PiS i służby Putina

cba-3

Po wybuchu afery podsłuchowej ówczesny premier, Donald Tusk, wypowiedział słynne słowa o „scenariuszu pisanym nie wiadomo jakim alfabetem”. Powiedział, że należy przebadać wszystkie wątki sprawy i że na koniec przedstawi on Polakom komunikat dotyczący ustaleń. Nigdy to się nie stało. Prokuratura była wtedy niezależna od rządu i jakiekolwiek naciski ze strony premiera kolidowały z niezależnością tej instytucji. Tusk wskazał trop, ale ani wywiad, ani kontrwywiad, a tym bardziej prokuratura nie podjęły działań, które szybko mogłyby sprawę wyjaśnić, mimo że, jak to się mówi, „dowody leżały na stole”. Bardzo szybko ustalono, kto zakładał podsłuchy w restauracjach Sowa&Przyjaciele oraz Amber Gold. Byli to kelnerzy, którzy też natychmiast zeznali, że zakładali je na zlecenie Marka Falenty i jego szwagra, a w obszernych zeznaniach wskazali politycznych inspiratorów.

Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że na nic się to zdało i że prokuratura (o prokurator Annie Hopfer i jej roli w tej sprawie pisaliśmy w poprzednim wydaniu naszej gazety) robiła wszystko, by pomniejszyć skalę przestępstwa, a całą sprawę ograniczyć do kilku mniej istotnych wątków. Prokuratura nie zgodziła się wiec, by sprawę zakwalifikować jako „działalność zorganizowanej grupy przestępczej”, co stanowi zagrożenie karą do 5 lat więzienia i daje możliwość tymczasowego aresztowania podejrzanych. Ich areszt uniemożliwiłby publikowanie kolejnych nagrań, a gdyby były publikowane, ustalić ich źródło. Dziś można już z całą pewnością powiedzieć, że był to największy zamach na struktury polskiego państwa, premiera, byłych prezydentów, ministrów, szefa MSZ , nadzorcę służb specjalnych, a także biznesmenów, właścicieli największych polskich firm prywatnych.

Prokuratura zdecydowała jednak, że oskarżeni odpowiadać będą za… „naruszenie korespondencji” (!!!). W tym przypadku kara maksymalna to 2 lata więzienia i w takiej sytuacji sąd nie może orzec aresztu. Nagrania z odsłuchami swobodnie krążyły więc między zainteresowanymi prawicowymi redakcjami, których dziennikarze rozdmuchiwali aferę do niebotycznych rozmiarów, mimo że w podsłuchanych rozmowach poza kilkoma dosadnymi przekleństwami żadnych rewelacji nie było. To było nic w porównaniu z obecnymi aferami PiS w Komisji Nadzoru Finansowego, podejrzeniem oszustwa popełnionego przez Kaczyńskiego na szkodę austriackiego dewelopera, czy z gigantyczną, bo opiewająca na 4 mld zł aferą dotyczącą kas pożyczkowych SKOK. Prowadzący sprawę prokuratorzy na samym początku śledztwa postawili tezę, że afera podsłuchowa jest wynikiem zemsty Falenty na polskim rządzie za to, że jego instytucje uniemożliwiły jego firmie sprowadzanie węgla z Rosji.

W ostatnich dniach ukazała się na polskim rynku książka dziennikarza tygodnika „Polityka” Grzegorza Rzeczkowskiego pt. „Obcym alfabetem”. Swoim tytułem nawiązuje jednoznacznie do cytowanego wyżej oświadczenia Donalda Tuska w Sejmie. Autor krok po kroku prześledził cały ciąg wydarzeń, przeanalizował informacje i komunikaty związane z aferą podsłuchową oraz powiązania głównych jej bohaterów.

Jak to się stało, że Falenta zainteresował Rosjan podsłuchami, a Rosjanom zależało na tym, by je ujawnić? Wątek rosyjski zajmuje w książce Grzegorza Rzeczkowskiego najwięcej miejsca. Na podstawie zebranych informacji autor ustalił, że Falenta obracał się w gronie ludzi i firm mających powiązaniach z rosyjskimi spółkami działającymi pod parasolem rosyjskich służb. Firma Falenty zajmowała się importem węgla z Rosji, a ówczesne polskie władze mówiły otwarcie, że będą blokować import węgla z tego kraju. Na dodatek Falenta miał dług wobec dużej rosyjskiej kompanii węglowej, opiewający na ok. 800 mln rubli, co w owym czasie stanowiło równowartość ok. 26 milionów dolarów. To duże pieniądze i rosyjskie firmy nie odpuszczają takim dłużnikom, a Falenta ani się nie ukrywał, ani się nie bał, że ktoś w drastyczny sposób będzie próbował wyegzekwować od niego spłatę długu.

Wszystko wskazuje na to, że Falenta dogadał się z Rosjanami. Poprzez swoje kontakty biznesowe puścił informację do rosyjskich polityków, że ma nagrania prominentnych przedstawicieli polskiego rządu, które mogą ich skompromitować. Eksport węgla jest w Rosji pod takim samym nadzorem służb i Putina, jak eksport gazu i ropy, bo to główne źródło dochodów tamtejszego budżetu. Odpowiedź na pytanie – dlaczego Rosji (Putinowi) zależało na opublikowaniu nagrań i tym samym obaleniu rządu PO-PSL oraz Donalda Tuska nie nastręcza trudności. Motywy były dwa – biznesowy i polityczny. Biznesowy, to odblokowanie sprzeciwu wobec importu rosyjskiego węgla, natomiast motyw polityczny jest nieco bardziej rozbudowany.

Rząd Donalda Tuska prowadził otóż politykę szerokiego wsparcia dla Ukrainy w jej konflikcie z Rosją , a osobami, które opowiadały się za twardym wobec niej kursem byli Radosław Sikorski i Bartłomiej Sienkiewicz. To ci dwaj politycy usilnie, ale i skutecznie przekonywali USA oraz Unię Europejską do nałożenia na Rosję dotkliwych sankcji. I to właśnie na nich skierowany był najmocniejszy atak podczas całej afery podsłuchowej. Falenta dostarczył więc Putinowi, oczywiście nie bezpośrednio, narzędzia do obalenia polskiego rządu. Rosyjski jedynowładca doskonale wiedział, że jeśli rządy w Polsce przejmie PiS, to poza antyrosyjską retoryką, skierowaną do swoich wyborców, których pisowski szef TVP nazywa „ciemnym ludem”, odczepi się od atakowania Rosji na arenie międzynarodowej. Więcej, Będzie go można nakierować na neutralną, a nawet niechętną politykę wobec Ukrainy. I tak się stało.

Ale nim tak się stało, trzeba było umiejętnie pokierować Falentą, by rozdmuchać aferę. Nie było to trudne. Falenta pałał żądzą zemsty wobec rządu, który wyhamował mu import węgla z Rosji, a będącym wówczas w opozycji politykierom z PiS zleżało wyłącznie na przejęciu władzy. Nie przejmowali się zupełnie tym, jak zmiana rządu wpłynie na pogorszenie się sytuacji Polski na arenie międzynarodowej. I nie przejmują się tym także dziś.

Dziś już wiemy, że Falenta nawiązał kontakt z jednym z najważniejszych wtedy polityków PiS, skarbnikiem tej partii, Stanisławem Kostrzewskim. Był przez niego zapraszany do siedziby partii na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Nie ma stuprocentowej pewności, czy Falenta spotkał się tam z Kaczyńskim, ale jest niemal stuprocentowa pewność, że decyzja o „puszczeniu” nagrań do mediów musiała mieć jego zgodę. Więcej jeszcze.

Wiarygodność Falenty i jego nagrań były weryfikowane przez działaczy PiS związanych ze służbami specjalnymi. Czas pokazał, że po utracie władzy przez tę partię w roku 2007, nie udało się „wyczyścić” służb specjalnych z ludzi PiS, którzy przez cały czas prowadzili krecią robotę wobec rządu Donalda Tuska. I to właśnie ludzie PiS ulokowani w CBA i ABW (po przejęciu władzy przez PIS awansowali) przekazali swoim byłym szefom (Mariuszowi Kamińskiemu, Maciejowi Wąsikowi i Ernestowi Bejdzie) nagrania Falenty do weryfikacji. W obecnym rządzie PiS Kamiński i Wąsik kierują urzędem koordynatora służb specjalnych, zaś Bejda jest szefem CBA. Przekazaniem nagrań z podsłuchami do mediów zajęli się dwaj dziennikarze, Cezary Gmyz i Piotr Nisztor, których Falenta w swoich listach do Kaczyńskiego i prezydenta określa jako „współpracowników CBA, wprowadzających nagrania do informacji publicznej”.

Jest jeszcze jedna postać, której przedsięwzięcia biznesowe stanowiły poważne zagrożenie dla interesów Rosji. To Jan Kulczyk. Był potentatem na rynku energii. Zmarł i nagle, i nieoczekiwanie po rutynowym zabiegu operacyjnym w renomowanej klinice w Wiedniu. Dziś nikt nie kwestionuje naturalnych przyczyn jego śmierci, nie znaleziono podstaw by je kwestionować, ale też nikt ich nie szukał. Jeden z byłych doświadczonych pracowników służb powiedział jednak piszącemu te słowa, że „naturalne przyczyny zawsze można stworzyć”. Ale polskie służby nad śmiercią Jana Kulczyka przeszły do porządku dziennego i przyjęły do wiadomości opinię wiedeńskich lekarzy.

Jan Kulczyk stanowił otóż ogromne zagrożenie dla interesów gospodarczych Rosji, szczególnie jej sektora paliwowo-energetycznego. Dążył do utworzenia mostu energetycznego między Ukrainą (ma duże nadwyżki energii elektrycznej) a Unią Europejską, w tym Polską. Rozmawiał na ten temat z komisarzami UE oraz przedstawicielami rządów krajów Wspólnoty, w tym m.in. wicekanclerzem Niemiec. Szukał sojuszników i ich znajdował. Miał zgodę ukraińskiego rządu na udział w modernizacji dwóch bloków w elektrowni atomowej Chmielnicki i w budowie dwóch nowych. O swoich planach i konkretnych poczynaniach informował Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Bał się bowiem prowokacji ze strony Rosji i poprosił ABW o „osłonę kontrwywiadowczą” swoich działań.

Śmierć Jana Kulczyka pogrzebała to przedsięwzięcie. Rząd PiS ani się nie zająknął, że chce je kontynuować. W ogromnych natomiast ilościach Polska eksportuje teraz z Rosji węgiel i coraz bardziej schładza stosunki z Ukrainą. Wypisz wymaluj realizuje każdy punkt celów, które Rosja chciała osiągnąć dążąc do obalenia rządu Donalda Tuska za pomocą „afery podsłuchowej”. PiS to taki cwaniaczek, który albo nie wie, albo udaje, że nie wie, że kasztany z ognia wyjmuje zgodnie z życzeniem prawdziwego cwaniaka. Wynika z tego niezbicie, że dla utrzymania władzy w kraju PiS jest gotów poświęcić dobro kraju i jego autorytet na arenie międzynarodowej. O czym, też niezbicie, przekonujemy się na każdym kroku.

 

Seweryn Łągowski