Pielęgniarze śmierci

OLDENBURG, GERMANY - NOVEMBER 22:  Niels Högel, the nurse already serving a lifetime sentence for two murders, sits in the courtroom during the third day of his latest trial, this time accused of 99 further murders, at the Weser-Ems-Halle on November 22, 2018 in Oldenburg, Germany. Högel served as a nurse at hospitals in Delmenhorst and Oldenburg between 1999 and 2005 where he was convicted in 2016 of having killed two patients and attempted to kill two more by administering them deadly doses of substances. Since then investigators have exhumed hundreds of bodies and in this latest trial the court is charging him with having killed 99 more patients. Högel previously admitted that his motive was to administer drugs to induce heart failure, then to intervene to reanimate the patients and be seen as a hero. Should he be convicted he will become Germany's most notorious serial murderer in post-World War II history. (Photo by Mohssen Assanimoghaddam - Pool/Getty Images)

Jeden był Niemcem, drugi Polakiem. Obaj zapisali się we współczesnej historii kryminalnej Niemiec, a także w tamtejszej służbie zdrowia. Nie sposób powiedzieć, który bardziej. Jeden i drugi mają na koncie uśmiercenie wielu osób, osób chorych, którymi jako pielęgniarze mieli się opiekować. Człowiek chory jest zazwyczaj bezwolny i ufny, że celem ludzi, pod których opiekę go oddano, jest przywrócenie mu zdrowia albo ulżenie w chorobie i cierpieniu. Jeśli zaś opiekun z różnego powodu działa by zaszkodzić choremu, taki czyn zasługuje na szczególne napiętnowanie, bo jest po prostu okrutny. Okrucieństwem wobec powierzonych im bezwolnych osób odznaczył się zarówno Niemiec, Niels Högel, jak też Polak, Grzegorz Stanisław Wolsztajn. Niemiec miał 29 lat, gdy zatrzymała go policja oskarżając o uśmiercanie pacjentów, Polak 36 lat.

Niemiec miał do czynienia z pielęgniarstwem od dziecka, ponieważ jego ojciec także był pielęgniarzem. Można więc powiedzieć, że kontynuował tradycje rodzinne, co oczywiście nie do końca jest prawda, ponieważ ojciec wykonywał ten zawód z poświęceniem i z pełną odpowiedzialnością wobec osób, nad którymi powierzono mu opiekę. Synowi w wykonywaniu tego zawodu przyświecała zupełnie inna idea, o ile oczywiście można mówić, że zabójcom chorych przyświeca jakakolwiek idea. Chociaż? Jeśli popatrzymy wstecz i powołamy się na historię, od starożytnych Greków poczynając, bo eutanazja wywodzi się z ich kultury, to dojdziemy do oczywistego wniosku, że eliminowanie spośród żywych ludzi kalekich i nieuleczalnie chorych nie jest wymysłem bezlitosnych i okrutnych współczesnych satrapów. O ile jednak taki Hitler ogarnięty był obłąkańczą wizją „rasy panów” bez wad, bez chorych i ułomnych, to nie można powiedzieć, że taka sama chora idea przyświecała urodzonemu w 1976 r. w nadmorskim Wilhelmshaven w Dolnej Saksonii Nielsowi Högelowi. Nie uśmiercał też ten człowiek swoich pacjentów z litości, by nieuleczalnie chorym, owładniętym potwornym bólem, ulżyć mąk agonii.

Po zdobyciu zawodowego wykształcenia, Högel rozpoczął w 1999 r. pracę w klinice w Oldenburgu w Dolnej Saksonii. Jego współpracownicy szybko zauważyli, że był pierwszym, kiedy pacjentowi trzeba było zrobić sztuczne oddychanie lub przeprowadzić inne zabiegi reanimacyjne. Wiązano to z jego ofiarnością i zawodowym zaangażowaniem. Nikt nie przypuszczał, że to on jest sprawcą doprowadzenia chorego do stanu wymagającego zastosowani a zabiegów ratujących życie.

Przełożeni Nielsa dopiero po trzech latach stwierdzili, że na zmianach, podczas których pracował Högel, jest zdecydowani e wykraczająca ponad przeciętną śmiertelność pacjentów i zwolnili go z pracy. Ale… Wystawili mu pozytywne świadectwo, więc nie widział powodu, by dalej nie pracować w wyuczonym zawodzie. Przeniósł się do położonego niecałe 40 kilometrów od dotychczasowego miejsca pracy szpitala w Delmenhorst, gdzie również popisywał się swoją nadzwyczajną gorliwością w przeprowadzaniu zabiegów reanimacyjnych.

Wpadł w drugim roku pracy w tej klinice, gdy kolega zauważył, że Niels zaaplikował pacjentowi zastrzyk ajmaliny, którego nie było mu wolno robić. Tym razem szefowie kliniki nie poprzestali na zwolnieniu pielęgniarza i zawiadomili policję. Śledztwo trwało stosunkowo długo, proces rozpoczął się w 2008 r. Högel został oskarżony o usiłowanie zabójstwa i skazany na siedem i pół roku więzienia. Ale to był dopiero początek. Ani policja, ani prokuratorzy nie zdawali sobie sprawy, kogo mają w rękach.

Proces pielęgniarza był relacjonowany oraz komentowany w mediach i w wyniku tych właśnie relacji zgłosiła się na policję kobieta, która podejrzewała, że skazany pielęgniarz przyczynił się do śmierci jej matki w klinice, w której pielęgniarz pracował. Prokuratorzy i policjanci wrócili do sprawy, odsiadujący karę Högle był wielokrotni przesłuchiwany i przyznał się, że podczas swojej pracy wykonał samowolnie około 90 zastrzyków, w wyniku których 30 pacjentów zmarło, a około 60 udało się zabiegami reanimacyjnymi przywrócić do życia. Prokuratorom udało się jednak niezbicie udowodnić dokonanie przez niego tylko dwóch morderstw i dwukrotnego usiłowania zabójstwa. To wystarczyło, by skazać go na dożywocie. Ale to też nie był jeszcze koniec sprawy…

W wyniku kolejnych relacji medialnych z procesu, z prokuraturą i policją zaczęło się kontaktować coraz więcej osób, które miały poważne wątpliwości co do naturalnych przyczyn śmierci swoich bliskich. W 2014 r. policja rozpoczęła więc śledztwo zakrojone na szeroką skalę. W wyniku wnikliwej analizy dokumentacji medycznej wytypowano około 200 podejrzanych przyczyn zgonów pacjentów klinikach w Oldenburgu i w Delmenhorst. W Niemczech, w Polsce i w Turcji dokonano około 130 ekshumacji osób, które zmarły w klinikach w obu tych miejscowościach. Policja podała, że w wielu przypadkach nie jest w stanie stwierdzić, czy zmarli ponieśli śmierć w wyniku działań Högela, czy zmarli w sposób naturalny, ponieważ ich zwłoki zostały poddane kremacji. W sierpniu 2017 r. policja oświadczyła, że pielęgniarz jest odpowiedzialny za śmierć co najmniej 90 osób, w listopadzie liczba ta została powiększona do 106, ale prokuratura znalazła dowody na 97 zabójstw. Zapowiedziała także, że sformułuje oskarżenia wobec kierownictw szpitali, w których pracował pielęgniarz morderca, ponieważ zlekceważyli oni zbyt wiele aż nadto wyraźnych sygnałów, które uzasadniały wezwanie policji i wszczęcia dochodzenia.

Proces Nielsa Högela zakończył się ostatecznie miesiąc temu, 6 czerwca br. Pielęgniarzowi zdołano udowodnić zamordowanie 85 osób. Rozpracowujący tę sprawę policjanci i prokuratorzy uważają jednak, że ofiarami pielęgniarza mogło paść nawet około 300 pacjentów. Nie sposób jednak tego udowodnić, a główną przeszkodą w dojściu do prawdy jest przede wszystkim wspomniana kremacja zwłok.

Podczas procesu Niels Högel przeprosił co prawda biskich osób, którym odebrał życie, ale najważniejsze motywy jego czynów jest równie przerażające, co one same. Podczas swoich zmian Niels się otóż po prostu nudził i właśnie z bezczynności robił swoim pacjentem zastrzyki doprowadzające ich na krawędź życia i śmierci. Podawał im w przedawkowanej objętości jeden z pięciu leków , które wywoływały gwałtowną arytmię serca oraz spadek ciśnienia krwi. A potem, aby zaimponować kolegom, pierwszy przystępował do akcji reanimacyjnej, która, jak wykazało śledztwo, w zbyt wielu przypadkach zakończyła się niepowodzeniem.

Niels Högel okazał się największym seryjnym mordercą w powojennej historii Niemiec. Został skazany na dożywocie. Sąd orzekł „ciężką powagę winy”, co wyklucza starania o przedterminowe zwolnienie po upływie 15 lat odbywania kary. Jeden z sędziów orzekających w tej sprawie powiedział, że jego czyny były „odrażające i niewyobrażalne”.

Równie odrażające były „dokonania” polskiego pielęgniarza, Grzegorza Stanisława Wolsztajna. Ich motyw był jednak czysto kryminalny. Swoją pielęgniarską profesję Wolsztajn rozpoczynał na Wyspach Brytyjskich. Po kilku latach przeniósł się do Niemiec. Nie pracował w klinikach lub innych placówkach niemieckiej służby zdrowia, ponieważ… nie miał do tego żadnych kwalifikacji. Był zatrudniany do 24-godzinnej opieki nad ludźmi chorymi w miejscu ich zamieszkania, ponieważ był bardzo silny fizycznie, mógł przenosić dorosłe osoby. Mieszkał więc w domach swoich podopiecznych. Często jednak rezygnowano z jego usług, ponieważ bywał agresywny i nieodpowiednio się zachowywał.

W lutym bieżącego roku zgłosił śmierć 87-letniej osoby, którą się opiekował. Przybyły lekarz dostrzegł na ciele zmarłego ślady po zastrzykach i oczywiście zawiadomił policję. Podczas przesłuchania Wolsztajn przyznał się do podania zmarłemu dużej dawki insuliny, mimo że nie chorował on na cukrzycę. W prywatnych rzeczach pielęgniarza znaleziono karty płatnicze zmarłego oraz pieniądze podjęte z jego konta. Policja szybko ustaliła dane ok. 20 osób, którymi Polak opiekował się w Niemczech. U kilku z nich również odnotowano bardzo niski poziom cukru we krwi, a jedna zmarła kilka dni po przybyciu do niej Wolsztajna, Śledztwo jest rozwojowe. Rozszerzone zostało także na Polskę, ponieważ Wolsztajn również w kraju zajmował się opieką nad obłożnie chorymi. Na razie został oskarżony w Niemczech o zamordowanie z premedytacją jednej osoby i usiłowanie zabójstwa czterech.

Dokonania obu pielęgniarzy dowodzę, że bezpiecznie nie zawsze można się czuć nawet w klinice, a tym bardziej w domu, jeśli pod swój dach przyjmuje się przygodnego opiekuna. Anioły są tylko w niebie. Pod warunkiem oczywiście, że jest niebo.

Robert Suliński