Oligarcha oligarsze nierówny

str-16-oligarcha-krauze

Specjaliści zajmującymi sie procesami zachodzącymi w społeczeństwie, a więc przede wszystkim socjolodzy, ale w przypadku problemu, o którym piszemy – także politolodzy, zaczynają stawiać sobie pytanie, czy we współczesnej Polsce nie mamy przypadkiem do czynienia z narodzinami rządów oligarchicznych. Oligarchia to zbitka dwóch słów z języka greckiego, które tłumaczy się na język polski jako „nieliczny” (oligos) oraz „władza” (arche). W wyniku ich połączenia otrzymujemy termin „panowanie nielicznych” lub „władza nielicznych”.

W każdym kraju z systemem wielopartyjnym, partia, która wygrywa wybory dające jej większość w parlamencie, otrzymuje władzę nad pozostałymi partiami oraz obywatelami, ale nie jest to jeszcze władza oligarchiczna. Taką można nazwać ścisłe kierownictwo danej partii, które podporządkowuje sobie swoich członków, a za ich pośrednictwem także społeczeństwo – uchwala ustawy, tworzy zakazy i nakazy, rozdaje serwituty w postaci najważniejszych (i mniej ważnych) stanowisk w państwie swoim zaufanym i nie liczy się z głosem przegranej w wyborach mniejszości. Postępuje wprost przeciwnie – narzuca przegranym swoje warunki, a nieposłusznych represjonuje.

Rządy oligarchiczne utożsamia się z reguły z rządami dyktatorskimi, sprawowanymi przez zamkniętą w sobie, bardzo wąską grupę ludzi. Oligarchowie nie dopuszczają do władzy innych grup społecznych. Sprawują władzę, a rozdając najbardziej intratne stanowiska w państwie w ręce „swoich”, władza nielicznych tworzy nieliczną grupę z osób uprzywilejowanych finansowo, która szybciej lub wolniej zaczyna skupiać w swoich rękach największą część majątku danego kraju. W ten sposób tworzy się oligarchia finansowa. Ponieważ swoją zasobność zawdzięcza ona władzy nielicznych, czyli władzy oligarchicznej, jest od tej władzy zależna, ale też tę władzę utrzymuje.

Z czasem oligarchowie, dzięki przychylności władzy, częściej – władcy, zagarniają największą część tortu stanowiącego zasobność danego kraju, wchodzą w posiadanie niebotycznych majątków. Te niebotyczne majątki nie są wynikiem przedsiębiorczości, wiedzy, innowacyjności ich właścicieli, są kaprysem władzy. Za tę hojność władzy, oligarchowie finansowi muszą być wobec tej władzy lojalni.

Klasycznym przykładem takiego właśnie mechanizmu tworzenia się systemu oligarchicznego jest Rosja. Tam oligarchię stworzył Borys Jelcyn, który potrzebował pieniędzy na kampanię w wyborach prezydenckich w 1991 roku. Był wtedy premierem i co zrobił? Pożyczył pieniądze od posiadających już wtedy ogromne majątki Bierezowskiego, Abramowicza, Chodorkowskiego i wielu innych bardzo bogatych Rosjan. Jako zabezpieczenie pożyczek przekazał tym ludziom w zastaw akcje największych firm surowcowych tego niezwykle bogatego w minerały kraju. Jelcyn wybory wygrał, ale pożyczki nigdy nie oddał i pożyczkodawcy stali się właścicielami oddanych im pod zastaw przedsiębiorstw i automatycznie najbogatszymi Rosjanami.

Skąd ci ludzi dysponowali już wtedy ogromnymi pieniędzmi, które pożyczył od nich Jelcyn? Wiedza na ten temat jest niepełna. Wiadomo na przykład, że Chodorkowski, w którego uwolnienie z łagru (wtrącił go tam później za nieposłuszeństwo Putin), zaangażował się niemal cały demokratyczny świat, był twórcą pierwszej w Rosji piramidy finansowej, Abramowicz ukradł pociąg z ropą naftową, sprzedał go bodajże na Litwie i błyskawicznie pomnożył pieniądze. W Rosji panował wtedy ogromny chaos i wiele fortun powstało na pograniczu prawa albo w wyniku złamania prawa, ale ci, którzy na tym zyskali, nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności.

Profesor Krzysztof Jasiecki, socjolog z z Instytutu Socjologii i Filozofii PAN w Warszawie, który zajmuje się tymi problemami, zgadza się, że w krajach postkomunistycznych majątki zdobywało się dzięki państwu. – Tak było zwłaszcza w Rosji czy na Ukrainie, które nie aspirowały do wejścia do Unii i działały według innych reguł – mówi profesor Jasiecki. – Oligarchów stworzyły także bezprecedensowe okoliczności, W krajach wychodzących komunizmu zasobami państwa dysponowali politycy, początkowo też biedni. Od ich decyzji zależało, kto miał większe szanse szybkiego wzbogacenia się dzięki decyzjom rządowym, regulacjom prawnym, koncesjom i monopolom, łatwiejszemu dostępowi do kapitału czy preferencjom w prywatyzacji. Musiało pojawić się pytanie: „a co ja z tego będę miał?”. Z kolei na Ukrainie „koledzy władzy” budowali fortuny na handlu gazem i sprywatyzowali przemysł stalowy.

Polscy reformatorzy od początku założyli, że nasz kraj będzie się starało o członkostwo w Unii Europejskiej, polscy młodzi kapitaliści nie dysponowali wystarczającym kapitałem i nasza prywatyzacja nie mogła przebiegać we własnym sosie lecz otworzyć się na kapitał zagraniczny. Mimo to wąska grupa ludzi bardzo szybko dorobiła się majątku i czasem używano wobec nich określenia „oligarcha”.

Tak było w przypadku Jana Kulczyka, Aleksandra Gudzowatego i Ryszarda Krauzego. Kulczyk pośredniczył w prywatyzacjach polskich firm, o których kupno starali się inwestorzy zagraniczni, a najbardziej bulwersujący opinie publiczną był jego udział w prywatyzacji Telekomunikacji Polskiej SA i otrzymane z tego tytułu honorarium. Do dziś nie wiadomo, kto i dlaczego mu to pośredniczenie umożliwił, tak jak nie wiadomo, dlaczego akurat z Aleksandrem Gudzowatym rosyjski premier Czernomyrdin podpisał umowę, w wyniku której Rosja sprzedawała nam gaz za żywność. Krauze zaś zdominował przetargi rządowe dotyczących niezwykle intratnej branży informatycznej. Ale żaden z tych ludzi nie miał wpływu na decyzje polskiego rządu w jakiejkolwiek strategicznej dziedzinie. Trudno więc powiedzieć, że byli oligarchami, czyli że należeli do kręgu „władzy nielicznych”. Natomiast nie ulega wątpliwości, że byli posiadaczami ogromnych majątków.

Najbogatsi obecnie Polacy zbudowali swoje fortuny ciężką pracą i jeśli któryś z nich zawdzięcza cokolwiek ludziom władzy, to być może ten najbogatszy, czyli Zygmunt Solorz-Żak. Początkiem jego obecnego finansowego imperium było bowiem otrzymanie koncesji na prywatną telewizję, a duży udział w przyznaniu jej właśnie Solorzowi miał ówczesny prezydent Lech Wałęsa. Przy czym Lech Wałęsa na pewno nie jest dziś członkiem „władzy nielicznych”, a związki z nią Solorza są co najmniej enigmatyczne, o ile nie żadne.

Wątpliwe też, czy zalążkiem rodzącej się polskiej oligarchii może być rozdawnictwo intratnych państwowych posad „swoim”. Na przykład Małgorzacie Sadurskiej, która po relegowaniu z prezydenckiej kancelarii została członkiem zarządu PZU i PZU Życie, z pensją (jak podawały liczne media) w wysokości 90 tys. polskich złotych (30 tys. dolarów kanadyjskich) miesięcznie?

To raczej przyzwoita synekura.

Seweryn Rybarski