Podkarpacie w Unii Europejskiej

admin-ajax

Województwo podkarpackie od lat jest największym i najpewniejszym zapleczem dla partii Jarosława Kaczyńskiego. W wyborach do europarlamentu Prawo i Sprawiedliwość uzyskało w regionie poparcie przekraczające 65 procent. Taki wynik nakazuje sądzić, że zdecydowana większość mieszkańców Podkarpacia jest zdania, iż skok cywilizacyjny, jaki dokonał się w tym regionie od momentu wkroczenia Polski do Unii Europejskiej, a stało się to raptem 15 lat temu (1 maja 2004 roku), zawdzięcza partii Kaczyńskiego i że wybrani do Brukseli członkowie jego partii najlepiej będą tam reprezentować interesy regionu oraz ściągać do niego pieniądze na dalszy rozwój.

Ale 65 procent mieszkańców Podkarpacia nie pamięta, że już w 2005 roku, gdy PiS po raz pierwszy przejął w Polsce władzę, zaczął kwestionować podstawowe zasady funkcjonowania Unii Europejskiej, zaś od momentu przejęcia rządów w 2015 roku, Jarosław Kaczyński wszedł już otwarcie na kurs kolizyjny nadając swojej partii konfrontacyjny charakter w stosunkach dwustronnych z Unią Europejską. Ludzie na Podkarpaciu nie pamiętają też, że funkcjonariusze Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie podważali sens członkostwa w europejskiej wspólnocie. Było to efektem polityki wewnętrznej Kaczyńskiego, który po kolei demontował trójpodział władzy, stanowiący fundament państwa demokratycznego i całej europejskiej wspólnoty. Paradoks Podkarpacia polega na tym, że cywilizacyjny rozwój i materialny awans zawdzięcza miliardom euro, który napłynęły do regionu z kasy Unii Europejskiej, czyli prounijnej polityce poprzedniego, koalicyjnego rządu PO-PSL, ale głosuje w większości na partię, która jeszcze kilka miesięcy temu głosiła otwarcie, że należy się zastanowić nad sensem obecności Polski w tej wspólnocie.

Kaczyński nie pierwszy raz robi Polakom wodę z mózgu, składa obietnice, których później nie spełnia (słynna sprawa z teką ministra obrony dla Macierewicza), ale ludzie albo o tym zapominają, albo mu wierzą, że tak musi być. Trzeba przyznać, że PiS umie przeprowadzać kampanie wyborcze i trafiać do przekonania przeciętnych Polaków, a od momentu, gdy rządzi i dysponuje pieniędzmi państwowego budżetu, także do ich kieszeni. Kampania PiS jest adresowana do tak zwanego „ciemnego ludu”, jak to cynicznie sformułował Jacek Kurski podczas kampanii prezydenckiej w 2005 roku, kiedy odkrył, że dziadek Donalda Tuska był w Wermachcie. Kurski stwierdził, że „ciemny lud” to kupi, i lud kupił, a Donald Tusk musiał pożegnać się z prezydenturą. Co to ma wspólnego z obecnymi wyborami do europarlamentu na Podkarpaciu?

No więc tak… Wraz z wykształceniem rośnie w człowieku świadomość krytyczna, jest w stanie analizować, oddzielać ziarno od plew, kłamstwo od prawdy, cynizm od uczciwości. W Polsce ponad 65 procent jej mieszkańców nie przeczytało w ubiegłym roku ani jednej książki, na Podkarpaciu ten odsetek jest znacznie wyższy. Gazety, zwane – opiniotwórczymi, mają nakłady nie przekraczające 100 tys. egzemplarzy, na Podkarpaciu sprzedają się w liczbie kilku tysięcy. Ten region ma bardzo duży odsetek mieszkańców z wykształceniem podstawowym i zawodowym, a więc tych, dla których książka jest ostatnią, no może przedostatnią rzeczą, po jaką w życiu sięgną. W tym regionie jest też najwięcej słuchaczy Radia Maryja, która to rozgłośnia ma zerowy wpływ na rozwój intelektualny słuchaczy. Jeśli do tego dodamy bezkrytyczną wiarę w niedzielne przekazy z kościelnych ambon, sytuacja staje się jasna.

Wyborca PiS z Podkarpacia nie pamięta antyunijnych wystąpień Kaczyńskiego i jego akolitów, do jego ego trafia natomiast przekaz, że i Polska, i on są sercem Europy, które to hasło PiS sprytnie ukuł na czs kampani wyborczej do europarlamentu. Nie pamięta i nie zwraca uwagi na to, że wymieciona z unijnych flag przez byłą premier Beatę Szydło jej kancelaria, nagle z powrotem się nimi zapełniła. Nie widzi w tym cynicznej manipulacji, ponieważ nie jest w stanie dokonać krytycznej już nawet nie analizy, ale tylko oceny zmieniających się na jego oczach dekoracji i towarzyszących temu słów. Podkarpacki wyborca PiS zawierzy także, zapewne już niedługo, słowom polityków tej partii, o czym już zresztą mówili, że jeśli Unia Europejska nie da Polsce pieniędzy, to po co mamy by

jej członkiem. Członkiem jakiejś „wyimaginowanej wspólnoty”, jak określił UE w okresie ataków na nią, Andrzej Duda, wybrany na prezydenta Polski 4 lata temu. Podkarpacki wyborca PiS wierzy też, że wszystko co dobre zdarzyło się w tym regionie, to za sprawą tej właśnie partii. A to oczywista nieprawda.

W latach 2007 – 2013, a więc podczas rządów koalicji PO-PSL na Podkarpacie trafiło 19 miliardów 695 milionów złotych, nie licząc 10 mld zł na budowę autostrady z Tarnowa do przejścia granicznego z Ukrainą w Korczowej. Te pieniądze pochodziły też z UE, z przeznaczeniem na inwestycje realizowane centralnie. Podkarpacka wieś tylko w ciągu tych 7 lat dostała zastrzyk w wysokości 758 mln zł, podkarpaccy przedsiębiorcy na rozwój innowacyjnych rozwiązań produkcyjnych 1,6 miliarda złotych. Najwięcej, bo niemal 7,5 miliarda zł UE przekazała na realizację inwestycji związanych z infrastrukturą i środowiskiem. Wodociągi, kanalizacja, oczyszczalnie ścieków, drogi bez dziur, są już prawie w każdej miejscowości regionu. Nie ma na Podkarpaciu gminy, w której nie zrealizowano by co najmniej kilku inwestycji z funduszy europejskich. Jeśli jakaś by się znalazła, to tylko dlatego, że jej władzom nie chciało się po te pieniądze sięgnąć.

Gdy twórca firmy Inglot (jedyna polska firma, która ma swój sklep na Times Square w Nowym Jorku), nieżyjący już Wojciech Inglot, kończąc studia w Krakowie w latach osiemdziesiątych powiedział swoim kolegom z roku, że wraca do Przemyśla, byli zaskoczeni, bo jak powiedział jeden z nich „przecież to na końcu niczego”. Jeszcze 20-25 lat temu można było rzeczywiście mówić, że Podkarpacie to województwo „na końcu niczego”. Region, do którego trudno było dojechać, a jeśli już to z kłopotami, odcięty od głównych szlaków komunikacyjnych, z mizernymi perspektywami rozwoju, z którego większość mieszkańców uciekała albo do innych regionów Polski, albo za granicę. Ale już 15 lat temu ten „koniec niczego”, mimo że jego mieszkańcy nadal masowo emigrowali, zaczął się zmieniać. Najpierw powoli, ale krok po kroku, konsekwentnie. Wraz z napływem funduszy unijnych rozwój nabierał tempa. Takiego skoku rozwojowego nigdy w swojej historii ten region nie zaznał. Autostrada i nowoczesny port lotniczy w Rzeszowie radykalnie zmieniły dostępność komunikacyjną regionu i jego najważniejszych miast. Autostrada przecina na pół województwo z zachodu na wschód. Gdy wybudowana zostanie trasa szybkiego ruchu S19, zostanie przecięte, też w połowie, ale z północy na południe. Rzeszów stanie się węzłem komunikacyjnym o międzynarodowym znaczeniu. Fundusze unijne pobudziły przedsiębiorczość. Powstało mnóstwo innowacyjnych firm rodzimych, ale także zagranicznych. Specjalnością regionu jest przemysł lotniczy.

Gdyby nie było Unii Europejskiej, jej „funduszu spójności” oraz wielu innych funduszy prorozwojowych, których celem jest inwestowanie w zacofane i zapóźnione w rozwoju regiony krajów członków UE, to Podkarpacie nadal byłoby na tym „końcu niczego”. Tej świadomości nie ma jednak 65 proc. mieszkańców tego regionu, którzy głosowali na kandydatów PiS do europejskiego parlamentu. Kandydatów, którzy nie będą tam mieli nic do powiedzenia, ponieważ na poziomie europejskim należą do partii marginalnej. Ich głos niewiele będzie znaczył w podejmowaniu kluczowych decyzji.

Ale jeśli PiS zacznie podkopywać zaufanie Polaków do Unii Europejskiej, jego wyborcy z Podkarpacia będą z całą pewnością pierwszymi, którzy się za tym opowiedzą. Niepomni, że Unia Europejska wydobyła region z biedy i zacofania, a życie ich mieszkańców zmieniła na lepsze.

Krzysztof Pipała, redaktor naczelny Głosu Polonii