„Pod mocnym aniołem”, czyli długi film o zabijaniu samego siebie

aniol-e1475827048228

W Warszawie na rogu ulicy Jana Pawła i Solidarności swój kramik z filmami rozkłada od lat niejaki Pan Jurek. Kramik Pana Jurka czynny jest bez względu na pogodę, nawet deszcz lub śnieg nie są w stanie wystraszyć dzielnego sprzedawcy! Klientów ma jednak coraz mniej, bo format DVD staje się coraz mniej popularny, wobec powszechnej dostępności plików z filmami na żądanie w Internecie oraz przechowywanych na podręcznych kartach pamięci. Moim zdaniem całkowicie niesłusznie, bo leciwy format DVD ma wiele zalet, których żaden pendrive mieć nie będzie. DVD jest bowiem prawdziwym wydawnictwem, które powstaje przez przemyślane łączenie formy drukowanej z multimedialną.

Na początku marca odwiedziłem stoisko Pana Jurka w poszukiwaniu kilku filmów, których nie zdążyłem obejrzeć z powodu licznych wyjazdów. Pod filarami trochę padało i ziąb był niemiłosierny, ale znalazłem na osłoniętych folią stołach całe bogactwo polskich tytułów współczesnych oraz kilka rzadkich pozycji kina światowego. Wybrałem kilkanaście płyt i położyłem je w suchym miejscu. „Pan to chyba za granicą mieszka?”– odezwał się Pan Jurek spod kaptura przeciwdeszczowej kurtki. „A skąd Pan wie?” – odparowałem unikając jednoznacznej odpowiedzi. „Bo ci, co mieszkają za granicą to wybierają dużo polskich filmów, a innych tylko kilka”- podsumował sympatyczny sprzedawca i dodał – A potem proszą, żebym im płyty rozpakować, bo się pudełka do walizki nie mieszczą”. Podałem Panu Jurkowi stos wybranych płyt i poprosiłem, żeby je policzył i oczywiście… powyjmował z pudełek.

Pierwsza płyta, jaką włożyłem do odtwarzacza po powrocie do Vancouver, nosiła tytuł „Pod Mocnym Aniołem”. Płyta to wyjątkowa, bo zawiera oprócz samego filmu fabularnego także dwa filmy dokumentalne o pracy Wojtka Smarzowskiego i jego ekipy podczas ekranizacji „traktatu o nałogu” Jerzego Pilcha pod tym samym tytułem. Obejrzałem z wypiekami na twarzy wszystko, co producent na płycie zamieścił i jak zwykle zadałem sobie pytanie o czym to jest? W jakiej sprawie Wojtek Smarzowski zabrał mi prawie dwie godziny z mojego życia? .

Tytuł filmu „Pod Mocnym Aniołem” to nazwa knajpy, do której zdolny pisarz Jerzy (Robert Więckiewicz) trafia po kolejnych pobytach na oddziale detoksykacyjnym, żeby wypić kilka wódek „w celu uporządkowania doznań”. Mocny Anioł pojawia się w filmie także we własnej osobie komentując życie bohatera w chwilach jego niepewnej trzeźwości. Moc iście anielska prowadzi Jerzego po coraz większych bezdrożach, przez coraz dłuższe okresy upojenia, czy raczej upodlenia alkoholowego. „Są ludzie którzy mogą pić i którzy nie mogą, a ja mogę, bo mam kontrolę nad swoim piciem”. To jest pierwsze zdanie wypowiedziane z ekranu, które na końcu filmu okazuje się zupełnie nieprawdziwe.

Zgodnie z zamysłem reżysera (o którym dowiadujemy się z makingoffu) pierwsza część filmu miała być lekka i zabawna, druga część filmu miała być odrażająca, a trzecia ma budzić sumienie i motywować do leczenia własnego alkoholizmu, na który cierpi wielu Polaków nawet o tym nie wiedząc. Udało się Samrzowskiemu pokazać uogólniony portret psychologiczny polskiego pijaka, który z bycia alkoholikiem nie zdaje sobie sprawy. Portret ów okazał się na tyle wiarygodny, że Polska Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) zakupiła od producenta prawa do wykorzystania filmu w celach szkoleniowych. Chwała autorom i konsultantom za stworzenie dzieła, które może być pomocne w zwalczaniu narodowej plagi!

Hipokryzja Polaków pijących z byle okazji prawdziwą truciznę (w sensie chemicznym)

i wznoszących toast „na zdrowie” jest powszechnie bagatelizowana, wyśmiewana, lekceważona albo przemilczana. „Polak nie je tylko zakąsza” – pisał Antoni Marianowicz w czasach głębokiego PRL, a twórcy stanu wojennego nie wyobrażali sobie Polaka bez butelki wódki w ręku i wprowadzili kartki na alkohol. W filmie Smarzowskiego pisarz Jerzy, czyli fikcyjny bohater rujnuje swoje życie, które jest artystyczną fikcją, ale życie Rafała Wojaczka, czy życie Marka Hłaski literacką fikcją nie były…

Film Smarzowskiego opowiada o anielskiej sile nałogu, ale nie tylko. Jest to także film o zdradzie, o zakłamywaniu samego siebie, bo alkoholizm jest esencją niewierności, niewierności jakimkolwiek zasadom. Obserwujemy jak bohater żyje na pograniczu między jawą a snem, między marzeniem a rzeczywistością, między teraźniejszością a przeszłością. Deliryczną narrację podkreśla zastosowanie bodycam, rzadko używanej techniki zdjęciowej polegającej na filmowaniu aktora przez samego siebie, która ma obrazować stan alkoholowego upojenia. Jak dla mnie w drugiej części filmu, która ma budzić odrazę, jest o jedną pętlę dramaturgiczną za dużo: dom-szpital-knajpa. Lekarz (Andrzej Grabowski) pyta Jerzego: „Czy pan chce się zapić na śmierć?”, a ten odpowiada, że ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza. Bezwolne trwanie w objęciach nałogu pokazane jest w filmie z anatomiczną precyzją. Podkreśla to montaż, który często pozoruje chaos myśli i pułapki pijanego umysłu

Znakomita obsada nie pozostawia wiele do życzenia, bo na ekranie pojawia się cała plejadę czołowych polskich aktorów. Poza Robertem Więckiewiczem świetne role zagrali też inni aktorzy z „drużyny Smarzowskiego”: Jacek Braciak, Adam Woronowicz, Iwona Bielska, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Eryk Lubos, Arkadiusz Jakubik, Lech Dyblik, a w epizodycznej, ledwie zauważalnej roli, nawet Bartłomiej Topa.

Wspominam projekcję „Pod Mocnym Aniołem” jako przeżycie traumatyczne, ale bardzo potrzebne. Kiedyś po obejrzeniu „Korkociągu” Marka Piwowskiego sądziłem, że bardziej drastycznego filmu o alkoholizmie już nie zobaczę. Zobaczyłem i nie żałuję. Co więcej, uważam, że płyta z tym filmem – nieważne w pudełku czy bez pudełka – powinna być w każdym polskim domu. Jako memento i ostrzeżenie.