Padają polskie delikatesy

str-17-padaja-polskie-delikatesy

Gdy zaczęła kształtować się w Polsce klasa średnia zauważyło to kilku uważnie obserwujących rynek handlowców, którzy doszli do wniosku, że należy odpowiedzieć na snobizm posiadaczy ponadprzeciętnej gotówki. I postanowili otworzyć dla nich sklepy spożywcze, które uwolniłyby ich od towarzystwa wegetujących na „kuroniówce” bezrobotnych, emerytów starego portfela i innej biedoty kupującej rozłożony na paletach towar w „Biedronce” oraz innych dyskontach.

Pionierem były delikates gdyńskiej firmy Bomi, założonej już w roku 1990. W tym samym roku poznanianka Eleonora Woś z synami, których imiona dały nazwę firmie, założyła delikatesy Piotr (z zawodu inżynier) i Paweł (z zawodu kucharz). Rok później krakowianin Jerzy Mazgaj postanowił usatysfakcjonować ludzi zasobnych w gotówkę, więc otworzył w Krakowie delikatesy Alma, które przez 16 lat nadawały ton spożywczym zakupom z wyższej półki i za wyższą gotówkę. Przyjemnie było wejść do ich sklepów, które wyglądem, wyposażeniem i asortymentem towaru przebijały kilkakrotnie uważaną wtedy za sieć biedoty „Biedronkę”. Najpóźniej, bo w roku 1994 pojawiła się w Krośnie w woj. podkarpackim firma FRAC, która co prawda nie używała w nazwie słowa „delikatesy”, ale od początku oferowała towar z wyższej półki.

Wszystkie te firmy zostały założone z udziałem polskiego kapitału i wszystkie na początku drugiej dekady trzeciego tysiąclecia zaczęły popadać w kłopoty. Pierwsze upadły delikatesy Bomi, posiadające 36 sklepów w 20 polskich miastach. Ich upadłość likwidacyjną sąd ogłosił w roku 2013. Ekskluzywna Alma z rozsianymi po Polsce 49 sklepami dokonała żywota w roku 2017, a w obecnym gigantyczny, bo ze 148 sklepami w całym kraju, Piotr i Paweł. Delikatesy Piotr i Paweł nadal funkcjonują pod swoją nazwą, ale i Piotr, i Paweł oraz ich mama Eleonora nie mają już ani jednego udziału w firmie. Wszystkie przejął fundusz TFI Capital Partners i w ciągu najbliższego roku musi Piotra i Pawła sprzedać.

Nieźle natomiast trzyma się na powierzchni FRAC. Swoją działalność koncentruje przede wszystkim na rynkach trzech południowych województwach (podkarpackie, małopolskie, śląskie), ale i tak aby uniknąć większych kłopotów, w roku 2015 sprzedał sieci „Stokrotka” 19 spośród 40 swoich sklepów.

Co sprawiło, że trzy sztandarowe sieci polskich delikatesów musiały ogłosić upadłość?

Fachowcy twierdzą, że wszystkie popadły w pułapkę szybkiego rozwoju. Lata 90. były w polskim handlu swoistym eldorado. Zagraniczne sieci budowały jeden za drugim markety i hipermarkety nie angażując w to ani grosza swojego kapitału. Wszystko za pieniądze dostawców. Jeden z menadżerów, który na zarządzaniu polskim handlem zjadł przysłowiowe zęby, mówi o tych czasach tak: W styczniu braliśmy towar, a płaciliśmy za niego po trzech miesiącach. W tym czasie za te pieniądze można było wybudować dwie hale, a po kilku kolejnych miesiącach one się już spłaciły.\

Właściciele polskich delikatesów też chcieli mieć jak najwięcej sklepów i w atrakcyjnych lokalizacjach. Ale… nie budowali hal, a więc nie dysponowali tak dużą powierzchnią ekspozycyjną, jak hipermarkety zachodnich firm. Tym samym nie mogli więc mieć tak dużej jak one liczby rywalizujących ze sobą dostawców, na których udawałoby się wymuszać trzymiesięczne terminy płatności za towar. Polscy i nie tylko polscy producenci godzili się na paskarskie warunki płatności, bo markety oraz hipermarkety były wtedy dla Polaków nowością i fala uderzeniowa uderzała między ich półki. Delikatesy nie miały masowego klienta, ich klient był wyselekcjonowany podług snobizmu i zasobności portfela. Ale właściciele delikatesów Bomi, Alma, Piotr i Paweł też chcieli być w atrakcyjnych punktach.

Zarówno twórcy Bomi, Almy jak i Piotra i Pawła zaczynali swoją przygodę z handlem poza stolicą, bo w Gdyni, Krakowie i Poznaniu. Po otwarciu sklepów w tych miastach wzrok wszystkich skierował się na stolicę, gdzie najszybciej przybywało ludzi zasobnych, których stać było na zakupy wyszukanych, a tym samym drogich artykułów spożywczych. Nie dysponując pieniędzmi dostawców, jak w przypadku sieci, właściciele delikatesów musieli się posiłkować w swoich inwestycjach kredytami. I wpadli w ich sieci. Najbardziej atrakcyjne punkty handlowe stanowiły dla wszystkich właścicieli delikatesów galerie handlowe, które powstały po hipermarketach i do których przerzucili się klienci. Twórcy delikatesów postanowili podążać za klientami, ale właściciele galerii wyczuli interes i zaczęli żądać coraz wyższych czynszów. Jeśli w jakiejś galerii ulokowała się Alma, to płaciła tyle, ile zażądał właściciel, bo jej zarządcy wiedzieli, że jeśli nie zapłacą, to w ich miejsce wskoczy Bomi albo Piotr i Paweł. Zamiast współpracować, zaczęli ze sobą konkurować, de facto licytować, kto da więcej. Gdy upadło Bomi i zwolniło miejsce w warszawskiej galerii Klif, Alma zgodziła się płacić 300 tys. zł miesięcznie. Gdy Alma padła, na jej miejsce wszedł Piotr i Paweł.

Koszty wynajmu powierzchni handlowej to jedno, zaś drugie największe źródło kosztów to płace personelu. Fachowiec od handlu tłumaczy, że przeciętny dyskont zatrudnia 14 osób, supermarket, w którym są osobne stoiska z konkretnymi produktami (sery, wędliny, alkohole, ryby), ma o osiem-dziesięć osób personelu więcej, a delikatesy muszą zatrudniać nawet 30 osób. I dodaje, że przyjemność kupowania w delikatesach kosztuje, co jednak wcale nie znaczy, że jest rentowna dla właściciela. W tej sytuacji otwarcie sklepu delikatesowego zwraca się po siedmiu, ośmiu latach, supermarketu po pięciu, sześciu, a różnica w kosztach kredytu sześcioletniego i ośmioletniego jest ogromna.

Trzeci czynnik, który obniża rentowność delikatesów to moda. Młodzież, która nie pamięta już czasów komuny, ma inne potrzeby i gusty od klientów delikatesów. Ona chce zakupy łączyć z towarzystwem znajomych, z którymi będzie można także coś zjeść czy posłuchać koncertów. I takie miejsca już są. Na razie w stolicy, ale wszystko wskazuje na to, że bardzo szybko rozplenią się po całej Polsce. Na zakupy zaczyna bowiem chodzić nowe, inne od dotychczasowego pokolenie, mające inne potrzeby i oczekiwania. To pokolenie raczej będzie omijać delikatesy i dyktować handlowcom swoje warunki. Kto ichnie spełni, ten upadnie.

Patryk Musiał