 mld dol. na budowę Nowego Jedwabnego Szlaku zadeklarował chiński prezydent Xi Jinping (pomysłodawca tego przedsięwzięcia) w maju ubiegłego roku i największe chińskie banki niemal natychmiast zaczęły zbierać pieniądze, by deklaracja ich prezydenta nie okazała się pisana palcem po wodzie. Już kilka miesięcy później agencja Reuters podała, że China Construction Bank Corp. (CCB), drugi pod względem wartości aktywów chiński bank, zebrał już 15 mld dol., a Bank of China (BOC) 3 mld dol.

Chińczycy raczej nie używają nazwy Nowy Jedwabny Szlak, a dla zamydlenia oczu posługują się zwrotem Jeden Pas Jednej Drogi. Ta „jedna droga” to oczywista zmyłka, bo faktycznie będzie to cała sieć korytarzy transportowych łączących Chiny z Europą. Za 124 mld dol. ma zostać zbudowana, a jeśli gdzieś już tam istnieje, to zmodernizowana według najnowszych zdobyczy techniki, infrastruktura transportowa. Zarówno kolejowa, w tym oczywiście szlaki dla kolei dużych prędkości, komfortowe dla ruchu wielkich samochodów ciężarowych drogi, porty lądowe, także oczywiście morskie oraz lotniska. Uzupełnieniem tego, co ma powstać na powierzchni ziemi będą ;pod ziemią ropociągi i gazociągi, a nad ziemią najnowocześniejsza infrastruktura telekomunikacyjna do przesyłu informacji.

Ponieważ jedna z odnóg Jednego Pasa Jednej Drogi ma prowadzić przez Polskę, obecny polski rząd jest zachwycony chińskim projektem i mocno go wspiera. Mocarstwa zachodnie i kraje Europy zachodniej przeciwnie – traktują chińską inicjatywę jako zagrożenie. Bo co by się nie powiedziało Chińczykom chodzi o zdobycie hegemonii w światowym handlu. Pierwszym celem handlowej dominacji są kraje Unii Europejskiej, a potem przyjdzie kolej na „resztę świata”. Fakt, że kraje Unii obrane zostały za pierwszy cel handlowego ataku Chin, to niejako ich własna wina. Gdy tylko Państwo Środka otworzyło się na świat oferując mu wykwalifikowaną, ale niezmiernie tanią siłę roboczą, najpierw dziesiątki, a później tysiące firm z Europy zaczęło zlecać Chinom produkcję swoich wyrobów, likwidując ją w krajach macierzystych, a najmocniejsi finansowo stawiali w tym kraju swoje fabryki. Towary wyprodukowane w Chinach trzeba transportować do krajów wysokiej konsumpcji, a państwa Unii do takich należą. I kanały dostaw stanowią do dziś bardzo wąskie gardło dla towarów z Chin.

Wyobraźmy sobie zbiornik wodny, który jest wypełniony po brzegi i ma tylko jeden-dwa wąskie kanały odpływowe, a my chcemy szybko spuścić z niego wodę. Co trzeba zrobić? Trzeba wybudować kilka innych kanałów odpływowych i o znacznie większej przepustowości niż już istniejące. Odnosząc tę sytuację do Chin mamy zjawisko nieomal identyczne. Chiny są wypełnione po brzegi produkcją zlecaną lub z działających na jej terenie fabryk, ale mają ograniczone możliwości szybkiego transportu tych dóbr. Co muszą więc zrobić, by ich towary szybko znalazły się w krajach np. Unii Europejskiej i wyparły z rynku tych krajów innych producentów? Muszą po prostu zalać je ogromną masą tychże produktów. Do tego potrzebne są kanały transportu o znacznie większej przepustowości niż dotychczas. Takimi kanałami będzie „kilkadziesiąt pasów kilkudziesięciu dróg”, dla niepoznaki nazwane Jednym Pasem Jednej Drogi.

Mocarstwa zachodnie, od USA po Unię Europejską a nawet Australię, są mocno zaniepokojone planami Chin. Bo zalew rynków chińskimi tanimi towarami, to wyeliminowanie z rynku rodzimych producentów, bezrobocie, upadek kultury wytwórczej, wielu zawodów i rzemiosł. Kraje te zastanawiają się nad rozwiązaniami, które mogłyby powstrzymać chińską ofensywę. Podczas niedawnej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, premier Francji, Edouard Philippe, ostrzegał, że Europa nie może pozostawić tego gigantycznego projektu wyłącznie w gestii Chin: – W zależności od tego, jakie reguły będą obowiązywały w tym projekcie, będzie to albo współpraca, albo hegemonia.

Rządy wszystkich krajów widzą w chińskim przedsięwzięciu zagrożenie. Oprócz Polski. W połowie 2017 r. odbyło się w Polsce Chińsko-Polskie Forum Inwestycji i Infrastruktury Logistycznej Pasa i Szlaku, w którym wziął udział przewodniczący Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych. Mile połechtał ego obecnego polskiego premiera, a wtedy wicepremiera i ministra rozwoju, Mateusza Morawieckiego, mówiąc, że „Polska jest aktywnym uczestnikiem budowy Pasa i Szlaku”. Morawiecki odpowiedział Chińczykowi, że jest to „ogromna szansa dla Polski i chińskich firm, żebyśmy razem kształtowali rzeczywistość gospodarczą między naszymi krajami”.

Ale chyba nie ma wątpliwości, co do tego, kto jest w tej rozgrywce większym, cwaniakiem.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii