Otrąbił cały świat

str-15-stanko

Ich odejście dzieliły godziny. Kora zmarła w sobotę, Tomasz Stańko w niedzielę. On był od niej o 9 lat starszy. Obydwoje odcisnęli, jak to się standardowo mówi, piętno na polskiej muzyce. Ale oboje byli absolutnie niestandardowi. O Niej się mówiło, że jest „Królową polskiego rocka”, On w porównaniu z Nią był pod względem popularności muzykiem „niszowym”, bo był jazzmanem. Grał na trąbce i jak to ktoś powiedział, „otrąbił cały świat”.

O Korze wiadomo było, że od pięciu lat zmaga się z rakiem jajnika i dopiero po jej śmierci okazało się, że wszystko miało się ku dobremu, ale jak to w przypadku tej choroby bywa, nastąpiło nagłe załamanie i nieuchronna śmierć. On zapadł, jak uważali pierwotnie lekarze, na przykre zapalenie płuc, ale szybko okazało się, że to było coś znacznie gorszego. Też nowotwór. W dniu śmierci Kory przypadała 20 rocznica śmierci Zbigniewa Herberta, jednego z najwybitniejszych polskich poetów.

Tytuły w gazetach po ich śmierci oddawały różnice między nimi i ich muzyką. „Szara klatka, kolorowy ptak”, „Ona miała siłę”, ale chyba najcieplej i najsmutniej zarazem, pożegnał ją tygodnik „Angora” dając tytuł na okładce cytatem z jednej z jej piosenek „Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho”. Oczywiście na przekór temu, co się działo w stacjach radiowych i telewizyjnych. Tam nie było cicho, piosenki Kory nie schodziły tego dnia z anteny. Tytuły odnoszące się do Tomasza Stańko mówiły o Nim i Jego muzyce co innego. „Szorstki liryk”, „Samotny ekscentryk jazzu”. Taka była Jego muzyka i dlatego był tak wielki w tym, co robił.

Urodził się w Rzeszowie w 1942 roku, ale w wieku 6 lat przeniósł się z rodzicami do Krakowa. Mówił, że do Rzeszowa wraca z sentymentem ogromnym, z jakim każdy wraca do miejsca swego urodzenia i dla miasta swego urodzenia skomponował hejnał na trąbkę, który nagrał i którego dźwięki rozchodzić się będą po Rzeszowie po wszystkie czasy. Ale jednocześnie przyznawał, że najbardziej związany jest z Krakowem, gdzie rozpoczęło się jego niecodzienne, światowe muzyczne życie jazzmana. Był też dumny z tego, że w ostatniej dekadzie swego życia został nowojorczykiem i wyrobił sobie kartę nowojorczyka, specjalny dokument tożsamości tylko dla mieszkańców Nowego Jorku. Uwielbiał to miasto, bo jest ono stolica światowego jazzu, a jazz to było jego życie.

Podobno trąbka nie stałaby się jego życiem, gdyby nie harcerstwo. Uczył się oczywiście gry na pianinie i na skrzypcach, ale bez przekonania, a tym bardziej bez pasji, która czyni wirtuoza. Na obozie harcerskim okazało się, że jest jedynym, który ma jakikolwiek kontakt z muzyką, więc zlecono mu grać na sygnałówce. To był przełom. Po powrocie do domu poprosił rodziców, by mu kupili trąbkę z prawdziwego zdarzenia i od tego momentu nigdy już z tym instrumentem się nie rozstał. Do jazzu doszedł słuchając audycji Willisa Conovera w radiostacji Głos Ameryki i przesiadując w nocnych klubach Krakowa, gdzie ten rodzaj muzyki zaczął się pojawiać. Niejako „po drodze” ukończył krakowską Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną uzyskując dyplom trębacza.

Pierwszy zespół (Jazz Darings) założył w 1962 r., gdy miał 20 lat. Grali w nim kontrabasista Jacek Ostaszewski , a na fortepianie Adam Makowicz. Koncertowali w Helikonie, najważniejszym klubie jazzowym Krakowa. Wiosną roku następnego do wspólnego grania namówił Stańkę Michał Urbaniak, który zarekomendował go Krzysztofowi Komedzie mającemu już za sobą muzykę do „Noża w wodzie” Romana Polańskiego. Podobno późniejszemu kompozytorowi „Kołysanki” do filmu „Dziecko Rosemary” zameldował się jednym zdaniem: „Dzień dobry panu, nazywam się Tomasz Stańko”, na które usłyszał odpowiedź składająca się z dwóch słów : „Jutro próba”. I trzy dni później grał już w zespole Komedy na festiwalu Jazz Jamboree. Jak się okazało, był to przełomowy moment w karierze młodego trębacza. Te pierwsze chwile w zespole Komedy wspominał tak: „Od razu złapaliśmy więź. Stałem się nadwornym trębaczem Komedy, brał mnie wszędzie. Nagrywałem jego filmy, wyjeżdżaliśmy na festiwale. Nic nie mówił, a wszystko było wiadome. (…) przekazywał ten swój rodzaj intensywnego przeżywania i to się ludziom udzielało. Wydaje mi się, że to głownie dzięki temu tak wiele przy nim skorzystałem, bo muzycznie szedłem trochę innym krokiem”.

Michał Urbaniak, który zarekomendował Tomasza Stańkę Krzysztofowi Komedzie, wspomina tamte czasy następująco:

To była wiosna 1963 roku. Grałem ze Zbyszkiem Namysłowskim, kiedy zrobiłem swój pierwszy zespół, w składzie znalazł się również Tomek. Pierwszy koncert mieliśmy w Opolu, w klubie bezalkoholowym, w którym podawano wermut ze spirytusem. Najlepiej pamiętam nasze wspólne granie z Krzysiem Komedą. Tomek był burzycielem. Wszyscy wiedzieli, co maja grać, ale on umiał tak to popsuć, by sprowokować nas do stworzenia czegoś nowego. Pamiętam uśmiech Krzysia, który nie mógł uwierzyć, że taka muzyka się dzieje. Stańko muzycznie nikogo i niczego się nie bał”.

Paweł Brodowski, red. naczelny „Jazz Forum” powiedział o Tomaszu Stańce: „Z kimkolwiek i gdziekolwiek grał, wystarczyły dwa, trzy dźwięki, by wiedzieć, że to trąbka Tomasza Stańki. Rozpoznawalny ton to największy skarb w muzyce jazzowej. Osiągnął wszystko, co mógł, więcej, niż się spodziewał. Przecież jakieś 25 lat temu mu nie wychodziło, ale nagle się podniósł. Szef wytworni ECM, Manfred Eicher przypiął mu nowe skrzydła i razem odlecieli na wspaniałych płytach. Spełnił się też amerykański sen. Stolicą jazzu w skali światowej jest Nowy Jork i on tam miał mieszkanie – nie dlatego, że potrzebował, ale dlatego, że mógł. Był chyba jedynym obok Michała Urbaniaka Polakiem, którego nazwisko pojawiało się w zestawieniach magazynu „Downbeat”.

Rafał Księżyk w „Tygodniku Polityka” zmieścił kilka zdań o jego życiu poza estradą: „Był twardzielem nie do zdarcia, mógłby grac w jednym zespole z Keithem Richardsem. Życiorys też miał iście filmowy. Są w nim hotelowe awantury, dzikie romanse, nielegalna sesja w świątyni Taj Mahal, buszowanie po nowojorskich loftach i fińskich bezdrożach. I pełno używek, które podkręcały ten lot. Haszysz, amfetamina, alkohol. Artysta nie krył, że u schyłku lat 80. dotarł do dna. Ale potrafił się od niego odbić, by trafić na szczyt. W latach 90., gdy jego światowa kariera nabrała tempa, zadecydował, że rzuci nałogi, co uczyniło go jeszcze twardszym. (…) Stanko to jazz, jakiego już nie będzie. Był jednym z ostatnich mistrzów starej szkoły. (…) Szorstki liryzm, pokiereszowane piękno. To brzmienie, w którym jest jakaś egzystencjalna ludzka prawda, bolesna i oczyszczająca”.

PS Tomasz Stańko spoczął w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach. Uroczystość pożegnania trębacza odbyła się 10 sierpnia. 

Michał Krzeszowiec