Pęknięty kryształ Morawieckiego

admin-ajax

Mateusz Morawiecki, szczupły, elegancki, znający języki, jednym słowem – marzenie matek posiadających córki na wydaniu, z chwilą wejścia w orbitę prezesa Jarosława Kaczyńskiego, natychmiast przyjął jego myśli. Młody Morawiecki (stary to Kornel Morawiecki – założyciel w czasach stanu wojennego Solidarności Walczącej) jest zaprzeczeniem modelu pochodzących z ludu polskich posłów. Z pełną świadomością nie używam słowa „polityk”, ponieważ w odniesieniu do zbyt dużej ich liczby jest ono aż nadto przesadne. Do polskiego parlamentu, a wcześniej w szeregi różnych partii, garnie się mnóstwo ludzi, dla których mandat poselski jest równoznaczny z radykalną zmianą na lepsze swojej sytuacji materialnej. „Do polityki idą” więc dla pieniędzy. Młody Morawiecki jest przeciwieństwem tego modelu. On wszedł do polityki mając za sobą karierę bankowca, był prezesem BZ WBK (dziś Santander Bank Polska), a co za tym idzie – konto zapełnione milionami złotych. Takie jest po prostu materialne życie prominentnego bankowca. Morawiecki nie szedł więc do polityki dla pieniędzy, bo już je miał. Chyba, że uważał, iż polityka powiększy jego majątek z kilkunastu milionów złotych do kilkudziesięciu albo nawet kilkuset. Ale w tej kwestii możemy tylko spekulować, ponieważ nigdy się nie dowiemy, jakie były jego rzeczywiste motywacje, by z samodzielnego prezesa banku stać się marionetką Kaczyńskiego. Wiadomo bowiem było, że skoro przylgnął do Kaczyńskiego, który w statucie swojej partii zagwarantował sobie dożywotnie jej prezesowanie, musi się Kaczyńskiemu podporządkować. I to zrobił. Mówiąc innymi słowami – stał się przekaźnikiem myśli prezesa i jego ustami. Z liberalnego bankowca, którego celem (taki jest cel każdego prezesa banku) jest maksymalizacja dochodów i zysku kierowanej przezeń instytucji, Morawiecki zaczął się przeistaczać w skromnisia, który żyje tak, jak żyją miliony Polaków zarabiających poniżej średniej krajowej i dla którego pieniądze nie stanowią celu działalności. Jej celem jest natomiast dobro i poprawa bytu tych, którzy żyją od pierwszego do pierwszego ratując się pod koniec każdego miesiąca chwilówkami z kasy zapomogowo-pożyczkowej albo kredytami lichwiarskich parabanków.

Ów liberalny bankier bardzo szybko przejął też retorykę Kaczyńskiego dotyczącą poprzedników, szczególnie z PO i PSL, ale też całej epoki III RP. Ulubionym bębnem do bicia Kaczyńskiego było piętnowanie poprzednich rządów, które w epoce III RP przyzwalały na uwłaszczanie się na państwowym majątku elitom, szczególnie zaś postkomunistom. Te „ballady peruwiańskie” prezesa PiS (zawsze były to bowiem insynuacje, nigdy nie podał konkretnego przykładu) były wielce miłe uszom młodego premiera Morawieckiego, toteż szybko zaczął je powielać. W ubiegłym roku w wywiadzie udzielonym jednemu z prawicowych dziennikarzy powiedział: „Wielu ludziom, w tym i mnie, oczy otwierały się coraz szerzej, kiedy patrzyliśmy, jak pod płaszczykiem haseł wolnego rynku następuje uwłaszczenie postkomunistów i osób dokooptowanych do systemu III RP”. Oskarżał wzorem Kaczyńskiego nie podając żadnych przykładów. To było tok temu.

W poniedziałek 20 maja br. Gazeta Wyborcza odpaliła bombę ukazującą obłudę premiera Mateusza Morawieckiego. Nie jest ani osobą „dokooptowaną do systemu III RP”, ani tym bardziej postkomunistą, ale jest modelowym przykładem uwłaszczania się na majątku pochodzącym z zasobów państwa. Z góry uprzedzam, że w tym, co zrobił, nie ma złamania prawa, natomiast jest wiele dwuznaczności i czynów ukazujących pokrętną naturę obecnego polskiego premiera.

W roku 1999 wrocławska cywilno-wojskowa parafia pw. św. Elżbiety we Wrocławiu stała się właścicielem 15 hektarów gruntów w dzielnicy Oporów w tym mieście. To konsekwencja ustawy, w wyniku której dolnośląskie parafie uznane zostały spadkobiercami parafii niemieckich i w związku z tym mogły występować o zwrot gruntów z zasobów skarbu państwa, o maksymalnej powierzchni 15 hektarów. Parafia pw. św. Elżbiety to zrobiła i została właścicielem 15 ha gruntów. W 2002 r. od proboszcza tej parafii, Sławomira Żarskiego, działki kupił Mateusz Morawiecki.

Ponieważ urzędnicy zajmujący się przekazywaniem działek Kościołowi kat. w wielu przypadkach domagali się od księży łapówek, sprawa trafiła do prokuratury. W 2006 r. w prokuraturze przesłuchiwany był też Mateusz Morawiecki, który w chwili prowadzenia sprawy przez śledczych był już właścicielem gruntów na Oporowie. W prokuraturze zeznawał następująco: „O możliwości nabycia działek na Oporowie dowiedziałem się od księdza kardynała Henryka Gulbinowicza. Moja rodzina od wielu lat dobrze zna księdza kardynała i z tego powodu czasami bywam u niego w gościnie. Pod koniec lat 90. głośno było o możliwości nabycia nieruchomości od Kościoła i ja, słysząc te informacje, zapytałem w czasie któregoś spotkania z księdzem kardynałem o takie nabycie. (…) Miałem świadomość, że Wrocław będzie się rozwijał w tym kierunku, i uznałem to za atrakcyjną inwestycję. (…) W ofercie wskazałem numery działek, które mnie interesują, a miałem je z kancelarii kurii. Tak zalecił mi kardynał, abym ustalił w kancelarii numery i wskazał je w ofercie. (…) W chwili, gdy dokonywałem zakupu tej nieruchomości, dla tego terenu nie było uchwalonego planu zagospodarowania przestrzennego”.

Z brakiem planu to prawda, tyle tylko, że Mateusz Morawiecki od 1998 do 2002 r. był radnym sejmiku woj. dolnośląskiego, a prace nad uchwaleniem owego planu rozpoczęły się w roku 2001. Jako radny mógł mieć w każdej chwili dostęp do szczegółów planu, który przewidywał m.in. budowę drogi szybkiego ruchu (do dziś jeszcze nie powstała) akurat przez środek działek posiadanych przez Morawieckiego.

Za 15 ha terenu kupionego od proboszcza Żarskiego, Morawiecki zapłacił 700 tys. zł, czyli 46,6 tys. zł za hektar, a więc ledwie 466 zł za ar. Według pośredników zajmujących się obrotem nieruchomości, realna wartość gruntu kupionego przez przyszłego premiera wynosiła w dniu transakcji ok. 4 mln zł. A dziś?

W biurze prasowym wrocławskiego urzędu miasta można usłyszeć, że podczas ostatnich trzech lat ceny terenów pod działalność gospodarczą we Wrocławiu osiągnęły wartość 250 zł za metr kwadratowy, czyli 25000 zł za ar. Ale pani Marlena Joks, prezes dolnośląskiego stowarzyszenia firm zajmujących się obrotem nieruchomości twierdzi, że na Oporowie ceny metra kwadratowego sięgają od 300 do 447 zł za m kw., czyli od 30 tys. do 44,7 tys. zł za ar. Wartość posiadanych przez Morawieckiego gruntów waha się więc od 45 mln do 67 mln zł. W przypadku najniższej ceny jest to 64 razy więcej niż zapłacił w roku 2002, a w przypadku najwyższej aż 96 razy więcej.

Trzeba przyznać, że Morawiecki umie robić biznes i pamięta o tych, którzy mu „w tej robocie” pomagają. Ksiądz Sławomir Żarski, który był proboszczem cywilno-wojskowej parafii św. Elżbiety, miał też stopień wojskowy i w 2018 r. awansował na generała. Mateusz Morawiecki był, z racji zajmowanego urzędu, w gronie tych, którzy decydowali o nadaniu mu tego stopnia.

Dwuznaczności i niejasności związane z milionowym biznesem premiera, potęguje wypowiedź jego żony, która, jak napisały służby prasowe rządu odpowiadając na pierwszy tekst GW w tej sprawie, dowiedziała się o możliwości kupna działek na Oporowie „od znajomego, który zajmował się pośrednictwem w sprzedaży nieruchomości”. Sprawa jest o tyle istotna, że albo Morawiecki mówił nieprawdę prokuratorom w 2006 roku, albo nieprawdę mówi teraz jego żona, co zostało zapisane w komunikacie prasowym rządu.

Współpracownicy Morawieckiego z BZ WBK twierdzą, że bardzo nie lubił, by informacje o jego zarobkach i majątku przedostawały się do opinii publicznej. Przed podjęciem działalności politycznej większość majątku przepisał więc na żonę, by nie wykazywać go w oświadczeniu majątkowym, które musi złożyć każdy polityk. Dobra o wartości milionów złotych nie przystają bowiem do kreowanego wizerunku skromnego premiera, od rana do nocy harującego w pocie czoła, by ze strefy biedy i nędzy wydobyć rodaków, którzy nie mieli tyle szczęścia co on na liberalno-kapitalistycznej ścieżce życia.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii