Pieskie życie

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Kiedy byłam małą dziewczynką marzyłam o psie, takim do przytulania i chodzenia na spacer. Miał być miły i przyjemny w dotyku, wesoły i chętny do zabawy. Większość dzieci tak właśnie wyobraża sobie posiadanie zwierzaka, a cały „bałagan” z tym związany spada na rodziców. Miałam to szczęście, że moja mama kochała psy. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły przywitała mnie niespodzianka w postaci pięknej czarnej kudłatej kulki leżącej w koszyku wiklinowym. Mama pod wpływem jakiegoś telewizyjnego serialu nadała mu imię Denis. Był cudownie puchaty, miękki i słodki, miał kilka tygodni, pachniał szczeniaczkiem. Do dziś pamiętam ten zapach. Cała rodzina zakochała się w tym maluchu. Bawiliśmy go wszyscy, miał w koszyku materacyk i przescieradełko. Był niczym dziecko. Kiedy podrósł i okazało się, że z posiadaniem psa wiąże się cała masa obowiązków to miał już tylko naszą mamę. Był wyjątkowy, wszystko rozumiał i miał temperament. Na spacer najchętniej chadzał sam. Całe osiedle było jego podwórkiem, do domu wracał wtedy kiedy miał na to ochotę. Był wybiegany i szczęśliwy. Znali go wszyscy. Był wesołym psiakiem, który bawił się z dziećmi. Kiedy urósł okazał się być nieudolną mieszanką pudla ze spanielem i niestety tu był koniec jego powalającej urody. Sierść lekko falowana, kiedy rosła zbijała się w kołtun. Strzyżony był niczym owca, po strzyżeniu okazywał się być obrzydliwie chudy z siwą dupą. Pamiętam, jak osiwiał mu zad to wstydziałm się, że jest brzydki więc kalką farbowałam mu sierść. Kiedyś wracałam do domu z kina, a rodzice właśnie skończyli go strzyc, zaczełam się bardzo śmiać na jego widok. Denis się obraził. Usiadł i nie ruszył się z miejsca. Mama wpadła w panikę, że zrobiła mu krzywdę przy strzyżeniu. Po dobie takiego siedzenia w bezruchu załamani rodzice posadzili psa na koc, zawinęli w tobołek i pojechali do weterynarza. Doktora to on znał od maleńkości i bardzo się lubili. – Denis co się stało? – zapytał doktor i na te słowa pies ozdrowiał, zamerdał ogonem, poderwał się z koca i pobiegł do doktora. Doktor zaczął się śmiać i mówi: – Denis jest zdrowy tylko się obraził. Miał swoje zwyczaje i rytuały. Potrzeby załatwiał tylko w jednym miejscu osiedla, na skraju skarpy z dala od placu zabaw dla dzieci. Nie było opcji, żeby załatwił się gdziekolwiek indziej, co było uciążliwe, zwłaszcza kiedy miał uszkodzoną łapę i nie mógł chodzić. Mama kilka razy dziennie musiała go nieść na jego miejsce. To był spory kawałek, a Denis dość ciężki. Nauczyłam go jeść lody włoskie prosto z tubki. Zawsze kupowałam dwa – jeden dla siebie jeden dla psa. On tak słodko opierał przednie łapy na ladzie i łeb przez okienko wkładał do budki. Tak polubił lody, że potem chodził na nie sam na koniec osiedla i sprzedawca zawsze mu dał. No, bo jak można było odmówić. Ponieważ mój tato był wojskowym u nas w domu nie chodziło się do kościoła. Denis nie przestrzegał żadnych wojskowych czy partyjnych zakazów, był w kościele co tydzień na sumie i stał pod samym ołtarzem. Godnie reprezentował rodzinę. Kościelny wyganiał go wielokrotnie, ale ten zawsze wracał. Miał straszną słabość do kobiet które miały okres. O Matko Boska, co się wtedy działo, ileż to ja się wstydu za niego najadłam, a ile nasłuchałam. Jednego razu ciotka mojej dobrej koleżanki padła ofiarą naszego psa. Kobieta była specyficzna i nie dała sobie przetłumaczyć. Wpadła uzbrojona w miotłę (żeby się mogła obronić) zadzwoniła dzwonkiem do drzwi i od progu wyzywa mojego ojca: -…I ten pana idiotyczny pies który na mnie leci! – No tak ma pani rację, idiota z tego mojego psa, bo nikt mądry by na panią nie poleciał, dziwię mu się i to bardzo…

To był pies nad psami, budził nas rano do szkoły. Na polecienie naszej mamy szedł do mojego czy siostry pokoju i lizał po twarzy tak długo, aż się obudziłyśmy. Kiedy płakałam był smutny. Taki prawdziwy przyjaciel. Niestety zachorował i musiał zostać uśpiony. Bardzo mocno to przeżyłam i już nigdy nie chciałam mieć psa, bo drugiego takiego nie ma. A jednak potem mieliśmy kolejnego psa. Kompletnego idiotę – spaniela. Ktoś go oddał z powodu wyjazdu, a że moja mama kochała wszystkie psy to myślę, że nawet nie trzeba było jej namawiać. Pojechała do koleżanki na kawę i wróciła z psem. Rasowy spaniel, nie powiem, był wyjatkowej urody, ale jaki ładny taki głupi. Nie dało się go niczego nauczyć, nawet chodzić na smyczy. Tak ciągnął, że nie wiem kto kogo na spacer wyprowadzał. Nie lubiłam go. Mama potem miała kolejnego Deniska to była jakaś miniaturka psa. Mały czarny i puchaty. To był pies, na punkcie którego moja własna matka oszalała. Na początku go nawet lubiłam, ale potem kiedy mama zawsze o nim, kiedy nagle w rodzinie nikt nie był tak ważny jak pies. Nie lubiłam go zwyczajnie. Mama potrafiła dawać mu niedzielny obiad w moim domu na moim porcelanowym talerzu. Kiedyś mama zostawiła go u nas na dwa dni ze słowami: „Piotruś, tylko pamiętaj, że Denisek nie lubi chodzić po schodach, trzeba go znosić na spacer na rękach”. To nie była prośba to była komenda, tak należy. Koniec i basta. Kochany zięć uśmiechnął się i pomyślał: „Już ja mamusi Deniska nauczę…” Po dwóch dniach Denisek zapierniczał po schodach w podskokach w obie strony. Kiedy usiadł na wycieraczce, z miną na rękach albo wcale niedobry Misiu szarpnął smycz i zbiegł ze schodów, a za nim zjechał Denisek zbierając po drodze wycieraczki sąsiadów. Od tej pory biegiem leciał. Pies był numer jeden, kiedy mój mały synek się z nim bawił to ciągle słyszałam, że Denisek jest zestresowany i trzeba będzie z nim pójść do psychologa. Więc normalną rzeczą jest, że nie pałałam sympatią do Deniska kiedy w hierarchii rodziny był wyżej niż my wszyscy. Mało tego – moja rodzicielka twierdziła, że on mówi „Mama i Ania”. Momentami naprawdę martwiłam się o moją mamę. Kiedy pewnego dnia zadzwoniła do mnie z płaczem, że Deniska przejechał samochód to byłam świnia i powiedziałam: „I chwała bogu”.

Kolejnym ważnym w moim życiu psem była Tośka. To był mały wesoły kundelek kupiony dla dzieci za czapkę drobnych. Ten mały słodki podpalany kundelek okazał się psem bardzo charakternym i niesamowicie łownym. Przysparzał masę problemów i sąsiedzkich konfliktów. Tośka była miła i koleżeńska na ulicy, merdała ogonkiem. Kiedy ktoś chciał przekroczyć naszą bramę, to niestety zawsze był załapany za kostkę. Niekórych naszych znajomych to wprost nie cierpiała, na ich widok dostawała szału. Nienawidziła motoru sąsiada, szczekała okropnie kiedy nadjeżdżał. Była bardzo wysportowana, mimo poważnego wypadku jaki przeszła w dzieciństwie uprawiała jogging każdego ranka. Była nauczona, że o szóstej rano idzie z panem biegać. Nie daj Boże żeby pan się rozmyślił czy zaspał, budziło nas drapanie w drzwi. Takim sposobem zniszczyła piękne i drogie drzwi wejściowe do domu. Bała się tylko burzy, kiedy ta nadciągała Tośka pchała się do domu. Łapała zające i szczury, przynosiła zdobycze na wycieraczkę. Mój mąż nauczył ją wolności wypuszczając od czasu do czasu. Biegała po całym osiedlu, po polach i łąkach. Kiedy miała dosyć wracała i siadała przed furtką wybiegana i szczęśliwa. Kiedy mąż wyjechał na kilka miesięcy, a ja nie biegałam z nią co rano zaczęła robić dziury w siatce i sama wychodzić na spacer kiedy chce i wracać kiedy chce. Kiedyś się obraziła na pana, nie pamiętam już za co, ale była zima, śnieg i mróz, a ona za skarby nie weszłą do budy. Ostentacyjnie usiadła przed budą, za przeproszeniem dupą w strone domu i siedziała w bezruchu. Mąż wychodził do niej kilkakrotnie, zagadywał, przynosił kiełbaskę – nic. Podniósł dach w budzie, włożył ją do środka, bo zimno. Za każdym razem wychodziła i siadała zadem w naszą stronę. Czasami obrażała się i siadała w niedzielę czy sobotę rano przy oknie tarasowym zadem do nas, kiedy my jedliśmy śniadanie. Robiła to tak ostentacyjnie. Jak szczekała to było ją słychać na pół osiedla. Kiedy patrzę na te tutejsze psy to jest mi ich zwyczajnie żal. Poprzebierane niczym muppety popierniczają w sweterkach i bucikach. Sikać muszą na jakieś śmieszne maty, albo jeszcze gorzej – są zamykane w klatkach. Ja bym tych właścicieli zamknęła w klatkach, albo przebrała jak głupków i kazała isć na spacer. Żadnego życia nie mają tutaj te zwierzaki. Bo co to za życie kiedy nie zjadło się sasiadowi butów, nie ukradło z siatki kiełbasy. Kiedy karmią cię tylko suchą karmą, która ma więcej witamin niż jedzenie dla dzieci. Tutejsze psy to nawet nie szczekają i nie mają w sobie za grosz agresji. Takie to wszystko bezpłciowe jak pluszaki. Psy w Polsce zwłaszcza dawniej i może jeszcze dziś gdzieś na wsi to miały naprawdę pieskie życie. Mojej koleżanki pupil kundelek Mokuś to jest pies, który pisze na FB. Mokasyn to prawdziwy zdrowy pies, ukradnie pani z siatki z zakupami kość i zeżre, albo rozpakuje zakupy i uraczy się szynką. Czasem zadusi kurę u sąsiada, wytarza się w gównie tuż po kąpieli. Prawdziwy pies z krwi i kości, który robi wszystko żeby jego pani się nie nudziła.