Oprawcy i bohaterowie ukarani tak samo

pipala

Lepiej nie ukarać stu winnych, niż skazać jednego niewinnego” – to podstawowa zasada systemów sądowniczych w krajach demokratycznych. W krajach totalitarnych jest dokładnie odwrotnie. Polska jest ponoć krajem demokratycznym, ale w niektórych dziedzinach życia niestety się to nie potwierdza. Świadczy o tym chociażby szczytowe osiągnięcie obecnych rządzących czyli tak zwana ustawa dezubekizacyjna. Jej wejście w życie od 1 października 2017 r. radykalnie obniżyło uposażenia emerytalne wszystkim Polakom, którzy w okresie od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r. chociaż jeden dzień przepracowali w strukturach służby bezpieczeństwa PRL. Ich pracę ustawa nazywa „służbą na rzecz totalitarnego państwa”. W ustawie zapisano, że nowa wysokość świadczeń nie będzie mogła być wyższa od wartości średniej. W przypadku emerytury jest to 2100 zł brutto (700 dol. kan.), w przypadku renty 1600 zł brutto (533 dol. kan.).

Uzasadniło to wysokie pensje pobierane przez pracowników Instytutu Pamięci Narodowej, bo to ta instytucja przywalona została robotą, której celem było ustalenie listy osób podpadających pod tę ustawę. Pracowite mróweczki z IPN przesłały do Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA listę 49 tys. osób, którym należało obniżyć emerytury. Ostateczne decyzje otrzymało o około 10 tys. osób mniej, z tej prostej przyczyny, że wiele z nich po prostu już nie żyje, zaś dzieci zmarłych, którym należały się renty, ukończyły już naukę i utraciły prawo do świadczeń po rodzicu. Poza funkcjonariuszami służb operacyjnych ustawa objęła także pracowników administracji i działów technicznych: kierowców, maszynistki, telefonistki, bibliotekarzy, tłumaczy, pracowników kadr i księgowości. Wszystkim obniżono świadczenia co najmniej o połowę.

Konsekwencje ustawy obecnego rządu są już co najmniej w kilkudziesięciu przypadkach tragiczne. Adresaci pism informujących o obniżeniu emerytury umierają na zawał, udar, często tuż po wizycie listonosza, jeszcze z pisemną decyzją z ministerstwa „o ponownym ustaleniu świadczeń” w ręce.

Grażyna Piotrowicz z Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych RP, która przed 1990 rokiem pracowała w sekcji kulturalno-oświatowej szkoły oficerskiej milicji w Legionowie i w ten sposób „służyła totalitarnemu państwu”, również doczekała się obcięcia emerytury. Nie przeszkadza jej to natomiast w prowadzeniu swoistej „Białej księgi”, w której zapisuje przypadki zgonów byłych pracowników resortu spraw wewnętrznych. Ma ich odnotowanych już kilkadziesiąt, mówi że jest „już urobiona” tymi śmierciami, w których jest pewna prawidłowość. Zdarzają się zazwyczaj na progu mieszkania tuż po wizycie listonosza albo na gałęzi w najbliższym zagajniku.

Luminarze prawa orzekli co prawda, że ustawa jest niekonstytucyjna, ponieważ odbiera prawa nabyte i jest też sprzeczna z wieloma innymi zapisami Konstytucji RP, ale magister Julia Przyłębska, obecna prezes Trybunału Konstytucyjnego, odsunęła w czasie orzeczenie, czy ustawa jest tip top, czyli zgodna z Konstytucją. Obserwatorzy sceny politycznej sądzą, że wszyscy, którzy odwołali się po obcięciu emerytur do sądów, będą musieli poczekać na ich wyrok co najmniej kilka miesięcy, bo Trybunałowi na razie nie spieszy się z orzeczeniem w tej sprawie. Wyroku TK jeszcze nie ma, ale na forach internetowych już się roi od wpisów naigrywających się z wrażliwości byłych katów, czyli m.in. owych bibliotekarzy, maszynistek, kierowców itp., u których decyzja o obniżeniu emerytury wywołuje zawały i udary. I ci współcześni „sprawiedliwi”, którzy w czasach PRL-u żyli w pełnej nieświadomości, bo byli jeszcze w wieku niemowlęcym, nie ukrywają satysfakcji z tych śmierci.

Chichot historii sprawił, że ustawa dezubekizacyjna, uderzyła też w ludzi, którzy pracowali w służbach wywiadowczych PRL, ale po roku 1989 zostali pozytywnie zweryfikowani i jako agenci wywiadu wzięli udział w operacji, która przysporzyła ówczesnej Polsce (był rok 1990), znajdującej się wtedy w dramatycznej sytuacji gospodarczej, miliardy dolarów.

Generał Gromosław Czempiński ma dziś 72 lata, pułkownik Andrzej Maronde 84 lata. Czempiński dowodził grupą agentów wywiadu, którzy przeprowadzili jedną z najbardziej spektakularnych operacji wywiadowczych na początku ostatniej dekady XX wieku. Otrzymała ona kryptonim „Samum”.

Celem operacji było wyprowadzenie z Iraku sześciu amerykańskich agentów CIA, DIA i NSA, którzy w przededniu wojny w Zatoce Perskiej śledzili ruchy irackich wojsk. CIA zwróciła się w tej sprawie o pomoc do ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji, ale wszystkie te kraje odmówiły udziału w akcji. Tylko Polska odpowiedziała pozytywnie na prośbę Amerykanów, m.in. dlatego, że polscy agenci doskonale poruszali się w irackich realiach, ponieważ polskie przedsiębiorstwa budowlane i transportowe były na dużą skalę zaangażowane w działalność inwestycyjną w Iraku. Wiadomo było, że w przypadku zdemaskowania, wszyscy uczestnicy operacji ponieśliby śmierć.

Szczegóły operacji „Samum” są do dziś objęte tajemnicą i nie do końca wiadomo ile jest prawdy, a ile fikcji w filmie Władysława Pasikowskiego poświeconego tej akcji. Bardzo blisko prawdy jest zapewne epizod, że gdy bus z polskimi „robotnikami” znalazł się na granicy z Turcją, służbę na niej pełnił Irakijczyk, który studiował wcześniej w Polsce i doskonale znał polski język. Zwrócił się więc po polsku do jednego z amerykańskich agentów, który nie rozumiejąc ani jednego słowa udał, że jest kompletnie pijany. Znający ówczesne polskie realia Irakijczyk potraktował z pełnym zrozumieniem alkoholowe upojenie „polskiego robotnika” i bez problemów przepuścił busa z agentami przez granicę.

Zakończona powodzeniem operacja „Samum” przyniosła Polsce niezwykłe korzyści materialne. Rząd USA postanowił umorzyć połowę długu zagranicznego Polski, czyli ok. 16,5 mld dol., sfinansować zorganizowanie jednostki sił specjalnych GROM i przeszkolić jej żołnierzy według standardów szkolenia amerykańskich komandosów. Gromosław Czempiński, jako dowódca operacji, otrzymał jedno z najwyższych odznaczeń CIA, a po 27 latach także nagrodę z rąk ministra Błaszczaka w postaci obcięcia emerytury. Czterech oficerów polskiego wywiadu biorących udział w operacji „Samum” nie doczekało się wdzięczności polskiego ministra. Trzech z nich zginęło w znamiennych okolicznościach. Ponieśli śmierć w różnych latach, ale zawsze 25 października, czyli w rocznicę operacji „Samum”. Podobno Saddam Husajn wyasygnował duże pieniądze na wyśledzenie i zlikwidowanie uczestników tej akcji.

Sześć lat po udanym wyprowadzeniu z Iraku amerykańskich agentów, 25 października 1996 r., ciężarówka staranowała osobowy samochód na trasie Bejrut – Damaszek, który prowadził Jacek Bartosiak. Dokładnie dwa lata później, także w wypadku samochodowym, zginął w pobliżu Kairu Andrzej Puszkarski, a w roku 2002 u wybrzeży Egiptu wyciągnięto z wody ciało Jerzego T. Gdyby dożyli roku 2017 z pewnością ich także dopadłaby ustawa.

Ze śmiertelnym skutkiem dopada ona natomiast żyjących. Z „Białej księgi” prowadzonej przez Grażynę Piotrowicz można się dowiedzieć na przykład, że Marek M. (56 l.), który był milicjantem w Rypinie (20 lat pracy w pionie dochodzeniowo-śledczym), powiesił się po rozmowie z listonoszem na zapleczu szkolnego sklepiku, w którym dorabiał.

Ojciec znanego adwokata a z Warszawy, były pułkownik straży granicznej też się powiesił, bo okazało się, że ta formacja też służyła totalitarnemu państwu nie zaś ochronie granicy państwa. Odejście z tego świata przez powieszenie się wybrali także: były zastępca komendanta powiatowego policji w Gryficach, były naczelnik wydziału kontrwywiadu Urzędu Ochrony Państwa z Rzeszowa, major byłego wydziału paszportowego komendy w Gorzowie…

W „Białej księdze” tych przypadków jest kilkadziesiąt. Nie ma miejsca, by cytować je wszystkie. Być może kiedyś będą odczytywane w sali sądowej. Być może…

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii