Pokolenie 40 +

byc-kobieta

OPOWIEŚCI LADY BUNII. Od zawsze byłam przekonana, że po czterdziestce wkracza się w najbardziej stabilny okres w życiu. Owszem kończy się młodość, tak zdecydowanie, kiedy byłam młoda to już 35 rok życia oznaczał początek starości. Troche nudne wydawało się z boku życie tych „starych”. Kiedy jednak z młodych wilków gotowych do ciągłej walki o marzenia, koło trzydziestki wchodzimy w kolejny etap życia, jesteśmy aktywni na okrągło, zmieniamy, pracę, awansujemy, kończymy kursy, podyplomowki. Nieustannie się rozwijamy. Mamy już rodzinę, dom, samochód i kredyt. Jesteśmy z siebie dumni, radzimy sobie doskonale. Zagraniczne wakacje, prywatne szkoły językowe dla dzieci. Mamy to o czym nasi rodzice nawet nie marzyli. Oni po pracy uprawiali ogródki działkowe, a my? My żyjemy pełną piersią, jeździmy na szkolenia służbowe, wyjazdy integracyjne. Alkohol leje się strumieniami, są mega imprezy, mówią nam, że jesteśmy najlepsi. Rozpiera nas duma. W zajebistych czasach przyszło nam ży

. Wychowani za czasów szarej komuny, nagle żyjemy pełnią życia pracując dla potężnych zagranicznych koorporacji. Dostajemy kolorowe gadżety, fura, skóra i komóra. To narzędzia pracy, taki luksus. Jesteśmy nakręceni na samorealizację, świetne wyniki, pracujemy więcej i więcej. Rozglądam się dookoła. Każdy z moich znajomych ma super pracę. Każdy najpóźniej po trzydziestce ma dom z ogródkiem lub duże mieszkanie. Przychodzi kredyt we frankach szwajcarskich, teraz juz tylko idiota nie ma swojego mieszkania.Wszystko się kręci. Kurczę nie do wiary, że w Polsce tak dobrze. Wszyscy mają pracę, nikt nie narzeka. Wracają ludzie z emigracji. Sprzedaje się nieruchomosci, biznes się kręci. Moi klienci to często bardzo młodzi ludzie, tuż po studiach. Pierwsza praca, zarobki takie, że ze zdziwienia przecieram oczy. Od razu stać ich na mieszkanie. Żadna tam kawalerka. 70 metrów na początek i plan za trzy cztery lata dom. Kredyt na zakup nieruchomosci dostać jest coraz łatwiej. Zauważam znaczne zmiany w naszym społeczeństwie. Kobiety poprzez dostępność pracy i świetne zarobki stają się niezależne. Nadchodzi fala rozwodów. Mnóstwo nieruchomosci trafia na rynek wtórny z powodu rozwodu. W pewnym momencie mam wrażenie, że całe miasto się rozwodzi. Gospodarka się rozpędza, ja widzę rozkwit. Ludzie mają pracę, wszelakie biznesy się kręcą, konsumpcja rośnie. Wszyscy są zadowoleni. Znalezienie fachowca od dachu czy hydrauliki graniczy z cudem. Wszyscy się budują. Na fachowca trzeba czekać rok. Szukamy murarza do postawienia kilku ścianek. Stawka za dzień zagraniczna. Lepszy taki jak żaden, bierzemy. Trzeba gościa odebrać z domu i zawieźć na miejsce. Po drodze kupić piwo, bo go suszy. Wszyscy normalni wyjechali zagranicę albo są zajęci. Ktokolwiek otwiera firmę budowlaną ma kolejkę klientów. Każda branża tętni życiem. Z chłopa z polem pod miastem robi się developer. Sprzedają się dziury w ziemi. Zagraniczne firmy zaczynają kupować pola po wsiach przy trasach wylotowych. Pod hipermarkety.Wczoraj było tu ściernisko jutro będzie San Francisco. W okolicznych wsiach w stodołach i przed chałupą stają mercedesy. Sprzedał hektar pod Tesco, Auchan czy innego wieloryba i nagle rolnik z Malawy jest bogaty. Wszystko rosło w oczach, zachód przyszedł do nas sam. Pięknie, kolorowo, wszystko nowe. Ale ktoś kiedyś gdzieś śpiewał: „Nic nie może przecież wiecznie trwać…”. Nikt nie myśli, że może być gorzej. Będzie lepiej, jeszcze lepiej. Nagle jednak gdzieś tam po kątach słyszy się o zwolnieniach grupowych w WSK, kurcze miałam z tego zakładu pracy mnóstwo klientów. Nagle ktoś traci pracę, ktoś ma problem z płynnością finansową. Koleżanka pracująca od zawsze na stanowisku dyrektorskim traci pracę, szuka nowej rok. Oszczędności topnieją. Jest ciężko, szuka poniżej swoich kwalifikacji, ale też jej nie chcą. Ma świetne wykształcenie, doświadczenie i jest jeszcze przed czterdziestką. Zaczyna się mówić, że coś się dzieje złego na rynku pracy. W jednym momencie na mojej ulicy w każdym domu jest ktoś bez pracy. Co gorsza mężczyźni. Czyli główne źródła dochodu rodziny. Poszukiwanie nowej trwa miesiące, a nawet i ponad rok. Nie wygląda to optymistycznie. Mnóstwo moich klientów, którzy wrócili z emigracji z Wysp zgłasza się tym razem, żeby sprzedać nieruchomość. – Pani Jolu tu się nie da żyć, wracamy na emigrację – mówią. Przykro było słyszeć takie słowa. Ludzie w krótkim czasie tracili wszystko czego się dorobili i zainwestowali. Wybudowali nam tyle galerii handlowych, że w przeliczeniu metrów kwadratowych GH na mieszkańców, bijemy na łeb Warszawkę. Co gorsza nie jest to powód do dumy. Lokalni sklepikarze zmuszeni są do zamykania biznesu. Nie mają szans z sieciówkami. Umowy w galeriach na wynajem lokalu są długoterminowe, czynsze wysokie. Kupujących co raz mniej. Sklepikarze, którzy spróbowali sił w galeriach niestety w wielu przypadkach ponieśli porażkę. Mam klientów błagajacych o szybką sprzedaż nieruchomości – „Prosze pani, prowadziłam biznes z modą męska 25 lat, dorobiłam się domu, dwóch mieszkań. Dawalam pracę ludziom. Zainwestowałam w stoiska w galerii. Rynek się zmieniał, cały handel przeniósł się do galerii. Zaczęło się szaleństwo, jedna druga, teraz jest ich za dużo. Nie zarabiam na koszty, tonę w długach. Po tylu latach pracy. Prosze, niech mi pani pomoże”. Wyjechaliśmy i my. Po trzech latach pierwsza wizyta w Polsce. Z tęsknoty oglądałam informacje z polskiej TV. Kurczę, nie raz nie dwa miałam ochotę wrócić. Mówią, że tyle pracy, dobrobyt. Wzrost gospodarczy. Stopa procentowa bezrobocia najniższa odkąd pamiętam. Polityką się nie interesuję, więc nie wiem co komu zawdzięczamy. Najważniejsze, że tam teraz tak dobrze. Jedziemy, myślę sobie rozejrzymy się. Przecież zawsze można wrócić. Właściwie nasz dobytek to jeszcze w ojczyźnie więc najwyżej go nie wyślemy. Powietrze w Polsce jest tak cudownie czyste, nawet w Krakowie, że ze wzruszenia płaczę. Jest pięknie, to moje miejsce na ziemi. Te łąki, pola, lasy, wieś. Nie ma piękniejszego widoku niż podkarpackie wioski i miasteczka. Czymże jest panorama Manhattanu w porównaniu do panoramy Głogowskiego Boru? Niczym, śmietnikiem, smrodem, szczurowiskiem, zbieraniną bezdomnych i wariatów. Pierwszy policzek dostaję w Biedronce przy kasie, czyli tuż po przylocie. Taki kubeł zimnej wody. Potem gdzie nie idę słyszę, ten nie ma pracy, tamten nie ma pracy. To podrożało, tamto podrożało. To co w pierwszej kolejności rzuca się oczy to zestresowane, zmęczone twarze ludzi na ulicy. W wielu przypadkach życie w Polsce to walka o przetrwanie, życie w strachu przed utratą pracy. Dla młodych ludzi zaczynających życie zawodowe może i jest praca i możliwości. Nasze pokolenie 40+ okazuje się niepotrzebne. Na nic nasze szkoły, kursy, zdobyte doświadczenie. Pracodawca woli tańszego, młodszego, żądnego krwi i walki. Nie ma bardziej wiernego i lojalnego pracownika, niż ten który ma doświadczenie, rodzinę na utrzymaniu i kredyt we frankach na jeszcze dobrych naście lat. Kiedy patrzę po ofertach nieruchomości do sprzedania, widzę odbicie rynku pracy. Jest cała masa, wysyp domów kilkuletnich na sprzedaż. Powód zazwyczaj jest jeden – utrata pracy, a co za tym idzie płynności finansowej. Na ojczystym rynku pracy 40+ to juz jakaś taka magiczna liczba, która paraliżuje. Nie zauważyłam tego tutaj w USA. Tutaj w tym wieku dopiero ludzie wchodzą w taki świadomy etap życia, zaczynaja szukać stabilizacji. Nawet 500+ nie jest wystarczającą zachęta żeby zostać w Polsce. Dobytek w paczkach wieziemy na pocztę, wysyłam i płaczę. Pracownica poczty stoi zakłopotana. Ja nadając te paczki uświadamiam sobie, że nie mamy tu już nic. Zamykamy za sobą ostatnie drzwi. W duchu dziekuję Bogu, że mamy już za sobą pierwsze kroki na obczyźnie. Żyjemy spokojnie. Z nadzieją na lepsze jutro spoglądamy w przyszłość czego często brakuje naszym rówieśnikom w Polsce.