Pałac Saski jako symbol…

str-23-ruiny-palacu-saskiego

W trakcie swego wystąpienia podczas obchodów setnej roczny odzyskania przez Polskę niepodległości, prezydent Andrzej Duda wyjawił, że należy, i on jest jak najbardziej za tym, odbudować w Warszawie Pałac Saski, jako symbol… No właśnie, symbol czego? Prezydent RP stwierdził, że będzie to symbol odzyskania przez Polskę państwowości, ale dlaczego tym symbolem ma być akurat odbudowa Pałacu Saskiego? Historycy uważają, że akurat losy tego pałacu nie za bardzo nadają się na symbol niepodległości, a decyzja o zaniechaniu jego odbudowy była świadoma i była symbolem… zniszczenia Warszawy przez hitlerowców po upadku Powstania w 1944 roku.

W pałacu mieszkał, i owszem, król Polski ale wywodzący się z Sasów, w latach 1808 do 1816 był własnością królów Saksonii, potem Sasi sprzedali go rządowi Królestwa Polskiego. W tymże czasie mieściło się w pałacu Liceum Warszawskie, w którym języka francuskiego uczył od października 1810 r. niejaki Mikołaj Chopin i z tej racji wraz z żoną Justyną, trzyletnią córką Ludwiką i dopiero co narodzonym, kilkumiesięcznym synem Fryderykiem, zamieszkał na drugim piętrze prawego pałacowego skrzydła. Chopinowie mieszkali w pałacu w latach 1810 – 1817. Przed II wojną światową Pałac Saski był już tylko zbiorowiskiem biur i urzędów, znajdowało się tam m.in. Biuro Szyfrów, w którym pracowali trzej wybitni polscy matematycy Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski. Tak, tak, to ci, którzy pierwsi złamali kody niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Ale też bardziej dociekliwi i mniej pruderyjni historycy wytropili oraz nie omieszkali o tym napisać, że w pałacu w swoim czasie znajdował się także przybytek, nazwijmy to – rozkoszy, czyli najzwyklejszy burdel. Jak się okazuje, nawet najbardziej zacna budowla, może kryć w sobie zaszłości, które nieco ją z tej zacności obnażają. Ale to tak na marginesie…

Tak naprawdę to Pałac Saski powinien się nazywać Pałacem Morsztynów, ponieważ to właśnie jeden z przedstawicieli tego rodu, konkretnie Tobiasz Morsztyn, jeszcze w pierwszej połowie XVII wieku wybudował sobie w tymże miejscu dwór. Tobiasz był postacią niebanalną, bo między innymi został posłem nadzwyczajnym Rzeczypospolitej w Królestwie Danii. No, ale jego spadkobiercy, Janowi Andrzejowi Morsztynowi, też postaci nie byle jakiej, bo był i poetą, i ambasadorem we Francji, dwór przodka musiał się wydawać zbyt ciasny. I w roku 1661 rozpoczął w jego miejscu budowę piętrowego i okazałego pałacu w stylu barokowym. Jednak nie za długo się nim cieszył, bo zmarł w roku 1693.

Dwadzieścia lat po jego śmierci pałac kupił król August II Mocny i też rozpoczął jego przebudowę, która trwała do roku 1724, a więc 11 lat. Przebudowa była znacząca, podobnie jak rozbudowa, ponieważ do kompleksu pałacowego włączono sąsiadujące z nim rezydencję magnacką Sanguszków, która wpisała się w historię warszawskiej przestrzeni miejskiej jako pałac Brühla, a także rezydencję biskupa Teodora Potockiego. Tę drugą 0przekształcono z czasem w Pałac Błękitny dla córki króla Augusta II, Anny Orzelskiej. Wnętrza pałacu też uległy znaczącym przemianom, a autorem ich dekoracji był francuski malarz Louis de Silvestre, przedstawiciel barokowego stylu dworskiego.

August II był z Sasów i od tego zapewne czasu pałac nazywano Saskim, która to nazwa przetrwała do współczesności. Ale kształt pałacu przez tego Sasa przebudowanego nie dotrwał do naszych czasów, ponieważ w czwartej dekadzie XIX w. pałac nabył majętny rosyjski kupiec Iwan Skwarcow, który na ten cel wysupłał ze swej pojemnej kiesy 115 200 złotych i… Oczywiście przystąpił do jego przebudowy, bo pewnie styl barokowy był już dla niego przeżytkiem. Ogłosił więc konkurs, w którym wzięli udział znani i mieszkający w Polsce włoscy przedstawiciele klasycyzmu: Henryk Marconi oraz Antonio Corazzi, a także niejaki Adam Idźkowski, absolwent sztuk pięknych na dopiero co założonym (1816 r.) przez cara Uniwersytecie Warszawskim.

Konkurs wygrał Marconi, jednak rządzący Warszawą carski namiestnik Iwan Paskiewicz, jak na satrapę przystało, wyrzucił projekt Włocha do kosza i arbitralnie zatwierdził koncepcję Idźkowskiego. Zgodnie z nią dokonano przebudowy całego gmachu w stylu klasycystycznym, a największą zmianą w stosunku do pierwotnego kształtu całej budowli było wyburzenie części środkowej pałacu i wybudowanie w jej miejscu kolumnady w porządku korynckim.

I jeśli zwolennicy odbudowy Pałacu Saskiego mówią o nim jako o symbolu, to właśnie ta kolumnada, a właściwie tylko pewien jej fragment może na to miano zasługiwać. Z tego względu, że władze II Rzeczypospolitej wybrały środkowy fragment arkad pałacowego kompleksu jako miejsce Grobu Nieznanego Żołnierza, którego uroczyste odsłonięcie nastąpiło 2 listopada 1925 roku. Z tym, że właśnie fragment kolumnady z Grobem Nieznanego Żołnierza ocalał z operacji wysadzania przez hitlerowców całego Pałacu Saskiego. Jako bardzo wiarygodną uznaje się bowiem hipotezę, że niemiecki żołnierz nie włożył laski dynamitu do przygotowanego w tym miejscu otworu ze względu na szacunek dla złożonych tam szczątków bezimiennego polskiego żołnierza. Gdyby to była prawda, byłby to też dowód na to, że w czasach barbarzyństwa nie wszyscy ludzie upadli do poziomu największego zezwierzęcenia.

Do odbudowy Pałacu Saskiego dążą, w imię jakiejś wyimaginowanej „prawdy historycznej”, środowiska prawicowe. Przeciwny mówią, iż ironia tkwi w tym, że chcą go odbudować w kształcie, który nadał pałacowi nadziany złotymi rublami rosyjski kupiec, wsparty w swoich działaniach przez Iwana Paskiewicza, jednego z najokrutniejszych carskich generałów, który bezlitośnie stłumił Powstanie Listopadowe.

Jarosław Trybuś, główny kurator wystawy Muzeum Warszawy, należy do zdecydowanych przeciwników odbudowy Pałacu Saskiego. Uzasadnia go następująco: – Budynek przywołuje się jako jeden z architektonicznych symboli przedwojennej Warszawy. Owszem, pałac stał przy jednym z najważniejszych placów miasta, nie był jednak uważany za perłę architektury. Dowodem tego było choćby dopuszczenie likwidacji budynku, zawarte w warunkach konkursu na przebudowę Placu Marszałka Piłsudskiego z 1935 roku. Niech nie zwiedzie nas efektowna kolumnada, pałac w formie z 1939 roku nie był reprezentacyjny, nie miał głównego wejścia, ani eleganckich wnętrz. Budowa byłaby przede wszystkim, użyję mocnych słów, historycznym fałszerstwem. Decyzję o tym by po wojnie nie odbudowywać pałacu podjęli ludzie, którzy przeżyli tę wojnę. Widzieli zniszczone miasto i pamiętali jak wyglądało przed wojną. To ci ludzie w pełni świadomie zdecydowali pozostawić jedyną w mieście trwałą ruinę, trzy łuki na ścianie drzew (chodzi o Grób Nieznanego Żołnierza), by przypominała o tym czego doświadczyła Warszawa. Poruszający, piękny obraz.

Naczelny konserwator zabytków Warszawy, Michał Krasucki, uważa, że pozostawienie pustego miejsca po Pałacu Saskim i tylko fragmentu ruin, w którym znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza, jest świadectwem zniszczeń, jakich doznała Polska w wyniku II wojny światowej. I jako przykład podaje takie miejsca w innych krajach, które też doświadczyły zniszczeń i krwawej ofiary swoich mieszkańców. To także pomniki, tyle, że są to pomniki pustki, jaką pozostawia po sobie wojna.

Andrzej Fliss