Otwarte głowy genialnych dzieci

str-17-genialne-dzieci

Moje pokolenie i jeszcze co najmniej trzy kolejne (liczy się, że pokolenie zmienia się co 30 lat) mogły tylko marzyć, by uczyć się za granicą i to marzenie dotyczyło także najzdolniejszych. Nie musiały o tym marzyć tylko dzieci dyplomatów, kacyków i polityków z najwyższego szczytu komunistycznego świecznika. Cała reszta była skazana na naukę i studia w kraju, co oczywiście wcale nie znaczy, że polskie uczelnie nie wykształciły wielu świetnych naukowców, wynalazców i wybitnych fachowców w wielu innych dyscyplinach. Jednak odcięcie od uczelni europejskich, nie mówiąc już o amerykańskich, nie umożliwiało bycia w głównym nurcie światowej nauki.

Studia zagraniczne (możliwe były w obrębie krajów komunistycznych), szczególnie w krajach Zachodu były nieosiągalne także ze względów finansowych, bo żaden z Polaków zarabiających przed rokiem 1989 rokiem od 20 do 25 dolarów miesięcznie nie miał szans na kształcenie dziecka w renomowanych zagranicznych uczelniach, gdzie roczne czesne wynosiło kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Różne zagraniczne fundacje przyznawały co prawda Polakom stypendia, ale bardzo nielicznym. Marzeniem ówczesnej młodzieży studiującej, tej wyróżniającej się innowacyjnością, kreatywnym myśleniem, było też zdobycie uznania ze strony ich nauczycieli. Dziś wszystko się zmieniło.

Zdolne dzieci nie tylko mają możliwość realizowania swoich pomysłów, ale także wsparcie instytucjonalne, uczestniczenie w konferencjach naukowych, starania się o patenty dla swoich wynalazków. Wsparcie instytucjonalne daje m.in. stowarzyszenie o nazwie Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci. Wspiera rocznie ok. 500 dzieci, wysyła je na staże, bezpłatne warsztaty naukowe, finansuje wyjazdy na zagraniczne konkursy i konferencje naukowe.

Konrad Adler bardzo chciał wziąć udział w Konkursie Unii Europejskiej dla Młodych Naukowców EUCYS, ale nie miał pomysłu, który uznałby za na tyle nowatorski, by zainteresował jury tego konkursu. Szukał pomysłów w Internecie, oglądał telewizję i pomysł przyszedł do niego ze szklanego ekranu, na dodatek z emitowanej tam reklamy. Reklama dotyczyła środka do wzmacniania włosów i w jej trakcie padło słowo kreatyna, która według autorów tekstu reklamy, ma bardzo duży wpływ na wzmacnianie włosów. Konrad zaczął czytać wszystko, co było możliwe na temat kreatyny. Wyczytał, że kreatynę rozkładają enzymy pewnego szczepu bakterii, a niedługo potem, że pióra zawierają 90 proc. kreatyny, zaś światowy przemysł drobiarski wytwarza rocznie ok. 4 mln ton piór (w Polsce 8 tys. ton). Z tymi milionami ton piór nie ma za bardzo co zrobić, więc część się spala, a część składuje, tak czy owak zanieczyszcza się środowisko. Rozumowanie Konrada szło logicznym tropem, więc natychmiast sformułował wniosek, że enzym ten musi też rozkładać pióra. Napisał więc list do Wydziału Biologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego i Statystki, opisał do czego doszedł i poprosił o udostępnienie laboratorium, by swoje rozumowanie udowodnić praktycznie. Uczelnia przychyliła się do jego prośby i wakacje 2017 roku spędził w laboratorium. Badania przyniosły kilka odkrywczych efektów. Po pierwsze – okazało się, że enzymy rozkładają pióra w ciągu 48 godzin, po drugie po rozpuszczeniu piór powstaje zawiesina, którą można wykorzystać jako nawóz organiczny, po trzeci e – okazało się, że wspomniany enzym oddziela również sierść i wełnę od skór, więc można go wykorzystywać w garbarniach zamiast żrących, chemicznych środków. Konrad zdobył pierwszą nagrodę w polskiej edycji konkursu EUCYS i w tym miesiącu weźmie w nim udział na szczeblu europejskim. Ma nadzieję, że w świecie biznesu znajdzie się ktoś, kto nawiąże z nim współpracę.

Impuls do wynalazku Filipa Wylęgały z Katowic przyszedł od… Leonarda da Vinci. Filip jest pasjonatem lotnictwa, podczas wakacji we Włoszech namówił rodziców do odwiedzenia muzeum w Vinci, miejscowości, w której urodził się Leonardo. Oglądał w nim maszyny latające zaprojektowane przez genialnego Włocha i przy okazji dowiedział się, że Leonardo odkrył proporcjonalny rozwój gałęzi drzew. Okazuje się, że jeśli gałąź się rozwidla, to suma promieni tych gałęzi jest równa promieniowi gałęzi, z której wyrosły. Rodzicie Filipa są lekarzami, więc dom jest pełen lekarskich książek, a Filip z mniejszym lub większym zainteresowaniem je przeglądał. Za którymś razem wziął książkę dotyczącą okulistyki i gdy zobaczył zdjęcie naczyń krwionośnych siatkówki oka, ich obraz skojarzył natychmiast z rozwidlającymi się gałęziami drzew. Logiczny ciąg rozumowania, wsparty komputerowymi analizami i obliczeniami pozwolił mu sformułować wniosek, że również w siatkówce oka występuje zbieżność promieni nowych gałęzi naczyń krwionośnych z naczyniem macierzystym. Jeśli następuje od tego odstępstwo, zarówno w górę, jak i w dół, oznacza to, że w oku występują zmiany chorobowe. Zmiany wykrywalne gołym okiem dotyczą już zaawansowanego stadium choroby, natomiast metoda Filipa pozwala wykryć bardzo wczesne jej stadium, gdy jeszcze nie doszło do zmian patologicznych. Włączone wtedy leczenie pozwoli zahamować rozwój choroby. Filip złożył wniosek o patent na wykrytą przez siebie metodę rozpoznawania choroby siatkówki i czeka.

Na decyzję rzecznika patentowego czekają też Oliwia Krzemień i Bartosz Biesiadecki, oboje z Krakowa. Są tegorocznymi maturzystami. Młodszy brat Oliwii często chorował na zakażenie układu moczowego, więc siostra postanowiła pomóc młodszemu bratu i opracować metodę wykrywania leukocytów w moczu małych dzieci, bez konieczności jego pobierania, o co u małych dzieci bardzo trudno. Zaraziła swoim pomysłem Bartosza i po długich badaniach w szkolnym laboratorium wynaleźli płyn, którym wystarczy polać pieluchę dziecka, by zdiagnozować chorobę układu moczowego.

Drogę pod górę miał natomiast Patryk Arłamowski, dziś już 30-letni właściciel własnej firmy, produkującej urządzenia elektroniczne dla inteligentnych domów. Ale gdy jeszcze chodził do szkoły wymyślił inteligentny wózek inwalidzki sterowany ruchem gałek ocznych lub myślami. Wózek uznano za rewelacyjny polski wynalazek, ale nie znalazł się nikt, kto by się podjął jego produkcji. Następnym wynalazkiem Patryka była urna wyborcza, która sama zliczała głosy, ale włącznie z państwem nie było nikogo kto by chciał w to zainwestować. Po tych doświadczeniach Patryk mówi: W Polsce nie ma systemu, który pomagałby młodym zdolnym komercjalizować pomysły. Organizacje deklarujące taką pomoc dbają o swój interes. Takie jest moje doświadczenie. A co do patentowania, to jest to długa i niepewna droga. Za patent na rynek polski trzeb zapłacić kilka tysięcy złotych. Aby wyjść poza Polskę, trzeba wyłożyć kilkadziesiąt. Na przykład patent na elektronikę w USA kosztuje 40 tys. zł. Ale nie mówię, że nie warto.

Profesor Magdalena Fikus, biolog i biochemik, członek jury Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci mówi: Nie uważam, że pojawiło się więcej zdolnych, oni zawsze byli, tylko teraz mają lepsze możliwości. Szkoła powszechna wciąż jest masowa, ale od 15 lat działają elitarne szkoły społeczne. Ich elitarność nie polega na wbijaniu wiedzy, tylko na nauce myślenia. A co do wybitnych gimnazjalistów i licealistów, to nie zostaną od razu naukowcami. Na pewno nauczą się metodologii i cierpliwości (…). Powiedziałabym, że nauczą się, jak się uczonym zostaje. (…) Oni zwracają uwagę na to, aby ich wynalazek odnosił się do życia codziennego. (…) Jest mi przykro, że po studiach wyjadą za granicę, gdzie będą szukać lepszych warunków.

PS Wypowiedź prof. Magdaleny Fikus zaczerpnąłem z Dużego Formatu, dodatku Gazety Wyborczej z 3 września br.

Przemysław Taborski