PiS zmiażdżyło konkurencję

AppleMark

Zagraniczni obserwatorzy sceny polityczno-społecznej w kraju nad Wisłą nie potrafią ukryć zdumienia i faktu, że już naprawdę nie rozumieją Polaków. W ambaras wprowadziły ich wyniki wyborów do europarlametu. – Jak to jest? – zachodzą w głowę. – Ponad 90 procent Polaków popiera obecność Polski w Unii Europejskiej, a w wyborach do europejskiego parlamentu głosują na wybrańców partii, której lider i prominentni politycy jeszcze kilka miesięcy temu otwartym tekstem podważali sens obecności kraju w unijnych strukturach.

– O co chodzi? – pytają ci obserwatorzy, którzy w wyborczych decyzjach Polaków nie widzą ani logiki, ani sensu. – Przecież już nawet 4 miliony Polaków pracują za granicą w krajach Unii albo, jak w przypadku Norwegii, w kraju będącym poza strukturami Wspólnoty, ale mocno z nią związanym. Milion-półtora zdecydowało się na stałą emigrację, ale utrzymują w kraju rodziny, nie wyobrażają sobie Polski z zamkniętymi znów granicami, a mimo to głosują na PiS. Jak to jest? – nie mogą pojąć tej karkołomnej logiki ludzie z zagranicy.

Zadecydowali mieszkańcy wsi i małych miasteczek

O rozdziale w Polsce mandatów do parlamentu europejskiego zadecydowała tym razem frekwencja. PiS przeprowadziło świetną kampanię. Miał w swoim sztabie fachowców z USA i Wielkiej Brytanii, na bieżąco przeprowadzał sondaże, by śledzić nastroje w społeczeństwie. W „swoim społeczeństwie”. Sztabowcy PiS precyzyjnie bowiem określili „docelowego klienta”, czyli ten elektorat, który będzie miał decydujące znaczenie dla wyniku wyborów. Tym „docelowym klientem” byli mieszkańcy wsi i małych miasteczek, szczególnie na polskiej „ścianie wschodniej”, w województwach podkarpackim, lubelskim, mazowieckim (bez Warszawy), podlaskim, warmińsko-mazurskim plus w Małopolsce i województwie świętokrzyskim. W tych regionach Polski jest największy procent mieszkańców z wykształceniem podstawowym i zawodowym, ludzi, którzy nie biorą do ręki książek, mocno wierzących, a więc ulegających propagandzie wylewającej się przed każdymi wyborami z kościelnych ambon. Ci wyborcy nie mają, bo ich przerastają i w ogóle tak potrzeba jest im obca, intelektualnych rozterek związanych z niszczeniem konstytucji, niezależnego sądownictwa, niezależnych mediów, upolityczniania gospodarki.

Dotrzymali słowa

Do tego elektoratu mocno natomiast trafia hasło PiS, że ta partia „dotrzymuje zobowiązań” i jak ogłosiła, że będzie 500+, to te pieniądze są, podobnie jak 880 zł „trzynastki” dla emerytów. Ten elektorat nie rozumie mechanizmów i procesów ekonomicznych, dla niego liczy się „forsa w kieszeni” i nie zawraca sobie głowy tym, że to są tego elektoratu pieniądze, które w ciągu kilku miesięcy zwróci rządowi PiS w postaci wyższych kosztów na przykład paliwa (benzyna podrożała w ostatnich 3 miesiącach o 80 gr. na litrze) i w innych, coraz wyższych, daninach dla państwa. To potwierdzenie opinii Aleksisa de Tocqueville, który już półtora wieku temu sformułował opinię, iż „demokracja skończy się wtedy, gdy rząd zrozumie, że może przekupić obywateli ich własnymi pieniędzmi”. PiS jest wierny tej zasadzie i konsekwentny we wprowadzaniu jej w życie.

PiS Kaczyńskiego wygrał wybory do euro parlamentu, bo chciał te wybory wygrać, nie przebierał w środkach i zrobił wszystko co możliwe, by wygrać. Na tle kampanii PiS opozycja zachowywała się niczym dziecko błądzące we mgle. Nie tylko specjaliści śledzący na bieżąco życie polityczne w Polsce i pamiętający poprzednie kampanie wyborcze, już na początku obecnej zwątpili w zwycięstwo Koalicji Europejskiej, gdy tylko dowiedzieli się, że w jej sztabie wyborczym jest niejaki Robert Tyszkiewicz. To człowiek, który był szefem kampanii wyborczych Bronisława Komorowskiego i Platformy Obywatelskiej w 2015 roku i obie sromotnie przegrał.

Wszystkie chwyty dozwolone

PiS był w swojej kampanii wyborczej ofensywny i nie przejmował się zupełnie tym, że jest demagogiczny, że bezczelnie, cynicznie kłamie i oszukuje. Na okładce pisowskiego miesięcznika Jarosław Kaczyński apelował do swoich wyborców, by szli głosować, bo: „Musimy bronić demokracji”. Człowiek, który demontuje filary systemu demokratycznego w Polsce dla swojego „ciemnego ludu” kreuje się jako obrońca demokracji. To cynizm wyjątkowo perfidny. W tym kontekście warto przytoczyć część komentarza Jerzego Baczyńskiego, redaktora naczelnego tygodnika Polityka, zamieszczonego w powyborczym numerze czasopisma:

Na głosowanie „znacznie bardziej poszedł” elektorat PiS niż antyPiS. (…) Jasne, że kampania PiS była prymitywna (te miliardy wypłacane wyborcom do ręki), oszukańcza (gdzie te lekcje masturbacji w przedszkolach, strefy szariatu, Żydzi odbierający kamienice, euro zamiast złotego?), bezwstydna jak propaganda TVP – ale jednak Kaczyński swoich zmobilizował i wygrał. Komentarze medialne zdominował, mam wrażenie, jakiś neomakiawelizm: w polityce liczy się skuteczność, a nie wymyślone reguły gry; jeśli jakaś partia, jak teraz PiS, wygrała, to znaczy, że demokracja przyznała jej rację, rozgrzeszyła metody, i tyle.

Dwie Polski

Z powyborczej mapy z wynikami nadal można wyczytać, że kraj jest podzielony na pół. PiS dominuje w województwach wschodnich i sporej części centralnych, dla opozycji, w tym przypadku połączonych sił koalicyjnych, pozostaje Polska zachodnia. Z tym że w sporej części powiatów należących do zachodniej części kraju też triumfował PiS, tyle tylko, że w skali całych województw tej części Polski powiaty przegrały znacząco z wyborcami z dużych miast i oni zdecydowali o tym, które ugrupowanie odniosło w województwie zwycięstwo. Jest to poważne ostrzeżenie przed wyborami do polskiego Sejmu, że PiS zdobywa swoją demagogiczną argumentacją sporą część zwolenników w małych miejscowościach zachodniej części kraju i w kampanii do Sejmu trzeba się będzie temu skutecznie przeciwstawić.

Leniwa kampania opozycji

Powyborcze komentarze – jak napisał Jerzy Baczyński – są dla opozycji gorsze niż sam wynik”, ale nie ma co ukrywać, że była niewidoczna, ślamazarna, nade wszystko leniwa. W wielu częściach kraju nie było widać ani plakatów, ani ulotek kandydatów opozycji albo było ich tak niewiele, że ginęły w natłoku wylewających się zewsząd materiałów propagandowych PiS. Nade wszystko mało gdzie widać było kandydatów opozycji. A „amerykański” sposób prowadzenia kampanii wyborczej, czyli odwiedzanie każdej wsi, miasteczka, miasta, rozmawianie z ludźmi i uścisk dłoni, sprawdza się także w Polsce. Kandydaci PiS pod tym względem nie oszczędzają się w każdej kampanii, sukces odnoszą też kandydaci opozycji, którzy się na to decydują.

Przykładem niech będzie Bartosz Arłukowicz, który podczas swojej kampanii zjeździł wzdłuż i wszerz swój okręg wyborczy, otrzymał 239 893 i pokonał reklamującego się wszędzie ministra spraw wewnętrznych i administracji, Joachima Brudzińskiego (185 168 głosów). Na drugim krańcu Polski, w województwie podkarpackim, w którym PiS otrzymał najwięcej, bo ponad 65 proc. głosów, Elżbieta Łukacijewska, obecna europosłanka Platformy Obywatelskiej, też pokazała, jakie znaczenie ma osobiste zaangażowanie się w kampanię wyborczą i bezpośredni kontakt z ludźmi. Została ponownie wybrana do europarlamentu, a gmina Cisna, w której mieszka, jest jedyną w całym woj. podkarpackim, w której PiS doznał porażki.

Polska o twarzy swojskiej Beaty Szydło

Jarosław Kaczyński zapowiedział swoim kandydatom w październikowych wyborach do Sejmu, że nie ma dla nich żadnych wakacji, że musza ciężko pracować do ostatniego dnia kampanii. Takiej deklaracji ze strony liderów partii opozycyjnych na razie nie widać. Wiadomo natomiast, że upojony sukcesem w wyborach europejskich Kaczyński będzie robić wszystko, żeby nie tylko wygrać wybory do sejmu, ale także zdobyć w nich większość konstytucyjną. Wtedy będzie mógł zupełnie bezkarnie robić z Polski republikę bananową, którą tak naprawdę kraj za jego sprawą już częściowo jest..

Po opublikowaniu wyników wyborów wielu sympatyków Koalicji Europejskiej było rozczarowanych . Socjolog Grzegorz Markowski mówił ze smutkiem, że „Polska ma dziś bardziej twarz swojskiej Beaty Szydło (524 tys. głosów) niż profesora Jerzego Buzka (421 tys. głosów)”. Po prostu nadal, mimo skoku gospodarczego i cywilizacyjnego, Polska jest ciągle zapyziałym, wiejskim krajem katolickim (tak mówią o Polsce Czesi), któremu bardzo daleko do oświeconych i tolerancyjnych społeczeństw Zachodu. Beata Szydło to właśnie portret takich Polaków i takiej Polski, a wygrana PiS jest triumfem populizmu. Populizmu, który był przed wyborami głośny i napastliwy w całej Europie, ale przed którym społeczeństwa Zachodu skutecznie się obroniły. Populiści ponieśli porażkę, co , co pokazały wyniki wyborów do europejskiego parlamentu w zdecydowanej większości krajów Unii.

Oś Warszawa – Budapeszt – Rzym

Tylko we Włoszech, na Węgrzech i w Polsce mamy wynik ewidentnie sprzyjający eurosceptykom i przeciwnikom Unii. Reszta Europy albo zmarginalizowała ten nurt całkiem – do Rumunii, poprzez Holandię, po Danie i Hiszpanie – albo pokazał slaby wynik niechętnych Unii. Wielkie zwycięstwo odnieśli Zieloni, bardzo dobrze poszło liberałom i – choć stracili nieco – przyzwoicie EPP i socjalistom – powiedział profesor Markowski, a na pytanie o wygraną Le Pen w wyborach we Francji odpowiedział: Tak, ma 20 procent, ale 80 procent Francuzów zagłosowało na partie poroeuropejskie. Brexitowa partia Farage’a wygrała, ale jak się policzy całą resztę, widać, że większość zagłosowała na partie, które były przeciwko brexitowi.

Triumf Zielonych jest jasną odpowiedzią na pytanie, jakie problemy nurtują i znajdują się w centrum zainteresowania społeczeństw Zachodniej części Europy. Są to szeroko pojęte problemy ekologiczne, na czele z zagrożeniem jakie stwarza ocieplenie klimatu, zanieczyszczenie powietrza, jest to także wspieranie ekologicznych źródeł pozyskiwania energii. Wyniki wyborów w Polsce i wysokie poparcie dla PiS skłaniają do smutnej konstatacji, jak wielka jest różnica w postrzeganiu problemów Europy i świata przez mieszkańców Polski (a więc Europy Wschodniej) i Zachodu. Rząd PiS forsuje przecież nadal rozwój energetyki opartej na węglu i tłamsi rozwój ekologicznych źródeł energii, co stoi w rażącej wręcz sprzeczności z tendencjami i działaniami podejmowanymi na zachód od Odry. Co prawda w niemal każdym z krajów UE partie populistyczne i prawicowe wystawiły swoich kandydatów i zdobyły wsparcie niektórych wyborców, ale nie było ono na tyle duże, by mieć jakikolwiek wpływ na politykę europejską swoich państw.

Mądry Zachód

Przed wyborami, ze względu na hałaśliwą kampanię wyborczą ugrupowań prawicowych i eurosceptycznych, obawiano się, że zdobędą one znaczące wsparcie, ale obawy okazały się na szczęście płonne. Za wyjątkiem oczywiście Polski, Węgier i Włoch. Z wyjątkiem tych trzech krajów mieszkańcy Starego Kontynentu wykazali swą mądrość i przekonanie, że tylko zjednoczona Europa jest w stanie przeciwstawić się globalnym potentatom, takim jak Rosja, Chiny i USA, które pod rządami Donalda Trumpa są jawnym wrogiem jedności Unii Europejskiej. Amerykański „pomarańczowy prezydent” nawet zdaniem wielu Amerykanów, jest największym szkodnikiem w historii tego kraju, a swoją niechęć, nawet wrogość do UE, podkreślił także przed kilku dniami, podczas oficjalnej wizyty w Wielkiej Brytanii, gdzie otwarcie wsparł zwolenników brexitu.

Co mogą w Brukseli wybrańcy PiS

Co w takiej sytuacji będą mogli zdziałać najliczniejsi spośród polskich europarlamentarzystów, czyli ci wybrani przez PiS? Nic albo co najwyżej niewiele. Tym bardziej, że znany jest i nie rokuje najmniejszej zmiany na lepsze swojski intelektualizm takich uciekinierów do Brukseli jak Beaty Szydło i Kempa, czy największy szkodnik w historii polskiego szkolnictwa, autorka jego demontażu, Anna Zalewska i ktoś taki jak Patryk Jaki. Cytowany wyżej prof. Grzegorz Markowski powiedział w tym kontekście: – Wszędzie na świecie wygraną w wyborach ocenia się po tym, czy dana partia sformułuje większościową koalicję. W europarlamencie posłowie PiS zasiądą prawdopodobnie w jakimś ugrupowaniu, które liczy 60-70 europosłów (na 750) – to mniej niż 10 procent mandatów. (…) To jest bardzo źle dla Polski, że najliczniejsza grupa polskich posłów euro parlamencie będzie siedzieć w ugrupowaniu, które nie będzie miało nic do powiedzenia. Będą mogli sobie pokrytykować i tyle.
Wybory do Brukseli PiS potraktował prestiżowo, de facto jako wybory krajowe, nie przedstawił żadnego programu swoich działań w euro parlamencie, bo nie mógł, a nie mógł, bo go nie ma. Jego paradygmatem będzie kłótliwość Kaczyńskiego i dążenie do osłabienia Unii. Skończyć to się może dla Polski polexitem, czyli opuszczeniem unijnej wspólnoty, w najlepszym razie absolutnym zmarginalizowaniem Polski na międzynarodowej arenie. Jeśli PiS wygra jesienne wybory do polskiego Sejmu, a nie daj Boże, osiągnie większość konstytucyjną, jest to bardziej niż pewne.

Kasandryczne krakania

Niesiony euforią po wygranej Jarosław Kaczyński zaapelował do swojego elektoratu, aby jeszcze bardziej zwarł szeregi w jesiennych wyborach do Sejmu. Nie ukrywa, że jego celem jest osiągnięcie większości konstytucyjnej, by móc ją zmienić na swoja modłę. A wtedy będziemy mieć w Polsce pogrzeb demokracji.

Można oczywiście kwestionować tego rodzaju kasandryczne krakania, ale absolutne rządy PiS nie są wykluczone. Tym bardziej, że partie tworzące Koalicję Europejską, zaczęły się wzajemnie oskarżać, kto zawinił i kogo obarczyć winą za porażkę, a to nie czas ku temu. Teraz jest czas najwyższy, by usiąść, przeanalizować rzeczywiste, a nie urojone przyczyny przegranej, opracować wspólną strategię na jesienne wybory i konsekwentnie ją w szeregach opozycji realizować. Nade wszystko zatrudnić do kampanii fachowców, nie zaś amatorów w rodzaju wspomnianego Tyszkiewicza. PiS pokazał, jak się organizuje wybory i w tej kwestii trzeba pójść jego śladem. Mając oczywiście program, który trafi do przeważającej liczby Polaków.

Nie kwękać, nie jęczeć, nie szukać winnych

Cytowany Jerzy Baczyński napisał, że według niektórych analityków partie Koalicji Europejskiej mają jednak „na tyle dużą rezerwę wyborczą, że wciąż mogą myśleć dobrym wyniku jesienią”. I pewnie mają rację. Tyle tylko, że do tej rezerwy trzeba dotrzeć i ją zmobilizować. Jeśli się to uda, to można myśleć o pokonaniu PiS, nawet jeśli jesienią wyda kolejne miliardy publicznych pieniędzy na kupowanie „ciemnego ludu”. Senator Marek Borowski nie dywaguje bez argumentów, lecz oparł się na liczbach. – Mozolnie przeliczyłem – pisze na Twitterze – głosy w 13 okręgach do PE na głosy w 41 okręgach do Sejmu. Wynik: PiS – 253, KE – 197, Wiosna – 9 (!), Mniejszość Niemiecka – 1. Gdyby Wiosna szła w koalicji z KE: PiS – 236, KE – 223, Mn. Niem. – 1. Tak więc wiele nie brakuje! Nic jeszcze nie jest stracone! Nie kwękać, nie jęczeć, nie szukać winnych, a przede wszystkim nie dzielić się. Panie Władysławie (to do szefa PSL), koledzy namawiają Pana do samobójstwa. Drogi Robercie (to do Biedronia), wyciągnij wnioski z porażki.

Należy jednak się bać, że przegrani mają uszkodzony słuch i nie słuchają ludzi rozsądnych operujących argumentami. W PSL przebąkują coraz głośniej, że pójdą do wyborów oddzielnie. To prosta droga na szafot. Nie jesteśmy cyniczni, więc nie życzymy „szerokiej drogi”.

Michał Tomkiewicz