Patologia czy szczęśliwe dzieciństwo?

lady-bunia

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Patrzę na dzieciństwo w dzisiejszych czasach i serce mi pęka. Te dzieciaki nie mają dzieciństwa, za grosz! Zastanawiam się dlaczego? Dlaczego my, wychowani zupełnie inaczej zabieramy dzieciakom to co najlepsze, beztroskę. Za moich czasów bawiliśmy się na podwórku całymi dniami. Wszystkie dzieci z bloku bawiły się razem, ktoś dorosły od czasu do czasu wyjrzał przez okno. Ktoś zwrócił nam uwagę kiedy byliśmy niegrzeczni. Czuliśmy się za siebie wzajemnie odpowiedzialni, starsi pilnowali młodszych. Godzinami grało się w gumę, skakało na skakance. Trzepak był centrum życia osiedlowego. Tak, tak trzepak, ten usytuowany tuż przy śmietniku, pełnym bakterii i smrodu. Podłoże pod trzepakiem było betonowe. Wisiało się na tym trzepaku głową w dół, huśtało się wisząc za nogi. Wspinaliśmy się po kilkoro, ktoś siedział wyżej, ktoś wisiał niżej. Nikt nie zginął o dziwo! Mało tego, nawet nikt nie złamał reki! Dziś takie zabawy są niewyobrażalne. Nikt by na to nie pozwolił, place zabaw mają specjalne podłoże. Zabawy w chowanego w piwnicy. Obok mojego bloku, był opuszczony dom. Tam dopiero była zabawa. Wchodziło się drzwiami, wychodziło oknem. Drzewa były przez nas oblegane, każdy miał swoją gałąź na którą się wspinał. Ja byłam za mało sprytna więc zajmowałam najniższą gałąź na orzechu. Przechodzenie przez płot, umiejetność obowiązkowa. Nawet taka mało sprytna Jola uczyła się tego. Nie było lekko, bo za jednym z pierwszych podejść zawisłam za gatki i wrzeszczałam w niebogłosy, wzywając w ten sposób starszą siostrę na pomoc. Jeździliśmy na wrotkach i rowerach bez kasków. Każdy miał kilka siniaków, zdarte kolana i tyle. Pamiętam jak zaczęłam jeździć na rowerze siostry, nie umiałam używać dzwonka, nie mogłam więc go użyć i żeby nie potrącić kobiety skręciłam nagle i wpadłam w wykop pod nowy blok. Jakoś się wygramoliłam i nie martwiłam się obitym ciałem tylko tym czy składak siostry jest cały? Nosiliśmy scyzoryki i małe nożyki do gry. Nie pamietam nazwy tej gry, ale rzucało się nożem z zamiarem wbicia go w ziemie. Zwykle kapsle z oranżady były kolarzami. Robiło się sekrety zakopując szkiełka. Znaleziony kawałek szkła to był skarb. Nikt nikomu nie zrobił krzywdy, nawet nikt się nie skaleczył. Zabawa w podchody po całym osiedlu. Każdy chodził z kluczem zawieszonym na szyi. Piliśmy wode z jednej butelki, dawało się „gryza” jabłka czy kanapki. Kto tam mył ręce przed jedzeniem? W jedną rękę kawałek kiełbasy w drugą piętka chleba i biegło się na podwórko. Kiedy padał deszcz zabawa przenosiła się na klatkę schodową. Graliśmy w karty, monopol, chińczyka, warcaby czy państwa i miasta. Tak spędzało się niemalże całe wakacje. Nieliczni jeździli na kolonie czy wczasy z rodzicami. Chodziło się na działki na czereśnie czy truskawki. Kiedy byliśmy gdzieś w połowie podstawówki jeździło się autobusem nad wodę, pływało się kajakiem lub rowerem wodnym. Dzisiaj by nikt takim dzieciom nie wypożyczył sprzętu wodnego.Wtedy nie było problemu. Zimą było zawsze lodowisko albo wypad na sanki. U mnie na końcu osiedla były małe górki. Wszystkie dzieci tam szalały od rana na sankach. Na pierwszą trzydzieści szło się do domu na obiad. Spodnie przymarzały do pupy. Stawało się przy kaloryferze na klatce schodowej żeby wysuszyć, a raczej odmrozić spodnie. Po obiedzie zmiana spodni i na sanki do zmroku. Nikt nie chorował. Pamiętam jednej zimy były takie mrozy, że zamknięto szkoły.Wszyscy od rana byliśmy na sankach, piękny czas. Rodzice zabierali nas ze sobą do znajomych na imprezy. Nie było nianiek. Każdy przychodził z dziećmi, rodzice się bawili w jednym pokoju, dzieci w drugim. Nakrętki z wódki były super zabawką. Kuzyni sypali do środka saletrę przykrywało się kawałkiem bristolu i wkładało zapałkę. Takie odpalone „bomby” rzucaliśmy z balkonu na klatce schodowej wprost na chodnik przed blokiem. Do szkoły nikt nas nie odprowadzał ani nie woził. Rodzice pracowali, a my szliśmy sami, wszystkie dzieci z osiedla szły. Przechodziliśmy przez drogę A4, która jeździły tiry. Nie było sygnalizacji świetlnej, a pasy były za daleko. Przechodziliśmy więc w miejscu niedozwolonym. W dzisiejszych czasach jest to nie do pomyślenia. Wychowywane w ten sposób dzieci okrzyknięto by patologią. Byłby pewnie sąd rodzinny, kurator i sam Pan Bóg wie co jeszcze. Dzisiejsze dzieci są wychuchane, wydmuchane. W wieku lat dziesięciu nie potrafią obrać ziemniaków, no bo jak można dać dziecku tak niebezpieczne narzędzie jak nóż? No jak? Dzisiaj dzieci się zawozi, odbiera. Nie wyobrażamy sobie jak siedmiolatek mógłby iść sam do szkoły, ja chodziłam i żyję. Z nożem na podwórko? Nie chcę myśleć co by się działo. Dzis rodzice nie kupują dziecku pistoletu zabawkowego, bo to jest złe! Bo wyrośnie na mordercę. Pamietam jak kiedyś koleżanka powiedziała mi, że boi się mojego syna Kubunia. Zapytałam zdumiona (miał 6-7 lat) dlaczego. A bo on ciagle bawi się pistoletami. Byłam w szoku, co za myślenie. Ja wychowałam się na czasopiśmie kryminalnym. Nie pamiętam tytułu, tato przynosił chyba z pracy i chował. Miałam z 10 lat jak znalazłam, a tam same morderstwa i gwałty, zdjęcia ze zbrodni. Zaczytywałam się w tym w ukryciu przed rodzicami, bałam się i czytałam. Jakoś z tego powodu nie wyrosłam na mordercę. Wiedziałam jednak, że należy być ostrożną, bo może stać mi się krzywda. Dzieciaki za moich czasów były wysportowane, sprytne i zahartowane. Dziś pełno „kaszlaków”, które nie potrafią zawiązać butów czy zrobić kanapki. Siedmiolatek za moich czasów umiał zrobić herbatę, odgrzać obiad, a dziś w wielkim świecie siedmiolatków rodzina bije brawo, bo przestał spać w pampersie! Dla mnie to szok. Nikt mi nie powie, że to jest normalne, że dzieci powyżej trzeciego roku życia śpią jeszcze w pieluszce. Nie jest normalne, że siedmiolatek jest karmiony zamiast jeść samodzielnie. Ja w tym wieku obierałam ziemniaki na obiad i smażyłam jajecznicę. Chowamy kaleki społeczne. Świat niby idzie do przodu, technologia, komputery, dwulatek ma i-pada i gra w gry srając nadal w pampersa. Siedmiolatek woła, żeby mu podetrzeć pupę. Ośmiolatka nadal myje mama. Takim postępowaniem uwsteczniamy nasze dzieci. Sprawiamy, że stają się kalekami społecznymi. Nie dziwie się już, że dzisiejsza młodzież jest taka niedojrzała. Dzisiejsze dzieci są opóźnione w rozwoju o mniej więcej dziesięć lat. Zupełnie nie radzą sobie u progu dorosłego życia. To co my robiliśmy w wieku lat dwudziestu z czym sobie radziliśmy i co było dla nas normalne dla nich jest abstrakcją. Dzisiejsza młodzież potrafi obsługiwać mnóstwo sprzętów elektronicznych i aplikacji komputerowych. Niestety nie ma aplikacji ugotuj obiad czy zrób pranie. Z tak przyziemnymi czynnościami sobie kompletnie nie radzą. Ciesze się, że pochodzę z pokolenia wychowanego patologicznie i zaradnie. Dziękuje Bogu, że moje dzieci jeszcze miały to szczęście, że bawiły się na podwórku. Córka obrzuciła komuś błotem okno, syn pomalował sąsiadowi słupki ogrodzeniowe (mył następnego dnia, bo matka kazała), ale mieli szczęśliwe dzieciństwo. Grali w piłkę, jeździli na rowerach, hulajnogach. Niestety nie było już im dane popływać w jeziorku czy palić ognisko. Przy drugim dziecku byłam już z roku na rok bardziej „przeziębioną matka”. Na szczęście kiedy mój mały wychuchany synek miał dwanaście lat wyjechaliśmy na emigrację. Nie mogłam pozwolić sobie na dalsze chuchanie, bo byłam od rana do wieczora w pracy. Obcy kraj, język, metropolia i mój synuś sam chodził i wracał ze szkoły. Odgrzewal obiad na gazie. Zycie nas zmusiło i dzięki Bogu. bo w przeciwnym razie wychowałbym kalekę.