Pięć minut, które zmieniły losy II wojny światowej

str-24-midway

Pięć minut, które unicestwiły japońskie plany zniszczenia amerykańskiej floty i zapanowania na wodach Oceanu Spokojnego. Gdyby to się udało, bardzo realne stałoby się zaatakowanie nie tylko Australii, ale także zachodnich wybrzeży USA, na przykład Kalifornii. Ta konfrontacja flot japońskiej i amerykańskiej przeszła do historii jako „Bitwa o Midway”. Rozegrała się 4 czerwca.

Piszemy o tym niezwykle ważnym dla przebiegu wojny na Pacyfiku wydarzenia teraz, bo właśnie w połowie października amerykańska ekspedycja odnalazła na dnie oceanu wraki dwóch japońskich lotniskowców, które po skutecznym ataku amerykańskich samolotów poszły 77 lat temu na dno. Dziwnym zbiegiem okoliczności także w tych dniach na ekrany kin weszła filmowa superprodukcja o tej słynnej bitwie. Jest więc najlepszy moment, by przypomnieć to przełomowe dla losów świata wydarzenie sprzed trzech czwartych wieku.

Bitwa o Midway była konsekwencją wydarzeń sprzed pół roku, kiedy to japońska flota, a konkretnie samoloty stacjonujące na pokładach jej lotniskowców, zaatakowały bazę morską Stanów Zjednoczonych w Pearl Harbour na Hawajach. Przeprowadzony z zaskoczenia atak 353 japońskich samolotów bombowych, torpedowych i myśliwców zatopił 5 spośród 8 stacjonujących w bazie pancerników i dwa niszczyciele. Japońskim pilotom udało się też zniszczyć lub poważnie uszkodzić 328 amerykańskich samolotów na lotniskach wokół Pearl Harbor Zginęło 2335 amerykańskich marynarzy i żołnierzy oraz 68 cywilów. Atak, choć zakończony efektownym zniszczeniem zacumowanych w bazie pancerników, okazał się jednak pyrrusowym zwycięstwem. Głównym celem przygotowywanego i ćwiczonego od wielu miesięcy ataku były bowiem amerykańskie lotniskowce, a tych w Pearl Harbor… nie zastano.

Po ataku na Pearl Harbor Stany Zjednoczone przystąpiły do II wojny światowej. Warto przypomnieć, że stało się to 28 miesięcy od zaatakowania Polski przez Hitlera.

Gdy okazało się, że misternie przygotowywana napaść ominęła amerykańskie lotniskowce, główny dowódca japońskiej floty, admirał Isoroku Yamamoto, zdał sobie sprawę, że poza wznieceniem ognia, czyli włączeniem Ameryki do II wojny światowej, nalot nie przyniósł większych korzyści. Opracował więc plan wciągnięcia amerykańskiej floty i jej lotniskowców w pułapkę, w której przynętą był atol Midway.

Inni dowódcy japońskiej armii byli temu przeciwni, ale zamilkli po spektakularnym nalocie 16 amerykańskich bombowców B-25 na Tokio. Stało się 4 kwietnia 1942 r. Sam nalot nie wyrządził wielkich szkód, ale odniósł potężny efekt propagandowy. Szybko wykryto, że atak został przeprowadzony przez samoloty, które wystartowały z jednego z amerykańskich lotniskowców. Podpłynął on najbliżej jak tylko mógł do wybrzeży Japonii, co przekonało sceptycznych do planu Yamamoto generałów, że dopóki Amerykanie dysponują lotniskowcami, to nawet w Tokio nie można spać spokojnie. Morska sztuka wojenna Japończyków hołdowała poza tym doktrynie, że o wynikach wojny decyduje jedna decydująca bitwa. Utwierdzili się w tym przekonaniu m.in. po bitwie pod Cuszimą w roku 1905, gdy w jednej wielkiej bitwie morskiej flota japońska rozgromiła znacznie silniejszą flotę rosyjskiego cara. Ale od tego czasu upłynęło 37 lat.

W 1942 r. Japończycy dysponowali znacznie większym potencjałem militarnym od Amerykanów. Po ataku na Pearl Harbor wśród marynarzy i żołnierzy sił lądowych panował entuzjazm. Armia cesarska w szybkim tempie zajęła Hongkong, Malaje, Singapur, Birmę, Indie Holenderskie, zaś Amerykanie utracili na jej rzecz Filipiny z silnie ufortyfikowanym Corregidorem oraz ważne garnizony na wyspie Guam i atolu Wake. Admirał Yamamoto dążył do jak najszybszego stoczenia decydującej bitwy, by nie dać Amerykanom czasu na odbudowę floty, a poza tym wiedział, że atak na Pearl Harbor nie zniszczył najważniejszych urządzeń bazy i znajdujących się tam składów paliwa. Dysponował poza tym czterema lotniskowcami, na których pokładach znajdowało się 227 samolotów. Amerykanie też dysponowali czterema lotniskowcami, bo do stacjonujących na Pacyfiku lotniskowców „Enterprise” i „Lexington” dołączyły wezwane z Atlantyku lotniskowce „Yorktown” i „Hornet”. Ale przed bitwą o Midway zostały im trzy, ponieważ między 4 a 8 maja też 1942 r. doszło do bitwy na Morzu Koralowym, podczas której Japończycy tak mocno uszkodzili lotniskowiec „Lexington”, że Amerykanie zdecydowali się go zatopić.

Jedni i drudzy wiedzieli, że decydująca bitwa wisi w powietrzu. Japończycy parli do niej ze wszystkich sił, amerykańscy dowódcy starali się ją odwlec, ale się do niej przygotowywali. Zagadką pozostawało, kiedy, a przede wszystkim, gdzie Japończycy uderzą. Podobnie jak w przypadku Pearl Harbor Yamamoto planował atak z zaskoczenia, więc sukces zależał od zachowania tajemnicy. Japończycy nie wiedzieli jednak, że Amerykanom udało się złamać najpierw ich szyfr dyplomatyczny, a niedługo później, co prawda częściowo tylko, także używany przez ich marynarkę. I nasłuch prowadzony przez Amerykanów wykrył na przełomie maja i czerwca wzmożoną aktywność radiową japońskiej marynarki, co było zapowiedzią kolejnego ataku, ale nie wiadomo, co miało być jego celem. Kodowano go literami „AF”.

Najskuteczniejsze, jak wiadomo, są najprostsze rozwiązania. Jeden z amerykańskich oficerów wpadł otóż na pomysł, by garnizon z Midway nadał otwartym tekstem informację, że na wyspie nastąpiła awaria instalacji odsalania wody morskiej. Kiedy kilka dni później rozszyfrowano japońską depeszę zawierającą informację dla dowództwa floty, że na Midway brakuje słodkiej wody, było pewne, gdzie nastąpi atak.

Yamamoto planował zaatakować Midway, zakładając, że na ratunek tamtejszemu garnizonowi ruszą amerykańskie lotniskowce i wtedy zostaną zaatakowane przez samoloty japońskie. Zastawiona pułapka rokowała sukces, ale japoński admirał nie miał pojęcia, że Amerykanie wiedzą, gdzie nastąpi atak. Aby dowiedzieć się, kiedy do tego dojdzie, trzeba było wykryć zgrupowanie cesarskiej floty. Na Midway stacjonowało otóż 126 samolotów. Wśród nich było 31 łodzi latających Catalina, które non stop patrolowały wody Pacyfiku. I właśnie pilot jednej z tych latających łodzi zameldował 3 czerwca, że zlokalizował japońską flotę, której główną siłę uderzeniową stanowiły lotniskowce „Akagi”, „Kaga”, „Soryū” i „Hiryū” z 227 samolotami na pokładzie.

Przeciwko japońskiej flocie wystartowało 9 latających fortec B-17. Były to jednak samoloty zrzucające bomby z wysokiego pułapu więc nie mogły uczynić Japończykom szkody. Dowodzący zgrupowaniem lotniskowców admirał Nagumo polecił zbombardować Midway siłami 108 samolotów. Pilotom z Midway nie udawało się powstrzymać japońskich bombowców, które nadlatywały w silnej osłonie myśliwców „Zero”.

W trakcie wykonywania pierwszego nalotu, podczas którego udało się zniszczyć pas startowy, zbiorniki paliwa oraz hangary, pozostały japońskie maszyny czekały uzbrojone w torpedy na pojawienie się amerykańskiej marynarki. Ale admirał Nagumo podjął decyzję, by ponownie zbombardować Midway. Postanowił, że dokonają tego samoloty czekające na pokładzie uzbrojone w torpedy. Niewątpliwy wpływ miały na tę decyzję wydarzenia sprzed pół roku, podczas nalotu na Pearl Harbor, kiedy obawiając się kontruderzenia nie ponowił ataku, co później dotkliwie mu wytykano. Oczekujące na pojawienie się Amerykanów samoloty z torpedami postanowiono więc przezbroić w bomby, ale pod koniec tych działań nadszedł meldunek, że wykryto amerykańską flotę. Nagumo wydał więc rozkaz, by ponownie ściągnąć bomby i założyć torpedy. W pośpiechu, bo w tym samym czasie lądowały samoloty powracające z pierwszego bombardowania Midway, zdejmowanych bomb nie odkładano do opancerzonego magazynu lecz na bok.

I właśnie wtedy, o godzinie 9.30 pojawiły się amerykańskie samoloty torpedowe. Japończycy mieli szczęście w nieszczęściu, bo atak był źle przeprowadzony i wszystkie Devastatory (tak się te samoloty nazywały) zostały zestrzelone. Atak ten sprawił jednak, że start japońskich samolotów z torpedami znacząco się opóźnił. Ale początkowe szczęście opuściło Japończyków całkowicie niespełna godzinę później. Nagle spadł na nich z nieba grad bomb. To był atak nurkujących bombowców Dauntless z lotniskowca „Enterprise”, których nie zdołali wykryć wcześniej japońscy marynarze.

I to właśnie wtedy nastąpiło owe 5 minut, które zmieniło bieg wojny na Pacyfiku. O godz. 10.22 amerykańskie bomby zdemolowały lotniskowiec „Kagi”, trzy minuty później „Soryū”, a o 10.26 „Akagi”. Na japońskich lotniskowcach rozegrały się iście dantejskie sceny. Bomby przebijały pokłady, wywołując eksplozję zbiorników z paliwem i złożonych na pokładzie bomb, których nie zdążono schować do arsenałów. Klęska nastąpiła w mgnieniu oka. Dopełniła ją decyzja admirała Nagumo, który zamiast się wycofać z nietkniętym czwartym lotniskowcem „Hiryū”, postanowił samolotami z jego pokładu zaatakować Amerykanów. Udało mu się zniszczyć lotniskowiec „Yorktown”, flagowy okręt admirała Franka J. Fletchera, ale wieczorem srogo zapłacił za tę decyzję. Wysłane z lotniskowca „Enterprise” bombowce zniszczyły „Hiryū” całkowicie.

Japończycy przystępowali do bitwy o Midway z 4 lotniskowcami i wszystkie stracili. Zatonął także jeden z ciężkich krążowników po zderzeniu z drugim. Amerykanie zestrzelili i zniszczyli na pokładach japońskich lotniskowców 253 samoloty. Zginęło 3500 japońskich marynarzy.

Amerykanie stracili w tej bitwie jeden lotniskowiec, jeden niszczyciel, 147 samolotów, a śmierć poniosło 307 ich marynarzy.

Główne siły niezwyciężonej od 300 lat japońskiej floty, zostały zniszczone.

 

Andrzej Fliss