Pedofile w sutannach cz. 4

str-19-pedofile

Podczas koncertu w 1992 roku irlandzka piosenkarka Sinead O’Connor podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II. Katolicy w Polsce byli zbulwersowani, uznali ten gest za obrazę świętości, jaką był dla nich Karol Wojtyła. Co więcej, gest ten był dla niemal wszystkich katolików mieszkających nad Wisłą niezrozumiały, ale też nikt nie miał zamiaru im tłumaczyć, o co chodzi. Incydent w Polsce odnotowano, a potem na ten temat milczano, podobnie jak milczał Jan Paweł II, który wtedy miał przed sobą jeszcze 13 lat życia i 4 pielgrzymki do rodzinnego kraju.

Dziś już wiemy, co wiedziała wtedy Sinead O’Connor. A wiedziała to, o czym pisał później jeden z irlandzkich dziennikarzy w „Irish Independent”: „Nie jest to (pedofilia) historia smutnych, chorych facetów, którzy przypadkiem byli duchownymi. Wyszło na jaw, że jedną z funkcji, jaką pełnił Kościół w Irlandii, był klub. Był to narodowy klub pedofilów. Od dziesiątków lat wiedzieli to w Irlandii wszyscy zainteresowani: jeśli masz takie chore inklinacje, Kościół jest dla ciebie właściwym miejscem. Nie tylko ułatwi ci dostęp do chłopców i dziewczynek, lecz także zapewni zaufanie ze strony łatwowiernych rodzin i dzieci, pełnych bojaźni Bożej. A chroniąca cię instytucja, jej hierarchia, będzie budziła respekt i lęk wszędzie – od policji po władze państwowe. Który pedofil nie dalby dużo za dożywotnie członkowstwo w takim klubie?”.

Podarcie zdjęcia papieża, bez żadnego kontekstu co do jego narodowości, było gestem niezgody na milczenie w tych kwestiach Kościoła katolickiego i jego najwyższych hierarchów z papieżem na czele. Po wejściu na ekrany polskich kin filmu Wojciecha Smarzowskiego pt. „Kler” w polskiej prasie liberalnej pojawiło się sporo tekstów dotyczących odpowiedzialności Jana Pawła II za afery pedofilskie w łonie jego Kościoła, a podstawowe pytanie, ciągle zresztą aktualne, brzmi: Wiedział, czy nie wiedział?

Stanisław Obirek, były jezuita, który nie odbiera zasług Janowi Pawłowi II, ale jest jednym z nielicznych w Polsce krytyków tego pontyfikatu, pisze, że papież był izolowany od niewygodnych informacji przez swojego najbardziej zaufanego sekretarza (kardynał Stanisław Dziwisz), pochlebców i doradców. Ale ciąg wydarzeń pokazuje, że jednak musiał wiedzieć o pedofilii w instytucji, której przewodził.

Gdy w 2002 r. w wydawanym w Bostonie dzienniku „Boston Globe” ukazała się seria artykułów dotycząca bezkarności księdza, który przez 30 lat wykorzystywał seksualnie dzieci, okazało się, że nie był to jednostkowy przypadek. Dziennikarze ujawnili, że księży pedofilów było więcej. Ich zwierzchnik zaś, kardynał Bernard Law, zbratany z władzami miejskimi, politycznymi i policyjnymi miasta, o wszystkim wiedział i przestępstwa swoich podwładnych tuszował, przenosząc ich do innych parafii. Po pierwszych publikacjach gazety, do redakcji zaczęli się zgłaszać masowo ludzie wykorzystywani w młodości przez księży i okazało się, że nie były to wcale incydentalne przypadki, a przestępczy proceder na wielką skalę. Jak zareagował Jan Paweł II? Kardynał Law podał się do dymisji i uciekł do Watykanu, gdzie immunitet chronił go przed amerykańskimi organami ścigania, a Jan Paweł II nie tyle go nie ukarał, ale wręcz nagrodził, stawiając na czele jednej z czterech papieskich bazylik w Rzymie. Mało tego. Gdy po pedofilskim przestępczym procederze w łonie Kościoła kat. ujawnionym przez dziennikarzy „Boston Globe”, amerykański episkopat zaproponował zasadę przekazywania policji oskarżeń wobec duchownych, Watykan bardzo ostro się temu przeciwstawił. „Kardynałowie byli wstrząśnięci pomysłem, by biskupi mieli donosić na podwładnych. Przekonywali, że oznaczałoby to koniec wolności sumienia i porównywali rzecz do stalinowskich represji. To biskupi pośredniczą między Bogiem a człowiekiem zatem szacunek i autorytet im się po prostu należą” – pisała Joanna Podgórska w Tygodniku Polityka (nr 36). Można się tylko zadziwić, jaką butę, przewrotność i perfidię, a zarazem bezkarność ujawnia ten tok rozumowania najwyższych hierarchów Kościoła kat. Nie sposób uznać, że Jan Paweł II o tym sprzeciwie nie wiedział.

Ale najbardziej ciemną stroną pedofilii za czasów pontyfikatu Jana Pawła II jest postać duchownego, który założył zgromadzenie zakonne o nazwie Legion Chrystusa. Człowiekiem tym był urodzony w 1920 r. w Cotija de la Paz w Meksyku Marcial Maciel Degollado. To zaufany człowiek polskiego papieża. Mówi się, że był największym dostawcą do watykańskiego skarbca pieniędzy z datków zbieranych w kościołach Ameryki Południowej. Bardzo często widywano go u boku Jana Pawła II, był obejmowany, ściskany i błogosławiony. Towarzyszył papieżowi podczas jego pielgrzymek po Meksyku w latach 1979, 1990 i 1993. Papież powołał go także na eksperta Światowego Synodu Biskupów w Watykanie w latach 1991, 1993, 1997), został też stałym radcą Kongregacji Duchowieństwa, delegatem na Konferencję Episkopatów Latynoamerykańskich w Santo Domingo, ale przede wszystkim był pedofilem i człowiekiem rozwiązłym seksualnie. Nie znamy oczywiście odpowiedzi na pytanie, czy Jan Paweł II wiedział o czynach swego ulubieńca, gdy w roku 1994 Degollado obchodził uroczyście 50-lecie święceń kapłańskich.

W każdym razie jeszcze za życia polskiego papieża wiadomo było w kręgach watykańskich o pedofilskiej przestępczości Degollado. Ten człowiek był i mimo że już nie żyje (zmarł w 2008 r.), pozostaje nadal postacią w sposób najbardziej jaskrawy ilustrującą obłudę i hipokryzję ludzi Kościoła kat. Do utworzonego przez siebie Legionu Chrystusa przyjmował przede wszystkim dzieci i młodzież i odbierał od nich przysięgę, że zachowają w absolutnej tajemnicy wszystko, co się wewnątrz zgromadzenia dzieje. W perfidny i cyniczny sposób tworzył pole dla swojej bezkarności w przestępczym postępowaniu wobec kilkudziesięciorga dzieci i seminarzystów.

Mimo to do sfery publicznej przedostawały się informacje o przestępstwach Degollado. Do Watykanu zwracały się też bezpośrednio jego ofiary, ale hierarchowie stolicy katolickiego świata traktowali je jako kalumnie rzucane na Kościół w celu jego zdyskredytowania. Dopiero po śmierci tego prominentnego funkcjonariusza Watykan przyznał, że jego ofiarami było około 30 dzieci i seminarzystów. Mało tego, okazało się, że Marcial Maciel Degollado utrzymywał regularne stosunki seksualne z kobietami, zaś rzecznik Legionu Chrystusa podał, że spłodził co najmniej troje dzieci, a jeden z synów Degollado pozwał Legion Chrystusa o odszkodowanie za molestowanie przez własnego ojca. O życiu i działalności Degollado powstała też książka o znamiennym tytule „El ilusionista” („Iluzjonista”). Jej autor, Alejandro Espinoza, napisał że „pobożny” duchowny nagminnie uwodził bogobojne ale bogate kobiety dla ich pieniędzy. Pieniędzy, które zapewne stanowiły pokaźną część datków, jakie zakonnik wrzucał do watykańskiego skarbca. Czy w ten sposób zapewniał sobie brak reakcji ze strony luminarzy kanonicznego prawa?

W tym kontekście szokujące jest, że Jan Paweł II wskazywał Marciala Maciela Degollado jako wzór dla młodzieży. Nie sposób nawet przypuszczać, że polski papież był cyniczny, ale nie sposób też zakładać, że nie widział i nie słyszał. Bo przecież ani nie był niewidomy, ani głuchy. Być może wiedział, ale nie chciał wiedzieć.

Krzysztof Pipała