Plagiat księdza doktora pułkownika

str-24-ks-gulak

Stanisław Gulak zaplanował sobie robić karierę naukową powiązaną z siłą i kształceniem ducha. Karierę robił może nie za szybko, ale konsekwentnie. Jedno źródło podaje, że po zaliczeniu 25 lat swego życia ukończył zawodówkę, która w wyniku zawartego przez Polskę konkordatu z Watykanem awansowana została na uczelnię wyższą. To źródło podaje, że K. Gulak, który urodził się w roku 1965 w Tomaszowie Mazowieckim, w roku 1990 ukończył lubelskie Wyższe Seminarium Duchowne. Źródło drugie stwierdza, że nie było to seminarium lecz Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie ów Gulak uzyskał w tymże 1990 r. magisterium i poszedł za ciosem, by 8 lat później zakończyć studia doktoranckie dysertacją z zakresu teologii dogmatycznej.

Teologia jako nauka jest dyscypliną nadzwyczaj ciekawą, ponieważ traktuje o religii, religia zaś opiera się na wierze w Boga. Jest to więc nauka o Bogu, czyli o czymś, czego nie można ani zobaczyć, ani poczuć, ani też dotknąć czy usłyszeć. Czyli jest to nauka o czymś, czego nie ma, ale są tacy, którzy chcą, by było. Ci, którzy tak chcą, są ludźmi wierzącymi. Wielu wierzących twierdzi co prawda, że w sytuacjach szczególnych słyszeli głos Boga, ale pytani o to, jaki był timbre tegoż głosu, nie potrafią określić. Teologia jest więc nauką o nieznanym, ateiści zaś twierdzą że o nieistniejącym, czyli o niczym. Natomiast teologia dogmatyczna jest zapewne nauką o tym, że jeśli jakiś mędrzec wierzący w Boga wymyślił i podał do publicznej wiadomości, że na przykład białe jest czarne, a czarne jest białe, to każdy wierzący powinien uznać, że tak jest, mimo że rzeczywistość temu przeczy.

Nie wiemy o jakich dogmatach i co na ich temat pisał w swojej rozprawie doktorskiej Stanisław Gulak. Wiemy natomiast, że dwa lata po tym, gdy po skrócie „ks.” mógł też pisać kolejny skrót, czyli „dr”, został jako człowiek nauki przyjęty do Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego z zadaniem kształtowania ducha przyszłych pilotów w Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie. To właśnie było wspomniane na wstępie powiązanie siły i ducha. Nie wiemy też, jaki stopień wojskowy miał ks. dr w chwili przyjęcia do Ordynariatu Polowego WP, ale na pewno nie szeregowca, bo musiałby ćwiczyć musztrę, a w sutannie zajęcie to nadzwyczaj niewygodne. Sojusz ołtarza z polskimi siłami zbrojnymi gwarantuje, że ludzie „ołtarza” awansują w siłach zbrojnych z prędkością może nie światła, ale wartko. Nikt na przykład nie słyszał, by niejaki abepe Sławoj Leszek Głódź był kiedyś porucznikiem, ale generałem był na pewno. Nasz bohater, Stanisław Gulak, też pewnie nigdy nie był porucznikiem, ale to że jest pułkownikiem to pewne jak najbardziej.

W notce biograficznej ks. dr. płk. Gulaka można przeczytać o jego trudzeniu się w służbie dla dobra Kościoła i nauki, przy czym opisując jego trudzenie się w tej drugiej kwestii wymienia się, że pisał książki naukowe, pisał też artykuły naukowe, pisał w kraju, pisał również za granicą, a i w kraju, i za granicą wygłaszał referaty naukowe na także naukowych konferencjach. I wreszcie… „20 stycznia 2015 roku przeprowadził przewód habilitacyjny z zakresu nauk społecznych, poświęcony zagadnieniom etosu zawodu pielęgniarskiego. W 2015 r. został mianowany dyrektorem Instytutu Nauk Humanistyczno – Społecznych i Turystyki oraz profesorem Podhalańskiej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Targu. 9 maja 2016 r. został wybrany na rektora PPWSZ, urząd rektora objął 1 września 2016 roku”.

Gwiazda naukowych dokonań ks. dr. płk. Stanisława Gulaka zapewne przez długie lata rzucałaby światło na Podhale całe, włącznie z krzyżem na Giewoncie, gdyby nie pewna upierdliwa dziennikarka nazwiskiem Beata Zalot. Pracuje ona w „Tygodniku Podhalańskim”, który, jak sama nazwa wskazuje, ukazuje się na tymże Podhalu. Niemająca nic pożytecznego do roboty dziennikarka została uwiedziona chęcią zdobywania wiedzy z naukowego dorobku ks. dra. płk. Gulaka i wgryzać się zaczęła w jego habilitacyjne dzieło naukowe. Można powiedzieć, że wgryzała się bezlitośnie, a to sprawiło, że z każdym studiowanym akapitem wzbierało w niej zdumienie, ale nie dla wyszukanej erudycji wielebnego naukowca, której notabene w tymże dziele nie było. Było natomiast oczywiste, że myśli naukowe ks. dr. płk. nie były jego myślami tylko, jak to się mówi językiem studenckim, zerżnięte z książek i artykułów naukowych innych autorów. Stało się także oczywiste, że ksiądz doktor złamał jedno z przykazań dekalogu dokonując, jak to się dziś fachowo mówi „kradzieży własności intelektualnej będącej owocem pracy naukowej innych osób”.

– Byłam mocno zaskoczona – mówiła portalowi Onet.pl Beata Zalot. – Są różnego rodzaju plagiaty. Czasem ktoś bardzo sprytnie korzysta z pracy innych. Robi to na tyle zręcznie, że jest to trudne do wykrycia. Natomiast w tym przypadku zaskoczyła mnie zarówno ilość, jak i długość fragmentów wprost przepisanych z innych prac. Miałam wrażenie, że ksiądz Gulak nawet specjalnie nie starał się tego ukryć.

W pracy przedłożonej przez ks. Gulaka do procesu habilitacyjnego są obfite fragmenty zaczerpnięte z dzieł innych autorów, których nie ma ani w przypisach, ani w załączonej bibliografii. Pełnymi garściami ks. dr płk Gulak czerpał z prac księdza Józefa Tischnera ani słowem nie wspominając o nim, a z pracy innego naukowca za jednym zamachem przepisał 16 stron. Bez zażenowania przenosił też do swojej habilitacji fragmenty prac swoich studentów ani ich o tym nie informując, a już tym bardziej nie zaznaczającego tego w swoim wiekopomnym dziele. W pracy rektora podhalańskiej uczelni są też błędy ortograficzne.

Dziennikarka Beata Zalot powiedziała pewnie do siebie, że „własnym oczom nie wierzy” i zadbała o weryfikację swojej upierdliwości u ludzi z autorytetem. „Tygodnik Podhalański” poprosił ich o wyrażenie w tej kwestii opinii, których fragmenty zacytował na swoich łamach. .

Tak oczywistej sprawy, tak bezczelnej w nagromadzeniu i istotności zapożyczeń, jeszcze nie widziałem. Sprawa jest jednoznaczna i kompromitująca. To jest przestępstwo, plagiat ścigany z urzędu. Uczelnia, mając wiedzę o tym, powinna zawiadomić prokuraturę. To narusza prawa autorskie, prawa majątkowe, jest rażącym czynem etycznym, a z punktu widzenia nauczyciela akademickiego to jest kompromitacja – skomentował dzieło naukowca w sutannie i mundurze prof. Ryszard Markiewicz, wybitny prawnik i znawca prawa autorskiego, współtwórca ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, profesor zwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz dyrektor Katedry Prawa Własności Intelektualnej na tym wydziale.

Prof. Jan Woleński z Komisji do Spraw Etyki w Nauce PAN w Warszawie stwierdził zaś, że – Jest to naruszenie dobrych obyczajów w nauce, i przy pisaniu pracy habilitacyjnej, i przy pracach licencjackich. Mamy też do czynienia z autoplagiatem, czyli powielaniem tych samych swoich prac.

Twórcą podhalańskiej szkoły wyższej jest prof. Stanisław Hodorowicz, który był też pierwszym jej rektorem. Jego również „Tygodnik Podhalański” poprosił o komentarz. – Do mnie także dotarł anonim dotyczący ks. S. Gulaka. Przyjrzałem się dokładnie jego pracy habilitacyjnej i jego dorobkowi naukowemu i nie ukrywam, że jestem porażony. Ta praca nie ma żadnej własnej myśli, jest kompilacją cudzych tekstów, w dodatku ściąganych bezkrytycznie.

Gdy Beata Zalot zaczęła przygotowywać artykuł o dokonaniach naukowca odzianego w szaty bożego sługi, spotkała się z naciskami ze strony środowisk kościelnych, co oczywiste, ale także, co mniej oczywiste, od przedstawicieli władz świeckich, by tematu nie poruszać. Na szczęście ani dziennikarka, ani redaktorzy „Tygodnik Podhalańskiego” nie ulegli presji.

Nasi Czytelnicy są zapewne ciekawi cóż to za uczelnia przyznała ks. dr. płk. habilitację i jakichże to ona ma naukowców, którzy nie są w stanie wykryć, że wyjątkowo niechlujnie napisana praca jest ordynarnym plagiatem? Otóż ksiądz Stanisław Gulak udał się po habilitację na drugą, południową stronę Tatr, do słowackiego miasta Rużemberok. Słowaccy dziennikarze odkryli jakiś czas temu, że kilka słowackich uczelni, w tym także katolicki uniwersytet w Rużemberoku słyną z tego, że procedury habilitacyjne są tam fikcją, a stopnie naukowe się kupuje. W tej sytuacji nie od rzeczy są głosy ludzi nauki, by przyjrzeć się dokładnie całemu dorobkowi naukowemu rektora w sutannie.

Sprawa wyszła oczywiście poza granice Podhala, trafiła do rzecznika dyscyplinarnego Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz komisji zajmującej się przyznawaniem stopni naukowych. Czas pokaże, czy żyjąca w nierozerwalnym związku z Kościołem katolickim w Polsce władza PiS zamiecie sprawę pod dywan, czy też w inny sposób wykorzysta ją dla swoich celów. Wszystko wskazuje na to, że pierwszy krok w tym kierunku został właśnie zrobiony.

Kilkanaście dni temu do redakcji „Tygodnika Podhalańskiego” wpłynęło otóż pismo z policji w Nowym Targu, że prowadzi ona postępowanie w sprawie rzekomego uporczywego nękania księdza Stanisława Gulaka przez dziennikarkę Beatę Zalot. Nękanie to ma polegać na rozpowszechnianiu nieprawdziwych informacji poprzez publikowanie tekstów na temat księdza doktora pułkownika i rektora. Czynem tym dziennikarka miała naruszyć jego prywatność.

Policja w N. Targu nie chce ujawnić, kto jest autorem zawiadomienia, ale bardziej niż pewne, że stoją za tym kościelne władze pozostające w sojuszu z władzą świecką. Niedługo może się okazać, że to przestępca jest ofiarą, a ten kto przestępstwo wykrył zasługuje na karę i potępienie. To stara i dobrze przećwiczona taktyka macherów w sutannach.

PS W opracowaniu artykułu korzystałem z publikacji w „Tygodniku Podhalańskim”, „Gazecie Wyborczej” oraz na stronach portalu Onet.pl

Krzysztof Pipała