O świętach po świętach

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Nasza tradycja nakazuje aby święta były na bogato. W myśl zasady „zastaw się, a postaw się”. Stoły muszą się uginać od ilości potraw, placków i napitków. Szaleństwo świąteczne zaczyna się dużo wcześniej. Mniej więcej w tym czasie kiedy w TV zaczynają bombardować nas reklamami środków czyszczących. Piękna modelka reklamuje płyn do mycia, dzięki któremu nasz dom będzie nieskazitelnie czysty, pachnący. Musisz to mieć. Biegniemy więc do pobliskiej Biedronki czy Tesco, celem uzupełnienia zapasów. W szale zakupów wrzucamy do wózka zapas gąbek z Jana Niezbędnego, dwa Ajaksy o najnowszym zapachu, ręczniki papierowe. Od ilości płynów i różnorodności zapachów kręci mi się w głowie. Nawet nie wiem kiedy mój wózek pęka w szwach. Na rozum biorąc wystarczy mi tych zapasów na najbliższe pięć lat, no chyba że wyszoruję cały hotel znajdujący się po drodze do mojego domu. Każda szanująca się pani domu musi umyć okna, wyszorować podłogi, wypucowa

łazienkę, fugi muszą być białe, a kabina prysznicowa bez odrobiny kamienia. W przeciwnym razie święta się prawdopodobnie nie odbędą. Moja mama ma cały grafik i tak na Wielkanoc porządki zaczyna w lutym. Dzięki jej żelaznej dyscyplinie i konsekwencji wszystko w domu lśni, a Ona biedna pada na pysk długo przed świetami. Co roku słyszę, jest chora, ale były dwa dni słoneczne to wyszorowała okna. Potem jest czas prania dywanów z przerwą na nacieranie rąk maścią przeciwbólową i wizytą u kręgarza. Kiedy już nie mamy siły się ruszać to znak, że czas wyruszać na zakupy spożywcze i brać się za gotowanie. Szaleństwo opanowuje wszystkie kobiety, jak w amoku, dzikim szale, chcą się pozabijać za ładniejszy kawałek schabu. Targamy te kilogramy żarcia, jakby te święta miały trwać przynajmniej tydzień. Oszczędności topnieją, ale nie może niczego zabraknąć. Musimy w te święta przebić sałatki cioci Krysi z zeszłorocznej Wielkanocy i Ziutki imieninowe ciasto. W tym ferworze walki zapominamy, że w ostatnie święta zarzekałyśmy się, że ostatni raz tyle żarcia, bo po co i dla kogo? Cieszę się niezmiernie, że mieszkam w kraju wielokulturowym. W okresie świątecznym doceniam to szczególnie. Dlaczego? Bo kiedy nie umyję okien to nikt nie zwróci na to uwagi. Na tle okien sąsiadów i tak moje będą wydawały się czyste. Święta tutaj trwają krócej co zdecydowanie zmniejsza moje menu. Nie mniej jednak nie zwalnia mnie to ze świątecznego klimatu, który moja córka nazywa „świąteczna sraczka”. Trudno się wtedy ze mną dogadać, zaczynam planować wszystkim czas i rozdzielać obowiązki lamentując: „ja nie zdążę!”. Do tego stopnia szalalam, że zaczęłam się zastanawiać czy to nie początek klimakterium. Tydzień przed świetami córka usiłowała cokolwiek ze mna ustalić, ale się nie udało bo już byłam w innym wymiarze. W czwartek dzwonię z pytaniem kiedy jedziemy na zakupy? – W sobotę mamo tak jak się umawiałyśmy – słyszę w słuchawce i szlag mnie trafia. ⁃ W sobotę dziecko to zdecydowanie za późno! ⁃ Mamo wiesz, że w piątek pracuję do nocy. ⁃ Wiem, dlatego uważam, że czwartek jest najlepszy! ⁃ Mamo dziś nie mogę. ⁃ Jak to dziś? W czwartek. ⁃ Dziś ja też nie mogę, bo już mam część zakupów i nie myślę ich dźwigać. ⁃ Ale dziś jest czwartek! ⁃ Jak to czwartek? – pytam oburzona i wściekła. ⁃ No, tak mamo, to się zdecyduj co ty chcesz? A potem dzwoń. ⁃ Juz nic nie chcę! Nie dość, że nikogo do pomocy to jeszcze dzień mi gdzieś uciekł. Jestem wściekła do łez, jak co roku nakręcam się do granic możliwości. Krzyczę na wszystkich dookoła. SMS od córki daje do myślenia: „Mamo nie wiedziałam, że ugotowanie żuru i zrobienie sałatki, bo nic więcej nie trzeba to jakaś olimpiada kulinarna z Magdą Gessler w jury. Nie trzeba nam nic więcej prócz Twojego uśmiechu, resztę kupimy. Czy nie może być raz normalnie? Co roku szalejesz. Już od tygodnia schodzimy Ci z drogi”. Szlag mnie trafił w pierwszej chwili, wychowałam potwora! Jak mogła w ten sposób do matki, przecież ja to wszystko dla nich. Tradycje chce im przekazać. Łza mi się w oku zakręciła. Kiedy ochłonęłam dotarło do mnie, że w moim domu to tradycyjnie do mamy przyjeżdżało pogotowie, bo takiej migreny dostawała przy pieczeniu placków. Ja natomiast tradycyjnie się drę cały tydzień. ⁃ „Mamo a może w tym roku na spokojnie i miło?” Ten tekst mi uświadomił, że to jakaś paranoja z tym całym szaleństwem. Zakupy zrobiłam w sobotę rano, ku mojemu ogromnemu zdumieniu nie zabrakło dla mnie żurku w sklepie. Wędlina była świeża, ciasto pyszne i byłam jedną z niewielu klientek w sklepie. Bez kolejek z uśmiechem na twarzy. Potem wspólne gotowanie, pieczenie bez pośpiechu i niepotrzebnych nerwów . W tajemnicy Wam powiem, że nie umyłam wszystkich okien, a święta sie odbyły. Łazienkę szorował młody może i były zacieki i ze dwa mazaki na lustrze. Nie ważne. Małżonek z racji choroby i siedzenia w domu wysprzątał cała resztę. Pierwszy raz w życiu mniej ugotowałam, kupiłam, mniej wydałam i pierwszy raz nic nie wyrzuciłam. Na następne święta będę mądrzejsza i od razu wrzucę na luz.